19 stycznia podczas wspólnego posiedzenia rządów polskiego i ukraińskiego w Kijowie Ewa Kopacz zapowiedziała budowę interkonektora, który połączy gazociągi obydwu państw. Inwestycja miała być finansowana m.in. ze środków unijnych i zwiększyć bezpieczeństwo energetyczne Ukrainy, która zyskałaby dostęp do LNG ze Świnoujścia. Zapytaliśmy w Gaz-Systemie o stan realizacji studium wykonalności interkonektora. Sprawdziliśmy również w Komisji Europejskiej, jak wygląda możliwość finansowania inwestycji ze środków unijnych.
Ze zgromadzonych przez nas informacji wynika, że inwestycja ma szansę skończyć podobnie jak słynny ropociąg Odessa-Brody-Płock, czyli być kolejnym sztandarowym projektem polsko-ukraińskim, którego nigdy nie udało się zrealizować. Tym razem przede wszystkim z powodu opieszałości po stronie ukraińskiej.

– Jesteśmy za finansowaniem komercyjnym. Rozmawialiśmy też o maksymalnym wykorzystaniu środków unijnych na ten cel. Chcielibyśmy skorzystać z pieniędzy z programu Infrastruktura i Środowisko – zapewniała premier Kopacz. – Studium wykonalności powinno być gotowe w połowie tego roku – dodawał premier Jaceniuk. Tak wygląda przedstawiona w styczniu teoria.

Jak wynika z naszych informacji, po stronie ukraińskiej projekt nie będzie jednak finansowany przez Unię. – Ukraina nie jest państwem UE. Mało realne jest sfinansowanie inwestycji z programu IiŚ, który jest częścią budżetu UE – tłumaczy nasz rozmówca z KE. – Teoretycznie jest to możliwe w wyjątkowych sytuacjach, gdy wpływa np. na bezpieczeństwo energetyczne UE. Konektor przede wszystkim zwiększa jednak bezpieczeństwo Ukrainy – dodaje. Gaz-System twierdzi zaś, że unijne pieniądze będą mogły pokryć polską część projektu.

Opóźnia się również data zakończenia prac projektowych. Jaceniuk mówił o połowie roku. Gaz-System precyzuje, że „w tym roku ma być przygotowane studium wykonalności określające sposób transgranicznego połączania systemów przesyłowych”. O ile Gaz-System poważnie potraktował deklaracje Ewy Kopacz, o tyle trudno cokolwiek wiążącego powiedzieć o Naftohazie. Można założyć, że interkonektor nie jest dla niego priorytetem.

Gazprom twierdzi, że Naftohaz jest mu winny 4,5 mld dol. Monopolista od lat jest pogrążony w głębokim, chronicznym kryzysie. W ubiegłym roku jego deficyt był wyższy niż deficyt budżetowy Ukrainy i wyniósł 103 mld hrywien (17 mld zł). Co prawda warunki pozyskanego przez Kijów kredytu z MFW zobowiązują kraj do znacznej podwyżki taryf, co powinno zasypać wielomiliardowe straty Naftohazu, ale do osiągnięcia optymalnego stanu wciąż daleka droga. Na razie władze przygotowały przepisy pozwalające np. energetycznemu gigantowi odmówić podpisania umowy na dostawy gazu z firmą, wobec której trwa postępowanie upadłościowe.

Gazociąg Hermanowice-Strachocina będzie elementem polskiej sieci wewnętrznej, a jego budowa jest związana z koniecznością poprawy przepustowości sieci przesyłowej gazu w południowo-wschodniej części kraju. Łączny koszt budowy gazociągu szacowany jest na 296 mln zł. O ile jednak w 2018 r. po polskiej stronie gotowy ma być już gazociąg do granicy (właśnie do Hermanowic), o tyle po stronie ukraińskiej wciąż trzeba położyć 150–200 km rury. Dopóki ten odcinek nie powstanie, nie będzie możliwie transgraniczne połączenie systemów przesyłowych.

Problemem jest również ekonomiczne uzasadnienie inwestycji. Teoretycznie Ukraińcy mogliby kupować poprzez interkonektor rosyjski gaz w ramach rewersu. Taką praktykę w połowie ubiegłego roku zablokował jednak Gazprom. We wrześniu 2014 r. koncern ograniczył eksport surowca do krajów UE, co miało zmniejszyć nadwyżkę surowca na rynku europejskim, dzięki której możliwy był rewers na Ukrainę. Na początku marca odstąpił od tej praktyki.

Kolejną kontrowersją jest cena surowca, który miałby popłynąć na Ukrainę. Jeśli Ukraińcy mieliby otrzymywać poprzez interkonektor gaz ze Świnoujścia, musieliby liczyć się ze znacznie, być może niemal dwukrotnie wyższą ceną niż za surowiec rosyjski.

>>> Czytaj też: Czy Władimir Putin jest racjonalny? Wywiad z Richardem Pipesem