>>> Czytaj artykuł: Dlaczego Gazprom wygra? Szef OOO Gazprom Export odpowiada

Pamiętamy, że w przeszłości wielokrotnie dochodziło do zakłóceń dostaw rosyjskiego surowca do Europy. Podłoże problemów nie wykraczało poza sferę sporów politycznych. Pomijając tradycyjne wojny gazowe z Ukrainą, warto wspomnieć o obecnej sytuacji z ukraińskimi magazynami gazowymi. Stoją na wpół puste. W lipcu tego roku znajdowało się w nich ok. 9 mld m sześc. gazu. Tymczasem dla zapewnienia stabilnych dostaw do Europy na wypadek silnych mrozów potrzebnych jest co najmniej 19 mld m sześc. Kijów nie ukrywa, że po prostu nie ma pieniędzy na kupno gazu do swoich magazynów. Nie ma też takiego obowiązku. Tymczasem Gazprom, który gra rolę stabilnego dostawcy, nie spieszy się uzupełnić na własną rękę braki. Sprzeciwia się też dzierżawieniu podziemnych zbiorników przez europejskie firmy. Przyczyna tkwi w polityce. Gazpromowi jest na rękę spychanie winy na Ukrainę i dyskredytacja jej w oczach Europejczyków, gdy dochodzi do zakłóceń z przesyłem gazu do Europy.

Innym problemem są realne możliwości eksploatacyjne Rosjan. Na czas nieokreślony została odroczona perspektywa wydobycia gazu ze złóż sztokmanowskich. Tymczasem wydobycie w północnej części prowincji zachodniosyberyjskiej (Urengoj, Jamburg, Jubilejnoe) konsekwentnie spada. Gazprom inwestuje w eksploatację na Jamale, gdzie znajduje się słynne złoże Bowanienkowskoje. Koncern planuje wydobywanie tam nawet 130–135 mld m sześc. gazu rocznie. Jednak jest to dosyć odległa perspektywa. Budowa całej potrzebnej infrastruktury na nowym złożu może zając nawet 10–15 lat. W tych okolicznościach warto przypomnieć sytuację z lutego 2012 r., gdy zarówno Rosję, jak i Europę dotknęły wyjątkowe mrozy. W wyniku nagłego skoku konsumpcji gazu w Rosji Gazprom musiał zmniejszyć ciśnienie w gazociągu do Europy. Najbardziej dostało się wówczas Włochom, którzy w wyniku 20-procentowego spadku importu z Rosji wstrzymali dostawę gazu do przedsiębiorstw, by utrzymać ciepło w domach mieszkalnych. Ratunkiem w takiej sytuacji jest gromadzenie zapasów. Jednak Gazprom nie wyrobił się z budową magazynów, ponieważ wolał inwestować pieniądze w nowe gazociągi.

Dodatkowym czynnikiem odpychającym Europejczyków od Gazpromu pozostaje też agresywna polityka infrastrukturalnego duszenia. Budowanie coraz to nowszych gazociągów zdaje się mieć podłoże polityczne. O ekonomicznej irracjonalności nowych magistrali mówi to, że obecne moce przesyłowe do Europy wynoszą 250 mld m sześc. rocznie (wraz z dwoma niciami Nord Streamu). Dodatkowe 63 mld m sześc. przepustowości powstaną po zakończeniu South Streamu. Łącznie rosyjskie moce przesyłowe będą zatem ponaddwukrotnie większe, niż wynosi obecne zapotrzebowanie w Europie na gaz z Rosji.

W tej sytuacji Gazprom powinien dbać o europejskich klientów i elastycznie podchodzić do ich potrzeb. Koncern zachwala kontrakty długoterminowe, które obejmują dziś ok. 60 proc. dostaw do Europy. Jednak zadra tkwi gdzie indziej. Problemem dla Europejczyków są warunki, na jakich zawierane są te długie umowy. Chodzi o zasadę naliczania ceny surowca. Rosjanie uzależniają ją w ponad 90 proc. od notowań ropy naftowej i produktów ropopochodnych. Tymczasem norweski Statoil proponuje klientom bardziej elastyczną formułę, która uwzględnia ceny gazu na rynku spotowym i ceny prądu. Jeżeli Gazprom chce zachować swoje pozycje w Europie w sytuacji, gdy w wyniku zwiększonej podaży ze strony dostawców LPG surowiec tanieje, powinien zmieniać formułę co kwartał. Przez swoją nieugiętość Rosjanie tracą klientów na rzecz konkurencji. W 2012 r. Statoil sprzedał Europejczykom o 10 proc. więcej gazu niż rok wcześniej. To tyle, ile stracił Gazprom.

>>> Czytaj również: Kreml szykuje nam gazową rewolucję

Jednak zamiast modyfikować podejście, Gazprom próbuje podnosić swoją wartość w oczach Europejczyków, wspominając o rzekomym podboju rynków azjatyckich. To mrzonka. Mimo że koncern za gigantyczne pieniądze buduje gazociągi na Dalekim Wschodzie, wciąż nie potrafi dogadać się z Chinami w sprawie cen surowca. Pekin nie zamierza przepłacać. Jednak inwestycje warte kilkadziesiąt miliardów dolarów muszą się zwrócić, co winduje cenę wydobywanego na Sachalinie gazu i obniża jego zdolność konkurencyjną w Azji. Nietrafna strategia infrastrukturalna stawia też krzyżyk na rozwoju sektora LNG przez Gazprom. Koncern musi zapełnić czymś powstające gazociągi. W efekcie może zabraknąć gazu, by poszerzyć moce produkcyjne fabryki skraplania gazu na Sachalinie. Na podbój rynku nie nadaje się też pomysł uruchomienia fabryki LNG we Władywostoku. Gaz do niej będzie bowiem sprowadzany z Sachalinu, co uderzy w atrakcyjność cenową surowca.