Zarobione przez emigrantów funty, euro czy korony dla pozostałych w kraju rodzin były nierzadko głównym środkiem utrzymania, lecz też przyczyniły się do tego, że nam – jako całemu krajowi – udało się w miarę bezboleśnie przejść przez światowy kryzys. Z czasem te transfery malały – bynajmniej nie z tego powodu, że któremuś rządowi udało się masowo namówić emigrantów do powrotów, choć każdy kolejny gabinet to obiecywał – aż w zeszłym roku osiągnęły najniższy od dziewięciu lat poziom 16,2 mld zł. I na pewno w następnych latach te kwoty będą jeszcze mniejsze.

Gdy po 2004 r. setki tysięcy emigrantów z Europy Środkowo-Wschodniej zaczęły się osiedlać w Anglii, Anglicy się pocieszali – „OK, przyjechało ich znacznie, znacznie więcej niż zakładaliśmy, nasza wyspa się robi trochę za ciasna, ale przynajmniej pracują i więcej wpłacają do naszego budżetu, niż z niego biorą. Skoro już tu są, to zróbmy wszystko, by tych ciężko zarobionych funtów nie wysyłali do tej dalekiej Polski, lecz wydawali je na miejscu, to będzie korzystne dla brytyjskiej gospodarki”.

I to robią, bo pomimo całej antyimigranckiej nagonki w tabloidach to brytyjskie urzędy i system socjalny są legalnym imigrantom pomocne. To właśnie jeden z powodów, dla którego wielu Polaków, którzy wyjechali z założeniem, że popracują dwa-trzy lata, odłożą trochę pieniędzy, a potem wrócą do kraju, jednak decyduje się pozostać na Wyspach. I zamiast wysyłać pieniądze do rodzin, te rodziny ściągają z Polski do siebie.

Po ponad dekadzie członkostwa w Unii jesteśmy gdzieś pośrodku – Zachód nadal jest dla wielu z nas atrakcyjnym miejscem pracy, ale przez ten czas my staliśmy się atrakcyjnym rynkiem pracy dla imigrantów ze Wschodu. W zeszłym roku transfery wysyłane przez legalnie zatrudnionych w Polsce cudzoziemców wyniosły rekordowe półtora miliarda euro, czyli nieco ponad 6 mld zł. Nie jest to może kwota zawrotna z punktu widzenia całej naszej gospodarki i nadal to mniej niż połowa tego, co nasi emigranci przysyłają do Polski, ale w perspektywie kilku lat transfery przychodzące i wychodzące się zrównają, a później przewagę uzyskają te drugie. Skoro imigrantów ze Wschodu (którzy integrują się szybciej i łatwiej niż np. przybysze z krajów arabskich we Francji) i tak będzie coraz więcej, będą zarabiać coraz więcej (a na razie, nie ukrywajmy, ich średnie zarobki są niższe niż Polaków), to dobrze by było, aby niekoniecznie wszystkie zarobione złotówki wysyłali do Kijowa czy Lwowa, lecz je u nas wydawali. To się naszej gospodarce, która z czasem coraz bardziej będzie odczuwać zapaść demograficzną kraju, będzie opłacało. Ale aby tak się stało, nie mogą oni traktować Polski jako chwilowego miejsca zarobku, lecz jako potencjalne miejsce do życia. Aby tak się stało, powinni czuć, że nie są pracownikami drugiej kategorii czy w ogóle osobami niemile widzianymi. Powinni to czuć także w kontaktach z administracją państwową. Czy tak jest obecnie? Raczej nie przypuszczam.

Warto to wziąć pod uwagę, gdybyśmy kiedyś mieli zamiar w przemyślany sposób kształtować politykę migracyjną.