Ale jak się tak nad tym głębiej zastanowić, ta krytyka brzmi absurdalne. Bo kto powiedział, że rząd musi podejmować decyzje rozsądne ekonomicznie?

Zanim oburzeni tym ostatnim zdaniem zaczną rwać włosy z głów nad kolejnym dowodem mojego idiotyzmu, spieszę donieść, że sam do tego nie doszedłem. Takie właśnie pytanie stawiają w najnowszej pracy dwaj gwiazdorzy amerykańskiej ekonomii Daron Acemoglu (Massachusetts Institute of Technology) oraz James Robinson (Harvard). Obaj panowie zabłysnęli w 2012 r. głośną książką „Why Nations Fail” (Dlaczego narody upadają). Teraz zaś (opierając się rzecz jasna na dorobku z tamtej książki) postanowi swoje tezy rozwinąć. Tak właśnie powstał opublikowany wiosną w branżowym „Journal of Economic Perspectives” artykuł pod wymownym tytułem „Economics versus Politics: Pitfalls of Policy Advice”. Czyli po polsku „Ekonomia kontra polityka. Pułapki doradztwa politycznego”.

Obaj panowie argumentują mniej więcej tak: kiedy ekonomiści (a w ślad za nimi również doradcy oraz media) oceniają praktyczne posunięcia polityków, koncentrują się albo na błędach tych polityków (tak robią zazwyczaj liberałowie), albo na błędach rynku (w tym celują ekonomiści, powiedzmy, bardziej progresywni). I jedni, i drudzy tak naprawdę przyznają jednak prymat ekonomii. Spór między nimi polega w zasadzie tylko na tym, co w każdym konkretnym przypadku znaczy „dobrze pojęta racja ekonomiczna”. I tu do gry wchodzą Acemoglu i Robinson, wywracając ten pozorny spór do góry nogami. Mówią wprost: „Czasem jakaś decyzja może być dobra, skuteczna i przemyślana z ekonomicznego punktu widzenia. I nikt jej tego nie może odbierać. Ale z punktu widzenia polityki jest ona błędna. I dlatego nie powinna być wprowadzona w życie”. W ten sposób Acemoglu i Robinson stawiają pod znakiem zapytania pierwsze przykazanie rządzące opinią publiczną we wszystkich krajach Zachodu przez kilka ostatnich dziesięcioleci. Dobra polityka ekonomiczna to zawsze dobra polityka.

Jakieś przykłady? O tak, całe mnóstwo. Na przykład gorący temat roli związków zawodowych. Acemoglu i Robinson przyznają otwarcie. Tak, związki zawodowe to z ekonomicznego punktu widzenia balast. Gdyby ich nie było, firmy wypracowałyby lepsze wyniki, a gospodarka kręciła się szybciej. Ale prawdziwość tego ekonomicznego argumentu w niczym nie zmienia tego, że nadmierne osłabienie związków to przejaw złej polityki państwa. Bo niesie z sobą takie negatywne konsekwencje, jak osłabienie ekonomiczne klasy niższej i średniej. To rodzi rozrastanie się niesprawiedliwości dochodowych i uderza rykoszetem w społeczne poczucie sprawiedliwości i demokrację.

Inny przykład. Prywatyzacja w Rosji po upadku komunizmu. Za nią byli wszyscy ekonomiczni mędrcy – od MFW po Bank Światowy. I co? Szybko okazało się, że prywatyzacja doprowadziła do powstania w Rosji systemu oligarchicznego, co z kolei wyniosło do władzy Władimira Putina. Albo regulacje sektora bankowego w USA wprowadzone w życie w latach 30. i 50. Z ekonomicznego punktu widzenia nie były to najlepsze rozwiązania, bo banki nie mogły wykorzystać w pełni swojego potencjału i rozruszać w ten sposób jeszcze szybciej gospodarki. Ale eliminacja tych reguł w latach 90. doprowadziła do olbrzymiej koncentracji władzy ekonomicznej w rękach instytucji finansowych. I do kryzysu 2008 r.

W sumie przekaz Acemoglu i Robinsona jest prosty. Przestańmy wierzyć tak bardzo w prymat ekonomii nad polityką. Albo przynajmniej nie upierajmy się, że powinna ona dominować zawsze. Bo sami podcinamy w ten sposób gałąź, na której siedzimy.