W styczniu mocne dotychczas zastrzeżenia wycofała Francja. Stery zamysłu oddane zostały w ręce ministra finansów Austrii, który doprowadzić miałby do uruchomienia poboru już w 2016 roku.

Wynik starań o wprowadzenie w UE zaczątków FTT (financial-transaction tax) nie jest przesądzony, bo opór jest i będzie wielki. Okoniem stają przede wszystkim państwa zarabiające krocie na usługach finansowych. W Europie są to przede wszystkim Wielka Brytania i Luksemburg. Jakąś formę FTT popiera grupa w składzie: Austria, Belgia, Estonia, Francja, Grecja, Niemcy, Portugalia, Słowacja, Słowenia, Hiszpania i Włochy. Reszta to państwa dziś niezdecydowane, które mogą dostrzec w tym podatku narzędzie handlu głosami, tj. uzyskania ustępstw w innych sprawach w zamian za ewentualne poparcie FTT lub ustawienie przed nim jakiejś dużej kłody.

Bardzo istotny dla oceny za i przeciw FTT jest kontekst. Przez tysiąclecia usługi finansowe sprowadzały się do pożyczek zaciąganych przede wszystkim przez osoby fizyczne legitymujące się „zdolnością kredytową”. Na przeszkodzie rozwoju rynków finansowych stała przez wieki średnie wrogość religijno-polityczna wobec „lichwy”. Kilka stuleci temu pojawiły się banki oraz rozwiązanie w postaci łączenia sił i kapitałów w sformalizowanych spółkach udziałowych. Rozszerzyło to bardzo grono potencjalnych wierzycieli i dłużników, bowiem w grupach tkwi znacznie większy potencjał, niż w przedsięwzięciach indywidualnych. Rozwój wiedzy, wytwórczości, a zwłaszcza handlu sprawiał, że narzędzia finansowe stawały się z biegiem czasu coraz bardziej skomplikowane. Jeszcze pół wieku temu dało się je pojąć na podstawie dość przystępnych lektur – dziś to wiedza coraz bardziej hermetyczna. Coś narasta, a nie wiadomo nawet, jak to nazwać.

>>> Czytaj też: Era ujemnych stóp procentowych. Ile trzeba będzie płacić za trzymanie pieniędzy w banku?

Może nie być innego wyjścia

Nie stanowiłoby to problemu, bo mało kto rozumie zasady fizyki, a Ziemia obraca się mimo to bez przeszkód, gdyby nie narastające skutki gospodarcze, społeczne (np. nierówności dochodowe) i polityczne – np. bezradność wobec kryzysów finansowych wywoływanych niepohamowaną ekspansją najróżniejszych form długu.

W opracowaniu pt. „Debt and (not much) deleveraging” firma doradcza McKinsey&Co. ocenia, że globalne zadłużenie rośnie w ostatnich latach szybciej niż globalna gospodarka. Według jej szacunków, łączny dług świata rozumiany jako suma zadłużenia gospodarstw domowych, przedsiębiorstw, instytucji finansowych i rządów wynosił w połowie 2014 r. 199 bilionów dolarów (199 000 mld dolarów), czyli wzrósł od końca 2007 r. o 57 bilionów, a od 2000 r. o 112 bilionów dolarów. Samo zadłużenie rządowe urosło w okresie 2007-2014 o 25 bilionów dolarów.

W tej sytuacji ekonomiści z McKinsey&Co. opowiadają się jednoznacznie za oddłużaniem (deleveraging), dostrzegając przy tym oczywiście zalety finansowania się długiem, jeśli zachowane są proporcje. Warto zauważyć tę opinię, bowiem znacznie głośniej brzmi obecnie w świecie głos zwolenników zasypywania problemów strukturalnych stertami świeżych pieniędzy, zaś rzecznicy polityki umiaru i ostrożności finansowej (austerity) odsądzani są przez „mainstream” od czci i wiary.

Mało kto próbuje ostrzegać, że dług i interesy opierają się na zaufaniu, a zaufanie kruszeje, gdy długi rosną w piramidę. Na tym tle próba wprowadzenia podatku od transakcji finansowych staje się akceptowalna nawet dla osób, które obserwując dominującą w świecie nieporadność rządów podatki zazwyczaj jedynie tolerują, jako że nie znoszą marnotrawstwa i rozrzutności za nieswoje.

Nie pora mówić o szczegółach, bo tych nikt jeszcze nie zna. Jeśli nawet zamysł wprowadzenia w Unii podatku od transakcji finansowych się powiedzie, to nie będzie to oczywiście jakiś degradujący haracz. Dla świata finansów niebezpieczny jest jednak nie tyle spodziewany mały wymiar finansowy potencjalnych obciążeń z tytułu FTT, a precedens, który grozi, że strumyczek skarbowy zmienić się może kiedyś w rwący potok.

Najsłynniejszym pomysłodawcą opodatkowywania nadaktywności finansowej był noblista James Tobin, który po upadku systemu Bretton Woods zaproponował obciążanie transakcji wymiany walut. Podatek jego pomysłu miał być procentowo mikroskopijny, miał przeciwdziałać spekulacjom walutowym, a wpływy przeznaczane miały być na wsparcie osób najbiedniejszych. Od tego czasu minęły cztery dekady i przykładów wprowadzenia podatków na modłę Tobina jest już w całym świecie co najmniej kilkanaście.

Szwedzi się wycofali

Przeciwnicy FTT odwołują się najchętniej do klęski jaką ponieśli Szwedzi. W 1984 r. rząd socjaldemokratyczny wprowadził tam półprocentowy podatek od zakupu i sprzedaży akcji za pośrednictwem rodzimych domów maklerskich. Pięć lat później zaordynowano w Szwecji także niewielkie opodatkowanie obligacji oraz tzw. derywatów, czyli inaczej instrumentów pochodnych, np. opcji. W efekcie, handel szwedzkimi papierami wartościowymi przeniósł się za granicę. W szczytowym momencie tego odpływu, tj. w 1989 r. tylko 23 proc. obrotu akcjami Ericssona odbywało się w kraju, choć to nie tylko symbol szwedzkiego przemysłu, lecz także spółka, której akcje należały wówczas do najbardziej „mobilnych”, bo warto je było kupić i łatwo było je sprzedać.

Na rynku papierów o stałym dochodzie niszczący wpływ FTT był jeszcze większy. W tydzień po wprowadzeniu podatku obrót obligacjami zmalał na szwedzkiej giełdzie o 85 proc. a bonami skarbowymi o 20 proc. Podatek nałożony na transakcje najbardziej popularnymi papierami wartościowymi spowodował nie tylko migrację handlu za granicę, ale także rozwój nowych instrumentów finansowych nieobjętych podatkami. W 1991 r. szwedzkie FTT zostały zniesione, a obroty giełdowe wróciły wkrótce do poziomów „przedpodatkowych”.

Są oczywiście także przykłady czynne. Francja nałożyła w 2012 r. podatek transakcyjny w wysokości 0,2 proc. wartości zakupu akcji (lub porównywalnych papierów wartościowych) wyemitowanych przez firmy z siedzibami we Francji i kapitalizacją rynkową (liczba akcji w obrocie pomnożona przez ich bieżącą wartość) w wysokość 1 mld euro i wyższej. Z badań przeprowadzonych przez Credit Suisse wynika, że francuski podatek nie zaburzył rynku, nie zmienił postaw inwestorów i nie ograniczył dostępu dużych przedsiębiorstw do kapitału. Według najnowszych kalkulacji, w porównaniu z 2011 r., który był ostatnim pełnym rokiem bez FTT, dzienne obroty akcjami obciążonymi podatkiem zmniejszyły się w 2014 r. przeciętnie o niemal 12 proc., a w Europie o prawie 10 proc. Jedna dziesiąta spadku to wprawdzie zauważalna wielkość, ale jeśli patrzeć na skutki z każdej strony, to ubyć mogło, wskutek lub dzięki temu, głównie czystej spekulacji.

W marcu 2013 r. FTT wprowadzono także we Włoszech, ale tamtejszy rząd był radykalniejszy. Podstawa opodatkowania była podobna, z tym że próg kapitalizacji spółek ustalony został na poziomie już 500 mln euro. Skala podatkowa jest różna dla transakcji na rynku regulowanym i w transakcjach bezpośrednich OTC (over-the-counter) czyli z ręki do ręki. Na giełdzie było to 0,12 proc. od wartości, a dla OTC – 0,22 proc. W 2014 r. stawki zostały obniżone do odpowiednio 0,1 i 0,2 proc.

>>> Czytaj też: Złe kredyty zabiły rentowność. Europę Środkową czeka wyprzedaż banków

Od września 2013 r. opodatkowane zostały także obroty derywatami (swapy, futures, opcje, CDS i inne). Obliczanie stawki jest dość zawiłe, ale według ogólnej formuły, podatek z tytułu transakcji instrumentami pochodnymi wartymi nominalnie ponad 1 mln euro wynosi do 200 euro. Jest jeszcze podatek od handlu giełdowego na wysokich częstotliwościach (HFT – high frequency trades), czyli od zautomatyzowanych zakupów i sprzedaży papierów wartościowych inicjowanych przez odpowiednio ustawione systemy komputerowe. Opodatkowane są transakcje wykonywane dzięki algorytmom ustawionym na reakcję na nowe dane z rynku szybszą niż pół sekundy. Podatek w wysokości 0,02 proc. nakładany jest na te operacje automatyczne, które zostaną w ciągu dnia zmodyfikowane lub anulowane przez operatora zlecającego HTC.

Skutki we Włoszech były boleśniejsze od tych zaobserwowanych we Francji. Obroty papierami spadły wprawdzie w kraju po roku o niemal tyle samo, bo o ok. 12 proc., ale w Europie obroty tymi samymi walorami wzrosły w identycznym czasie o prawie 7 proc. Podatek zdusił zatem obroty na rodzimym rynku, a część transakcji najwrażliwszych na niewielkie nawet zmiany rentowności przeniosła się za granicę. Oznacza to po prostu odpływ kapitałów. Ucieczka pieniędzy z kraju prawie zawsze jest w danym momencie bolesna, ale jeśli dotyczy to tzw. kapitałów czysto spekulacyjnych, to wychodzi w końcu na dobre. Oczekiwanym, pozytywnym skutkiem z punktu widzenia władz i ładu gospodarczego w państwie jest ograniczenie zakresu transakcji OTC, których część wiąże się zazwyczaj z szarą i czarną strefą gospodarki. Można to sprowadzić do wniosku, że kosztem wyższej przejrzystości jest zmniejszenie wartości środków krążących we włoskiej gospodarce.

Lepszy podatek pośredni niż dochodowy, ale…

10 państw Unii (z powodu zmiany rządu Grecja nie podpisała się pod oświadczeniem ministrów finansów tej grupy) podtrzymało pod koniec stycznia 2015 r. wolę wprowadzenia podatku od transakcji finansowych. Jego baza ma być jak najszersza, a przez to stawki niskie (mowa jest o 0,1 proc. od tradycyjnych instrumentów i 0,01 od derywatów). Los inicjatywy nie jest przesądzony, ale wiele w nastawieniu społeczeństw zachodnich wskazuje, że zyskiwać może ona coraz szersze i silniejsze poparcie. FTT ma zalety również z perspektywy liberalnej, ponieważ dla orędowników wolności gospodarczej „z dwojga złego” lepszy jest każdy podatek pośredni, niż jakikolwiek dochodowy.

Poparcie dla FTT widoczne jest także w USA, gdzie w przeszłości obowiązywały tego rodzaju podatki. Dziś mówią o tym przede wszystkim demokraci. Ostatnio propozycję nałożenia takiego podatku na przemysł finansowy z głównymi siedzibami na Wall Street złożył demokratyczny kongresmen Chris Van Hollen. Twierdzi on, że poza dobroczynnym skutkiem w postaci redukcji bezproduktywnej spekulacji, budżet zebrałby z tego podatku 1200 mld dolarów przez 10 lat. Komisja Europejska oceniała natomiast w 2013 r., że szeroko zakrojony podatek od transakcji finansowych mógłby przynosić ponad 30 mld euro, tj. prawie 40 mld dolarów wpływów budżetowych rocznie.

Koła biznesu są rzecz jasna generalnie przeciwne. Krytycy FTT twierdzą, że korzyść budżetowa będzie iluzoryczna, bowiem wprowadzenie FTT doprowadzi do istotnych ubytków w PKB. Nie mówi się przy tym o recesji, a eufemistycznie o „ujemnym wzroście”. Wskazują, że mniejsze PKB to mniejsze wpływy z tradycyjnych podatków, a więc saldo wprowadzenia FTT będzie na koniec dnia niekorzystne. Trudno recenzować te opinie bez bardzo szeroko zakrojonej analizy, ale z tyłu głowy pobrzmiewa stale pytanie, czy wzrost PKB oparty na spekulacjach finansowych rzeczywiście prowadzi do czegoś jednoznacznie dobrego?

W zgodnej opinii historyków gospodarki, prekursorem i pierwowzorem nowoczesnych podatków od transakcji finansowych była opłata skarbowa (stemplowa) wynaleziona w konkursie na łatwy w poborze podatek, ogłoszonym w ówczesnych Niderlandach. Nazwisko pomysłodawcy zawieruszyło się gdzieś w mrokach dziejów fiskusa, ale przetrwała zwycięska koncepcja z 1624 r., że niektóre istotne transakcje muszą być spisane na papierze opieczętowanym przez władze skarbowe. Przystawienie pieczęci oczywiście kosztowało, a koszt kupców był wpływem władcy.

Historia uczy jednak, że opłaty skarbowe mogą okazać się groźne. Potrafią nawet wywołać rewolucje. Kupcy z kolonii brytyjskich w Ameryce Północnej uznali, że Korona przesadza z opłatami skarbowymi (stamp duties). Przybycie z Wielkiej Brytanii statków z ładunkami opieczętowanych druków wywołało w Bostonie gwałtowne zamieszki pod hasłem „no taxation without representation”, czyli żadnych podatków nakładanych bez udziału przedstawicieli podatników w brytyjskim parlamencie. Skończyło się na przyjęciu 4 lipca 1776 r. Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Wprawdzie snucie analogii historycznych to zajęcie wątpliwe, ale sprawdzi się niechybnie oparta na nich przepowiednia, że wprowadzanie w Unii FTT będzie raczej burzliwe.