Nie zapomnę tego nigdy – wspomina moment odejścia Jana Pawła II Dominik. – Bawiliśmy się wtedy na moim weselu, kilka godzin wcześniej wziąłem ślub. Wiadomość przekazał nam obecny na weselu kapłan, mój wujek zresztą. Poprosił o chwilę ciszy, odmówiliśmy za Jana Pawła II krótką modlitwę, chyba „Ojcze nasz”. Później wróciliśmy do zabawy – opowiada.

Co było potem, wszyscy pamiętamy. W miejscach publicznych spontanicznie pojawiły się znicze, ludzie – często młodzi – organizowali nocne czuwania. Królowało hasło „Santo Subito”, a publicyści pisali o „pokoleniu JPII”. Od tego momentu minęła wyjątkowa w historii Kościoła dekada. Stolicę Piotrową opuścił pierwszy od stuleci papież. Benedykt XVI był świadom, że wypełnianie obowiązków głowy liczącego ponad miliard członków Kościoła wymaga tytanicznej siły. Jego następca jest pierwszym na tym stanowisku duchownym z Ameryki Południowej, a także pierwszym jezuitą. Dekadę po odejściu Jana Pawła II Kościół odnajduje się w zupełnie innym kontekście. Z tym kontekstem wiążą się nowe wyzwania, które określą Kościół na lata.

W myśl soborowej zasady aggiornamento Kościół nie wyklucza rewizji prawa kanonicznego i uzgadniania go ze współczesnością. Kiedy odchodził Jan Paweł II, nikt nie przewidział, że trzy lata później nastąpi największy kryzys finansowy od wieku, który wywróci do góry nogami podstawy nauk gospodarczych. To jest jedno z wyzwań, z którymi będzie się musiał zmierzyć obecny papież.

Przede wszystkim dzisiejszy Kościół jest bardziej skupiony na sobie, co nie znaczy jednak, że jest to Kościół zamknięty. Realia pontyfikatu Jana Pawła II sprawiły, że jednym z celów papieża była walka z totalitaryzmem. – Po upadku komunizmu Kościół mógł niejako zająć się sobą. Najpierw za Benedykta XVI działo się to w wymiarze nauczania, teologicznym, a teraz, za papieża Franciszka, w wymiarze instytucjonalnym – zauważa o. Paweł Gużyński, dominikanin.

„Zwrócony ku sobie” znaczy również w tym kontekście „samodoskonalący się”. Papież stara się bowiem przypominać, że tylko codzienna praktyka może świadczyć o sile i żywotności Kościoła. – Papież mówi wprost: musimy być przekonujący dla świata. Nie możemy a priori uznawać, że jesteśmy lepsi, tylko musimy żyć tak, jak nam to Chrystus zostawił w Ewangelii – mówi o. Gużyński. Zresztą papież surowo napomina nie tylko wiernych, ale przede wszystkim duchowieństwo.

Jeśliby się zastanowić, papież Franciszek nie proponuje rewolucji; nie ma w jego nauczaniu niczego, z czym nie zgodziłby się papież Jan Paweł II. Wynika to oczywiście z faktu, że celem papieża nie jest zmiana katolickiej doktryny, ale przesunięcie akcentów, wyeksponowanie pewnych aspektów. Między papieżem Janem Pawłem II a papieżem Franciszkiem jest zresztą wiele podobieństw na płaszczyźnie osobowości. Jeden i drugi cieszy się dużą popularnością wśród wiernych. Jan Paweł II doskonale nawiązywał kontakt z ludźmi, często bywał spontaniczny. Podobnie Franciszek. – Papież jednak nie jest aż tak bardzo jak jego poprzednicy skupiony na Europie. Bardziej niż reanimowaniem wiary na Starym Kontynencie zainteresowany jest umacnianiem jej w krajach rozwijających się – mówi ks. Jacek Prusak, jezuita.

Ta reforma wewnętrzna odbywa się także w wymiarze instytucjonalnym. Jak mówi obrazowo ks. Jacek Siepsiak, jezuita i redaktor naczelny portalu Deon.pl, na przestrzeni ostatnich dwóch wieków doszło w Watykanie do paradoksalnej sytuacji, w której biskupi – bezpośrednio podlegli papieżowi – stali się petentami watykańskiej administracji. Papież Franciszek nie tylko chce zreformować Kurię Rzymską, lecz także uczynić instytucje kościelne bardziej otwartymi. Niech świadczy o tym chociażby to, że podczas ubiegłorocznego synodu biskupów duchowni mogli swobodnie wypowiadać się w mediach na temat bieżących postępów w obradach. Jak wskazuje ks. Siepsiak, jest to o tyle rewolucyjne, że wcześniej po synodzie powstawał po prostu dokument sygnowany nazwiskiem papieża. Nie było potrzeby pokazywania różnych stanowisk; Kościół przemawiał jednym głosem.

Jednocześnie papież Franciszek buduje Kościół bardziej otwarty, starający się znaleźć płaszczyznę porozumienia z wszystkimi, którzy z różnych względów pozostają poza jego obrębem. W tym z rozwodnikami i mniejszościami seksualnymi. W ten sposób proponuje dialog, który stawia dotychczasowe praktyki na głowie. Zdaje się mówić: najpierw spróbujmy nawiązać nić porozumienia. – Papież chce stworzyć płaszczyznę dla osób, które pogmatwały sobie życie i nie są w stanie być w pełnej jedności z Kościołem. Dzięki niej nie zostaną wyrzuceni poza jego obręb – tłumaczy o. Gużyński.

>>> Czytaj też: Religia w świecie pieniędzy. Jezus i Mahomet byli socjalistami

Jeszcze zanim Jan Paweł II odszedł, niektórzy publicyści stawiali pytanie, jak polski Kościół poradzi sobie po jego śmierci. Jak mówi ks. Siepsiak, Karol Wojtyła był papieżem na czasy totalitaryzmu, kiedy najważniejsza z instytucjonalnego punktu widzenia była jedność względem zewnętrznego zagrożenia. Wraz z odejściem papieża Polaka Kościół w Polsce musiał na nowo zacząć budować tożsamość. – Wychodzimy spod papieskiej kurateli i musimy stanąć na własnych nogach. Wcześniej szukaliśmy tego, co nas łączy, dzisiaj bardziej zwracamy uwagę na to, co nas dzieli – mówi ks. Jacek Siepsiak.

Zdaniem duchownego wraz ze śmiercią papieża w polskim Kościele zaszła swego rodzaju transformacja ustrojowa: otwarcie się na wolny rynek, które sprawia, że oferta wewnątrz samego Kościoła stała się bardziej różnorodna. – Trzeba pójść na własną działalność. Używając rynkowych kategorii, trzeba nie tylko tworzyć dobry produkt, ale jeszcze umieć go sprzedać – mówi obrazowo jezuita. Skoro nie ma już potrzeby stania murem za instytucją i można wybrzydzać, wierni to robią. Dowodem chociażby zjawisko uczęszczania na msze święte nie w swojej parafii, zwane churchingiem. Jak zauważa jezuita, wielu księży obawia się tej nowej, „rynkowej” rzeczywistości, przede wszystkim dlatego że nie zostali do niej przez nikogo przygotowani. Do tej pory bowiem obowiązywała zasada: będzie tak, bo tak było dotychczas.

Potrzeba stanięcia na własnych nogach jest tym bardziej potrzebna, gdy weźmie się pod uwagę trendy w religijności Polaków. Na ten temat wyniki swoich badań opublikował niedawno CBOS (na reprezentatywnej grupie 1003 osób metodą wywiadu bezpośredniego wspomaganego komputerowo). Za cezurę przyjęto w nich właśnie rok śmierci papieża, czyli 2005 r. Z jednej strony wynika z nich, że odsetek Polaków deklarujących się jako wierzący pozostaje niezmiennie wysoki i wynosi 90 proc. Problem dla Kościoła pojawia się jednak przy lekturze odpowiedzi na bardziej szczegółowe pytania. Z 58 do 50 proc. spadł odsetek osób, które biorą regularny udział w praktykach religijnych, a z 9 do 13 proc. wzrósł udział osób niebiorących udziału w żadnych praktykach. Dziesięć lat temu 66 proc. ankietowanych twierdziło, że stosują się w życiu do wskazań Kościoła. Dzisiaj odsetek ten zmalał do 39 proc.

To wszystko są elementy procesów sekularyzacyjnych, które dla Kościoła nie są nowością. Novum stanowi za to liczba wskazań w przypadku pytań o katolicką naukę i duchowość. 70 proc. wiernych wierzy w Sąd Ostateczny, 61 proc. uważa, że zbawieni mogą być wszyscy, a 15 proc. w ogóle w zbawienie nie wierzy. Niewiele ponad połowa uznaje istnienie piekła, a co szósty widzi obciążenie grzechem pierworodnym. Zaskakująco duża liczba osób deklaruje także wiarę w przeznaczenie. – To zagraża jedności Kościoła, bo jeśli ktoś nie identyfikuje się z nauczaniem, z prawdami wiary, to taka osoba bardzo często w jakiejś perspektywie czasowej odsunie się od Kościoła. Przy czym warto zwrócić uwagę, że respondenci CBOS to osoby dorosłe. To oznacza, że paląca jest potrzeba katechizacji, ale dorosłych – mówi ks. Prusak.

Z perspektywy 10 lat widać też, że nietrafione były diagnozy mówiące o pokoleniu JPII. – Dla wielu osób było to przeżycie zbiorowe, oparte na emocjach, tak jak wtedy gdy skacze Adam Małysz lub odbywa się mecz reprezentacji. Mówienie jednak o całym pokoleniu, w kategoriach wspólnej świadomości, nie ma większego sensu – uważa prof. Maria Libiszowska-Żółtkowska, socjolog religii z Uniwersytetu Warszawskiego.

„Żenująca ignorancja” – tak w rozmowie z Krzysztofem Ziemcem w radiu RMF FM oceniła stosunek Polaków do dziedzictwa Jana Pawła II jego przyjaciółka i specjalistka w dziedzinie psychiatrii dr Wanda Półtawska. – Jest ignorancja i całkowite niezrozumienie tego, czego uczył. Dokumenty papieskie są Polakom nieznane. Nie zrozumieli nauczania i wagi pontyfikatu – mówiła lekarka.

Z drugiej strony specyfiką polskiego Kościoła jest również to, że części wiernych trudno dogodzić, jeśli idzie o osoby zasiadające na Stolicy Piotrowej. – Mamy katolickich konserwatystów, którzy cieszyli się z Benedykta XVI, bo znudzili się papieżem „od kremówek”. Teraz z kolei płaczą za papieżem od kremówek, bo trudno przychodzi im identyfikacja z obecnym papieżem – podsumowuje ks. Prusak.