Jednak warto pamiętać, że to kosztuje. Po pierwsze niższe będą emerytury, po drugie – większe dopłaty z budżetu. Reforma, która weszła w życie w 2013 r., to faktycznie dwie zmiany w jednej.

Pierwsza najważniejsza to zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn – konieczna. Druga, wprowadzona niejako przy okazji, to podniesienie granicy wieku emerytalnego do 67 lat – pożądana. Obie mieszczą się w oczywistej logice, że za wydłużaniem dalszego trwania życia na emeryturze powinno iść podniesienie wieku emerytalnego. To powoduje, że z tej drogi nie ma odwrotu. Tyle że powinny być wprowadzone działania osłaniające samą zmianę.

Rząd nie zniósł np. przepisu o czteroletnim okresie ochronnym przed emeryturą, w którym nie można zwalniać. Leży on w interesie np. pracowników administracji czy dużych firm państwowych z silnymi związkami zawodowymi, czyli osób z miejsc, gdzie na ogół nie zwalnia się łatwo i gdzie wynagrodzenia są wyższe od przeciętnej.

Niestety, drugim biegunem tego przepisu jest fakt, że w wielu firmach, zwłaszcza prywatnych, zwalnia się pracowników seniorów, zanim wejdą w okres ochronny. Pracownicy kadr pilnują w nich, by w odpowiednim momencie wręczyć wypowiedzenie. Co prowadzi do idiotycznych sytuacji, że dobrzy pracownicy, którzy mogliby pracować nawet po osiągnięciu wieku emerytalnego, są zwalniani o cztery lata za wcześnie. To pokazuje, że wydłużenie wieku jest jak podatki – choć ich nie lubimy, to płacić trzeba. Akurat rząd nie odrobił tej lekcji do końca.