Islandczycy są w większości negatywnie nastawieni do pomysłu przystąpieniu ich kraju do Wspólnoty. Nie podoba im się jednak, że rząd podjął swoją decyzję nie pytając nikogo o zdanie. Kilkusetletnia tradycja i praktyka polityczna kraju wymaga, by przy podejmowaniu tak ważnego postanowienia zorganizować powszechne referendum oraz przeprowadzić debatę w parlamencie, Alhtingu. 

Gdy Islandia 6 lat temu przystępowała do negocjacji akcesyjnych z Brukselą, ówczesny rząd obiecał, że po ich zakończeniu, a przed ostateczną decyzją, zostaną przeprowadzone konsultacje społeczne. Zdaniem uczestników dzisiejszej demonstracji, ta obietnica jest wciąż aktualna. Tymczasem obecna centrowo-prawicowa koalicja rządowa postanowiła załatwić sprawę listem ministra spraw zagranicznych Gunnara Sveinssona do Komisji Europejskiej. Nie poinformowano o tym ani parlamentu ani społeczeństwa, przyzwyczajonego do form tak zwanej demokracji bezpośredniej.

Niedzielna manifestacja w Reykjaviku była największa od czasu kryzysu finansowego, który dotknął Islandię w latach 2008-2009.

>>> Czytaj też: KE: Drzwi do Unii Europejskiej pozostają otwarte dla Islandii