Rovinj - Chorwacja

Rovinj - Chorwacja

źródło: ShutterStock

Czy chorwackie Ministerstwo Finansów znalazło dodatkowe środki budżetowe, by pomóc ludziom wyjść z problemów? Nie, bo to firmy prywatne (banki, telekomy) zostały zobowiązane do wzięcia zadłużenia na siebie, zaś należności wobec firm publicznych zostaną tak ujęte w rachunkach, że w praktyce się rozmyją.

Ekonomiści i krytycy tego pomysłu przekonują, że to przykład kreatywnej księgowości i kosztowny wstęp do kampanii wyborczej przed wyborami parlamentarnymi, które odbędą się w 2016 r. Chorwaci tymczasem otrzymali niezbity dowód na to, że nadal żyją w państwie opiekuńczym: może to jeszcze nie standardy skandynawskie, ale już za czasów Jugosławii Josipa Broza Tito Chorwaci, w ramach przyznanej im samodzielności, kładli duży nacisk na ochronę socjalną i pomoc finansową dla najróżniejszych grup zawodowych. Sprzyja to niewątpliwie poprawie jakości życia beneficjentów systemu, ale jednocześnie uderza w gospodarkę. A ta od kilku lat znajduje się w dołku.

Najbiedniejsi Chorwaci to nie jedyna grupa, której postanowiło ulżyć państwo. Na początku roku parlament przyjął rządowy projekt zakładający zamrożenie kursu franka szwajcarskiego na poziomie 6,39 kuny, czyli sprzed styczniowego skoku. Rząd uzyskał tym samym przychylność 60 tys. zadłużonych i to bez udziału własnego – to banki zostały zobowiązane do wzięcia na siebie związanych z operacją kosztów, szacowanych na 52 mln euro. W sumie kredyt w szwajcarskiej walucie spłaca 200–300 tys. Chorwatów. Ich zadłużenie sięga 3 mld euro. W kraju działa 30 banków, z których 90 proc. to instytucje zagraniczne.

Gospodarkę spina turystyka

Być może decyzje o pomocy zadłużonym są grą pod publikę, ale zła sytuacja gospodarki, budżetu i samych Chorwatów jest faktem. Gdy w lipcu 2013 r. Chorwacja stała się 28. członkiem Unii, analitycy byli zgodni co do tego, że jest to krok przedwczesny i nie będzie trzeba długo czekać, aż stanie się „drugą Grecją”. Jak dotychczas tak czarny scenariusz się nie zrealizował, ale niewykluczone, że już niedługo europejscy podatnicy będą musieli wspierać Chorwatów.

Gdy polscy politycy publicznie gratulowali Chorwacji wejścia do UE, zachodnie media przypominały, że kraj już od wielu miesięcy był w stanie recesji (w krytycznym 2008 r. PKB spadł o 6,9 proc.) i choć rząd prognozował wyjście z niej w 2014 r., to i ten rok zakończył się ujemnym bilansem.

Chorwacja jest więc w szóstym roku recesji. W zasadzie jedyną dobrze funkcjonującą dziedziną gospodarki jest turystyka. Kraj w zeszłym roku odwiedziło 12 mln turystów (z czego 600 tys. to Polacy). Rezultat jest taki, że Chorwaci są zatrudnieni albo w turystyce, albo w administracji publicznej. W branży turystycznej pracuje prawie 1 mln osób, a więc niemal co czwarty obywatel. W 2012 r. przychody z turystyki wyniosły 6,83 mld euro. W kolejnych okresach wzrastała liczba turystów oraz wydawane przez nich na miejscu sumy. Z danych Departamentu Podatkowego wynika, że w pierwszych czterech miesiącach 2014 r. przychody ze sprzedaży usług w sektorze turystycznym (zakwaterowanie, wyżywienie, usługi turystyczne) wyniosły 5,73 mld kun (750 mln euro), a zatem były o 21 proc. wyższe niż w analogicznym okresie roku 2013.

Nie ma jeszcze oficjalnych danych za cały 2014 rok, ale szacuje się, że całkowity udział turystyki w PKB wyniósł 13 proc., co wpisuje się w ogólny, obserwowany od kilku lat trend. Stosunkowo najgorszy był dla turystyki rok 2009, gdy wobec załamania na światowych rynkach turyści ostrożniej niż zwykle decydowali się na wakacyjne szaleństwa. Światowa Rada Podróży i Turystyki (WTTC) szacuje, że w 2024 r. turystyka przyniesie 17 proc. PKB.

Pracy w przemyśle praktycznie nie ma, ponieważ upadł na początku lat 90. XX w. Wyniszczające wojny po rozpadzie Jugosławii kosztowały życie 20 tys. obywateli, a wiele dużych zakładów zostało zniszczonych i nikt nigdy nie podjął się ich odbudowy. Inne (np. stocznie, które niegdyś zaopatrywały całą Jugosławię) upadły w wyniku fatalnego zarządzania i rozkradania ich majątku.

>>> Czytaj też: Czy Polska powtórzy scenariusz Chorwacji wobec franków? Zdaniem ekspertów - raczej nie

Bałkański problem

Przyjeżdżający z całego świata turyści widzą rozbudowaną sieć autostrad, doskonałą bazę turystyczną, krzątających się wokół nich pracowników branży turystycznej i nowe taksówki na ulicach. Nie widzą wysokiego bezrobocia. Jeśli nie mają pecha, nie dostrzegą także problemu zorganizowanej przestępczości. To prawda, że w Chorwacji jej skala nie jest tak duża, jak w Albanii czy Bośni i Hercegowinie, ale różne międzynarodowe grupy korzystają z wiodącego tędy szlaku przemytu narkotyków.

Granice chorwacko-bośniacka i chorwacko-serbska są dla Unii Europejskiej źródłem niepokoju także z innego powodu. Z Serbii, Kosowa i Bośni rekrutuje się na tyle duża liczba bojowników Państwa Islamskiego, że Bruksela rozważa wzmocnienie bezpieczeństwa granic zewnętrznych Unii poprzez m.in. kontrolę paszportową wszystkich osób przekraczających granicę, a więc także obywateli UE. Zgodnie z obecnymi zasadami na granicach zewnętrznych Unii i przed wjazdem do strefy Schengen kontrolowano wyłącznie osoby nieposiadające unijnych paszportów.

Z zarzutami karnymi muszą się zresztą liczyć nie tylko gangsterzy i przebywający w Chorwacji członkowie tureckich i albańskich mafii, które zdominowały handel heroiną w Europie. Problemy z prawem mają także czołowi politycy. Karę pozbawienia wolności odsiaduje obecnie skazany za przyjęcie od węgierskiego koncernu energetycznego łapówek w wysokości 10 mln euro były premier Ivo Sanader.

Korupcja jest aktualnym problemem we wszystkich państwach regionu. W 2013 r. Biuro Narodów Zjednoczonych ds. Narkotyków i Przestępczości (UNODC) opublikowało raport, z którego wynika, że przy uwzględnieniu pięciu sektorów (produkcji, budownictwa, handlu, transport i produkcji żywności) największy odsetek korupcji jest w Serbii (17 proc.), Albanii (15,7 proc.) i właśnie Chorwacji. Jeszcze gorzej wygląda ten kraj w zestawieniu z państwami UE, bo z niektórych badań (np. przeprowadzonych przez firmę Ernst & Young) wyłania się bardzo niepokojący obraz: obok Słowenii Chorwacja jest najbardziej skorumpowanym krajem UE i wyprzedza pod tym względem Rumunię i Bułgarię – w powszechnej świadomości europejskie rekordzistki tego procederu.
Unijny debiutant

Dotychczasowi członkowie UE nie byli jakimiś przesadnymi entuzjastami rozszerzenia Unii o Chorwację (Polska była jednym z niewielu krajów podchodzących do tego naprawdę entuzjastycznie), ale i sami Chorwaci nie wydawali się szczególnie zadowoleni ze zbliżającej się akcesji. Na początku 2013 r. przystąpienie do Unii popierała połowa obywateli, choć niektóre ośrodki badawcze doliczyły się ledwie 40 proc. Wśród zwolenników przystąpienia do Unii wielu wybierało po prostu mniejsze zło, uznając, że w trudnych gospodarczo czasach lepiej być wśród krajów członkowskich niż funkcjonować poza strukturami. Nauczeni doświadczeniami choćby Bułgarii i Rumunii, które przystąpiły do UE kilka lat wcześniej, Chorwaci nie łudzili się, że poziom ich życia jakoś odczuwalnie się poprawi. Z jednej strony wiedzieli, że Unia ma swoje problemy i Chorwację traktuje jako kolejny potencjalny kłopot (ale skoro ta spełniła warunki, to nie można odmówić jej przyjęcia), z drugiej wszyscy zainteresowani wiedzieli, że miejsca przy stole zostały już zajęte i Chorwacja może liczyć tylko na jakieś niedojedzone kawałki.

Prognozy się sprawdziły, niewiele się w kraju zmieniło. Nadal nieuporządkowane są finanse publiczne (traktat z Maastricht przewiduje dopuszczalny deficyt finansów publicznych na poziomie 3 proc., a wobec tego, że w Chorwacji na koniec 2013 r. wynosił on niemal 5 proc., w styczniu 2014 r. ministrowie finansów krajów UE zdecydowali o objęciu Chorwacji procedurą nadmiernego deficytu; do 2016 r. Chorwacja musi zbić deficyt budżetowy do określonego traktatem poziomu), bezrobocie utrzymuje się na poziomie około 18 proc. W przeciwieństwie do Bułgarów i Rumunów, którzy natychmiast po wejściu do UE skorzystali z możliwości podjęcia legalnej pracy za granicą, Chorwaci wcale nie marzą o emigracji. Badania pokazują, że tylko 1 proc. obywateli jest gotowych opuścić kraj w poszukiwaniu pracy. Taka mała mobilność może dziwić, zwłaszcza przy małych szansach na znalezienie pracy w kraju. Chorwackie władze problem bezrobocia oczywiście widzą i obiecują poprawę, lecz efektów brak.

Czy Chorwaci chcą zmiany?

Kraj nie jest konkurencyjny: przestarzałe, nastawione na ochronę przywilejów pracowniczych prawo pracy i mało elastyczne zasady prowadzenia działalności gospodarczej zniechęcają zagraniczne firmy do inwestowania. Wynagrodzenia są wysokie w stosunku do niezadowalającej wydajności pracy, a związki zawodowe blokują uderzające w stabilność zatrudnienia, choć potrzebne za względu na stan gospodarki, inicjatywy. Przed kilkoma miesiącami zebrały 600 tys. podpisów pod wnioskiem o referendum mającym zapobiec planowanym przez rząd cięciom w administracji publicznej, które miały polegać na przekazaniu pewnych obowiązków sektora publicznego zewnętrznym firmom.

Wniosek o referendum musi zostać poparty przez 10 proc. dorosłych obywateli, czyli przez 375 tys. osób. Poparcie go przez niemal drugie tyle dowodzi, że Chorwaci są bardzo czuli na punkcie praw pracowniczych, a dająca zatrudnienie 400 tys. osób reforma rozbudowanego sektora publicznego, choć wydaje się niezbędna, jest w chwili obecnej nierealna.

Pod wnioskiem raczej nie podpisali się ludzie młodzi. Ze swym 49-proc. bezrobociem wśród młodych w 2014 r. Chorwacja wypada (obok Hiszpanii – 53,5 proc. i Grecji – 56,9 proc.) najgorzej w Europie.

Czy przeznaczeniem Chorwacji na kolejne dekady jest wyłącznie bycie celem wakacyjnych podróży? Niekoniecznie. Szacuje się, że właśnie ten kraj posiada jedne z największych w Unii Europejskiej pokładów ropy i gazu. Na początku 2015 r. rząd wydał 10 koncesji na ich poszukiwanie. Siedem otrzymały amerykańska firma Marathon Oil Corp. i austriacki OMV AG, po jednym nabyły konsorcja włoskie i brytyjskie. Do budżetu państwowego wpłynęło z tego tytułu 15,7 mln dol. Do 2 kwietnia mają zostać podpisane umowy na poszukiwanie surowców.

Jak do tej pory, Chorwacja importuje 85 proc. wykorzystywanej ropy i 40 proc. gazu. Czy pokłady znalezione na szelfie na Adriatyku pozwolą krajowi uniezależnić się od zagranicznych dostaw? Trudno powiedzieć, bo zasoby są słabo zbadane i dopiero dokładne analizy dowiodą, jaka jest ich rzeczywista opłacalność. Nie przeszkodziło to ministrowi gospodarki Ivanovi Vrdoljakovi snuć marzeń o staniu się „drugą, nieco mniejszą Norwegią”. Na razie można jedynie zakładać, że do 2020 r. firmy, które wykupiły licencję, zainwestują około 600 mln dol.