Trwający od ponad roku rosyjsko-ukraiński konflikt mocno nas zabolał. W odpowiedzi na rosyjską inwazję na Krym i późniejszą wojnę w Doniecku i Ługańsku świat zachodni zaczął nakładać na Moskwę kolejne embarga. I to nie koniec. Bruksela i Waszyngton pracują już nad nowymi, a Rosja odpowiada sankcjami odwetowymi. To wszystko w nas uderza.

W 2013 r. Rosja była dla polskich firm piątym rynkiem eksportowym. Dziś jest szóstym. Wtedy sprzedaliśmy tam towary za 10,8 mld dol., po roku ta kwota spadła o 12,9 proc. Jeszcze gorzej wypada handel z Ukrainą, który skurczył się o 26,3 proc. rok do roku. Tym samym Kijów spadł z ósmej pozycji eksportowej na 16. Ucierpieli na tym zwłaszcza producenci żywności.

Niezależnie od tego, czy wierzymy w pokojowe rozwiązanie tego konfliktu, czy nie, musimy się nauczyć żyć w nowej rzeczywistości. I warto zrobić to szybko, bo dzięki temu możemy zyskać.

Niektórzy przedsiębiorcy się do tego zabrali. Znacząco zwiększyliśmy eksport do Niemiec, czyli naszego głównego partnera handlowego. Więcej sprzedajemy także do Szwecji, Holandii, Włoch, Czech i na Węgry.

Coraz śmielej handlujemy także z Chinami. Niektórzy polscy sadownicy, czasem półlegalnie, wysyłają już tam jabłka. I osiągają zawrotne ceny. Bo Polak potrafi .

Tu pojawia się wyzwanie. Politycy muszą zacząć realnie współpracować z biznesem. Na przełomie maja i czerwca do Polski maja przyjechał chińscy inspektorzy, którzy sprawdzą, jak wyglądają nasze sady, sortownie jabłek i jak zorganizowany jest eksport. Pół roku później możliwe jest podpisanie umów handlowych. Tu pomóc powinien rząd. Zwłaszcza Ministerstwo Gospodarki. Więcej działać, mniej mówić.

Wyzwanie jest także w ożywieniu na razie papierowych programów, takich jak GoChina i GoAfrica. Dziś, w obliczu rosyjskich sankcji, warunki są do tego idealne.

Co jeszcze może zrobi rzad? Choćby przestać bać się kontaktów z biznesem. Dalej na większość zagranicznych wizyt polscy luminarze jeżdżą sami. Bardzo rzadko zabierają ze sobą biznesmenów, a jeżeli już, to przygotowany dla nich program jest zazwyczaj kompletnie nieprzemyślany. A musimy pamiętać, że w wielu krajach wsparcie polityków jest niezbędne.

Mamy wreszcie także dobry czas do ucywilizowania jednej z naszych największych bolączek, czyli funkcjonujących przy ambasadach wydziałów handlu i promocji. Niestety bardzo często bywają synekurą dla ludzi bliskich PSL-owi.

Sam spotykałem szefów tych placówek, którzy po kilku latach urzędowania nie nauczyli się miejscowego języka. Czasem nawet nie próbowali. Nasi politycy zajmujący się gospodarka i handlem mają wreszcie szansę pokazać, na co ich stać. Bo przedsiębiorcy sami sobie poradzą. Tylko czy tak być powinno?