Firmy przewozowe z Polski kontrolują jedną czwartą rynku UE – podaje Eurostat. Pod względem skali przewozów w transporcie międzynarodowym polskie firmy są liderem w UE. Jesteśmy potęgą? Tak, ale nie wiadomo jak długo jeszcze. Jedno z największych zagrożeń wynika z faktu, że od 1 stycznia 2015 roku za naszą zachodnią granicą obowiązuje stawka minimalna 8,5 euro za godzinę pracy. To efekt przyjętej w sierpniu 2014 r. ustawy o płacy minimalnej (tzw. Mindeslohngesetz, czyli w skrócie: MiLoG).

Ku niezadowoleniu naszych przewoźników Niemcy postanowili egzekwować te przepisy także wobec polskich kierowców, którzy wjadą na tamtejsze drogi. Niemieckie służby mają prawo do szczegółowej kontroli dokumentów, np. umów o pracę i zasad wynagradzania pracowników. Nieprzestrzeganie przepisów grozi karami od 30 tys. do 500 tys. euro – i to nie tylko dla przewoźników. W ramach solidarnej odpowiedzialności kara może zostać nałożona także na niemieckich kontrahentów. A to zachęta dla nich do zrywania kontraktów, jeśli polskie firmy się nie dostosują.

Firmy liczą, że im się upiecze

Według Związku Pracodawców Transport i Logistyka Polska koszty transportów na Zachód wzrosną średnio o 9 proc. To bardzo dużo, jeśli weźmiemy pod uwagę, że średnia zyskowność netto tej branży jest na poziomie 2–2,5 proc.

Teoretycznie wciąż istnieje możliwość korzystnej dla polskich firm interpretacji przepisów przez niemiecki resort finansów, np. poprzez uwzględnienie do wysokości wynagrodzenia nie tylko jego części zasadniczej, ale też ryczałtów, premii za liczbę przejechanych kilometrów, oszczędności paliwa itd. Wtedy okaże się, że polscy kierowcy już dziś zarabiają tyle, ile wynosi niemiecki pułap minimalny. Ale do czasu wykrystalizowania się ostatecznej wykładni prawnicy radzą, żeby chuchać na zimne: powiadamiać niemiecki urząd celny i archiwizować dokumentację pracowniczą.

– Na razie jeszcze część firm nie traktuje MiLoG poważnie, tzn. jeżdżą po staremu, mając nadzieję, że w przyszłości im się upiecze dzięki korzystnej interpretacji przepisów przez stronę niemiecką – przyznaje Maciej Wroński, przewodniczący Związku Pracodawców Transport i Logistyka Polska.

Jedna z możliwych sztuczek firm przewozowych jest taka, że mogą płacić kierowcom za przejazd na terenie Niemiec wymagane 8,5 euro za godzinę, a na terenie pozostałych krajów kilkakrotnie mniej, czyli stawkę zaniżoną – żeby uśrednić wydatki i zredukować dodatkowe koszty. A jest jeszcze jedno ryzyko: mniejsze firmy, których nie będzie stać na podniesienie płac, mogą zacząć zatrudniać pracowników na czarno.

Część przewoźników deklaruje wprost, że z powód MiLoG – zaczęła zastanawiać się nad dalszym prowadzeniem działalności w ruchu międzynarodowym. W branży TSL dominuje opinia, że niemieckie przepisy są wymierzone bezpośrednio w polski biznes transportowy, który na unijnym rynku wyrósł na ciężarową potęgę. Bo od 2004 r. do dziś liczba firm polskich wożących towary w transporcie międzynarodowym wzrosła (z prawie 12 tys. do 30 tys.), a liczba pojazdów wykonujących tę działalność – prawie trzykrotnie, z niespełna 60 tys. do 172 tys.

Od wejścia w życie MiLoG mija właśnie sto dni. Cytowani przez niemieckie media specjaliści zajmują się sprawdzaniem, jaki jest wpływ tych regulacji na tamtejszą gospodarkę. Między innymi np. czy podniósł się poziom płac we wschodnich Niemczech (taki był cel tej regulacji), ale też, czy nie zwiększyło się bezrobocie i nie wzrosły ceny usług.

– W mojej ocenie te przepisy nie powstały po to, żeby uderzyć w polskich przewoźników, na pewno nie taki był ich cel. Wpływ na branżę drogową w Polsce to po prostu rykoszet – twierdzi prof. Wojciech Paprocki, kierownik Zakładu Ekonomiki Przedsiębiorstwa Transportowego Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Zdaniem naukowca Polak i tak będzie zarabiał w Niemczech, bo liczba kierowców na tamtejszym rynku jest niewystarczająca. Jak zauważa prof. Paprocki, teraz Niemcy będą musieli przełknąć podwyżki cen frachtów, będące pochodną nowych regulacji. Chodzi m.in. o wzrost stawek za przewozy realizowane wewnątrz Niemiec przez tamtejsze firmy dystrybucyjne, które zatrudniają kierowców np. z Polski, Litwy i Rumunii, płacąc im dziś mniej niż wymagane 8,5 euro za godzinę.

Operatorzy logistyczni i przewoźnicy twierdzą, że zmiany godzą w zasady konkurencyjności i swobodnego przepływu towarów i usług wewnątrz UE. Tymczasem z rynkiem niemieckim związana jest miażdżąca większość polskich firm jeżdżących za granicę. Według wyliczeń Związku Pracodawców TLP wartość usług zrealizowanych przez polskich przewoźników z przejazdem do i z Niemiec oraz przez terytorium tego kraju wyniosła w 2014 r. ponad 16 mld zł. A z danych GUS wynika, że wartość towarów eksportowanych do Niemiec i innych krajów, ale wymagających tranzytowania przez Niemcy, to ponad 74 mld euro, przy czym większość jest wożona ciężarówkami.

Niemrawy bój o niemieckie drogi

Te problemy mogą być szansą dla przewoźników kolejowych, którzy dziś przegrywają starcie z branżą drogową jako drożsi i mniej elastyczni. W kontekście trudnej sytuacji w Niemczech kolej może stać się obiecującym kontrahentem (chociaż na korzyść branży drogowej przemawiają niskie ceny paliw).

– W kontekście problemów branży i jego wagi dla gospodarki należałoby oczekiwać adekwatnie wysokiego i profesjonalnego zainteresowania strony rządowej. A w sprawie MiLoG nie widać ani długookresowej strategii, ani determinacji w jej realizacji – zauważa Paweł Trębicki, dyrektor generalny firmy Raben Transport.

Przedsiębiorcy mają żal do rządu o małą aktywność w tej sprawie.

– Liczę na to, że w ramach prowadzonej procedury w sprawie MiLoG Komisja Europejska co najmniej zawiesi jej obowiązywanie, może równolegle inicjując ogólnoeuropejską dyskusję na temat zasad wynagradzania pracowników delegowanych – ma nadzieję dyrektor Trębicki.

Zaczęło się obiecująco: Polska, Rumunia, Bułgaria i Litwa wypracowały wspólne stanowisko do KE. Potem jednak zapadła cisza.

– Obserwuję w ostatnich dwóch miesiącach absolutną bierność polskiej administracji rządowej w sprawie MiLoG. Po pierwszych wystąpieniach w styczniu tego roku administracja spoczęła na laurach – twierdzi Maciej Wroński ze Związku Pracodawców TLP.

Jego zdaniem Polska nie powinna w tej sprawie czekać na ruch Komisji. – Z powodu przewlekłości procedur KE złoży skargę do Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu najwcześniej pod koniec roku. Do tego czasu inne państwa, zachęcone przykładem Niemiec, mogą próbować wprowadzić podobne przepisy – obawia się Maciej Wroński. – Polska powinna samodzielnie złożyć skargę do Trybunału i bardziej aktywnie walczyć o wycofanie się Niemców z niekorzystnych dla polskich firm regulacji – apeluje.

Od 1 stycznia 2015 roku za naszą zachodnią granicą obowiązuje stawka minimalna 8,5 euro za godzinę pracy

Artykuł jest częścią dodatku Logistyka. Nowości, Trendy, Opinie.