Pod pewnym względem Satim przypomina sprzedawcę telefonów komórkowych z początku lat 90. ubiegłego wieku. Technologia jest nowa, mało kto jeszcze rozumie jej zalety, a już na pewno niewielu jest takich, którzy widzą w niej zalążek rewolucji. Za potencjalnym klientem trzeba więc chodzić i tłumaczyć, dlaczego lepiej nosić telefon przy sobie, niż być uwiązanym do biurka. Podobnie postrzegany jest monitoring satelitarny. Korzyści olbrzymie, koszty podobne do starych metod, tylko brakuje zaufania.

Satelitarne oczy

W ciągu kilku najbliższych lat może się to jednak zmienić. Z korzyścią dla firmy Satim. Satelitarne oczy zapewniają bowiem unikatową perspektywę. Za pomocą zdjęć z orbity możemy nie tylko podziwiać piękno „niebieskiej marmurki”, jak nazwali Ziemię astronauci misji Apollo 17, lecz także dokładniej obserwować procesy zachodzące na jej powierzchni. Jeśli na orbicie umieścimy radar z syntetyczną anteną (zwany od angielskiego skrótu SAR), otrzymamy dostęp do morza informacji. Da nam to m.in. możliwość wykonania precyzyjnego cyfrowego modelu terenu. Przed radarem nie ukryją się także pewne struktury podziemne, których poszukują nafciarze.

Jeśli zaś wykonamy kilka takich zdjęć w pewnych odstępach czasu, to porównując je, będziemy mogli zaobserwować takie procesy jak np. osiadanie gruntu. – Pomimo tego, że radar znajduje się ok. 800 km nad powierzchnią Ziemi, wykryjemy osiadania rzędu kilku milimetrów – mówi prezes firmy Jacek Strzelczyk. To nieoceniona pomoc zwłaszcza w tych miejscach, gdzie takie zmiany mogą następować bardzo szybko pod wpływem działalności człowieka, przede wszystkim na terenach górniczych, tudzież przy budowie tuneli (vide warszawska II linia metra). Radar doskonale nadaje się do monitorowania procesu rozwoju miast. Za pomocą takich zdjęć można również badać wilgotność gleby, a ponieważ dla radaru chmury są przezroczyste, za jego pomocą można także monitorować zasięg fali powodziowej przy kiepskiej pogodzie.

>>> MSW przygotowało projekt założeń do projektu ustawy o monitoringu wizyjnym. Ustawa ograniczy podglądanie obywateli

Oczywiście do żadnego z tych zastosowań Satim nie będzie wykorzystywał własnych satelitów. Nie są im zresztą potrzebne. Biorąc pod uwagę tempo zachodzenia badanych przez firmę zjawisk, często wystarczy kilka pojedynczych zdjęć wykonanych na przestrzeni czasu. Takie zdjęcia zamawia się u operatora jednego z krążących wokół ziemi satelitów wyposażonych w taki radar. Satim w tym celu najczęściej korzysta z należącego do niemieckiej agencji kosmicznej DLR satelity TerraSAR-X. Kiedy zamówione dane spływają, dokonuje się ich obróbki za pomocą opensource’owych programów, takich jak NEST opracowany przez Europejską Agencję Kosmiczną (ESA).

Satim można nazwać rodzinnym spin-offem, firma nie tylko wypączkowała bowiem z Akademii Górniczo-Hutniczej, ale pierwsze skrzypce gra tam małżeństwo młodych naukowców – Jacek Strzelczyk i Stanisława Porzycka-Strzelczyk. Historia firmy zaczyna się na Wydziale Geologii, Geofizyki i Ochrony Środowiska, od rozprawy doktorskiej przygotowywanej przez (wtedy jeszcze) Porzycką pod okiem prof. Andrzeja Leśniaka, trzeciego współwłaściciela firmy. Doktorat dotyczył śledzenia pionowych przemieszczeń gruntu, m.in. jego osiadania za pomocą satelitarnych danych radarowych. Do badań nad tą kwestią dołączył Jacek Strzelczyk, wtedy jeszcze kolega z wydziału. Pomysł na komercjalizację zdobytego podczas pisania rozprawy know-how narodził się sam.

Pracują dla ESA

Na razie Strzelczykowie zarabiają głównie na wykonywaniu zleceń dla ESA, z którą zresztą współpracowali jeszcze przed założeniem firmy. Dla agencji ulepszają metody przetwarzania danych radarowych zwanych polarymetrycznymi. Każda fala radarowa posiada polaryzację, a różne materiały w różny sposób ją modyfikują. Dzięki temu dodatkowemu parametrowi jesteśmy w stanie z radarowych danych wycisnąć jeszcze więcej informacji. Niestety przekształcenie danych polarymetrycznych w użyteczną wiedzę jest problematyczne, w związku z czym naukowcy wciąż pracują nad udoskonaleniem metod interpretacji takich danych. Dodatkowo Strzelczykowie dla ESA wzbogacają oprogramowanie służące do interpretacji danych radarowych o dodatkowe moduły.

Wkrótce pod strzechy

Jednocześnie Satim ciężko pracuje nad tym, żeby przekonać do orbitalnych usług sektory publiczny i prywatny w Polsce. Rozmawiają głównie z dużymi firmami, przede wszystkim z sektora węglowego. Standardowo kopalnie zatrudniają geodetów, którzy szacują przesunięcia gruntu na podstawie pomiarów poczynionych w kilkunastu – kilkudziesięciu punktach, przy czym koszt usługi satelitarnej jest podobny. Z tą różnicą, że zdjęcia satelitarne ogarniają swoim zasięgiem kilkanaście, a nawet kilkaset kilometrów kwadratowych, a ich rozdzielczość wynosi od jednego do kilku metrów. W związku z tym w jednej chwili wykonują pracę bardzo trudną do wykonania z poziomu powierzchni Ziemi. Z wysoką dokładnością zapewniają analizę obszaru, której wykonanie zespołowi ludzi zajęłoby wiele miesięcy. Firma jest w trakcie rozmów jeszcze z kilkoma graczami wagi ciężkiej, ale Strzelczykowie nie chcą na razie zapeszać i zdradzać szczegółów. Polski rynek musi się jeszcze z tą ofertą oswoić. Nawet dla przedsiębiorcy z Zachodu technologia ta jest nowa. Pierwszym satelitą wyposażonym w takie urządzenie był należący do NASA oceanograficzny SeaSat, wystrzelony w 1978 r., ale prawdziwy boom na nie datuje się na lata 90. Dzisiaj na orbicie znajduje się kilkanaście satelitów wyposażonych w takie radary. W miarę upływu czasu będziemy w stanie za ich pomocą monitorować z jeszcze większą dokładnością jeszcze więcej zjawisk. Postęp technologiczny obniży koszt satelitów, a wraz z nimi dokonywanych przez nie pomiarów. Do tego czasu Satim umości się już na rynku krajowym i zagranicznym, ale postęp spowoduje, że ze swoją ofertą trafi pod strzechy.

>>> Polska rusza na podbój kosmosu. Powstanie Polska Agencja Kosmiczna