W państwach bogatych determinacja do pomnażania dorobku jest znacznie mniejsza, bo żelazne niegdyś reguły zostały zawieszone, przyszłość jest mocno niepewna, więc w cenie jest ostrożność.

Według danych zebranych w dorocznym przeglądzie Międzynarodowego Funduszu Walutowego (IMF World Economic Outlook October 2014; Legacies, Clouds, Uncertainties), absolutnym liderem w kategorii realnego wzrostu PKB, tj. wzrostu oczyszczonego z wpływu zmian cen, było w ostatnich trzech latach Sierra Leone, a więc bardzo biedne państwo, gdzie znaleźć jednak można m.in. diamenty. PKB wzrósł tam w 2013 r. w porównaniu z rokiem poprzednim o 20,1 proc.

Najrówniejszy pod względem tempa wzrostu był z kolei Turkmenistan. W każdym z trzech lat okresu 2012-2014 realny wzrost PKB przekraczał tam 10 proc.

Pierwszym i jedynym państwem kojarzonym ze względną przynajmniej zamożnością są w tym zestawieniu Chiny. Państwo Środka to jednak w dalszym ciągu świeżo wzbogacony kraj biednych ludzi. Chiny są wprawdzie drugie za USA pod względem nominalnej wielkości PKB przeliczanej z użyciem bieżącego kursu walut (17 416 mld dolarów w 2013 r. w USA, a 10 355 mld dolarów w tym samym roku w Chinach) i nawet pierwsze w przeliczeniu na parytet siły nabywczej (17 632 mld dol. PPP w 2013 r. w Chinach i 17 416 mld dol. PPP w USA), ale w klasyfikacji PKB per capita są dopiero na 82 miejscu (6959 dolarów w 2013 r.) w świecie. Na marginesie zauważyć można, że jeszcze niebogata, ale już niebiedna Polska zajmuje w rankingu PKB per capita 55. miejsce z pulą w wysokości 13 435 dolarów (dane za Bankiem Światowym).

Przypadek Chin jest szczególny, bowiem państwo jest ogromne, a rośnie od lat jak na drożdżach. W 1960 r. PKB Chin liczony w dolarach porównywalnych z 2005 r. wynosił 80,9 miliardów, w 1990 r. było to już 525,3 miliardów, a w 2013 r. – 4 864 mld dolarów. Przez ostatnie 25 lat, tj. od 1990 r., mierząc w jednostkach porównywalnych, PKB Chin uległ zatem ponad dziewięciokrotnemu powiększeniu. W Polsce wielkości mierzone w ten sam sposób wynosiły: 181,4 mld dolarów w 1990 r. i 415,4 mld dolarów w 2013 r. Urośliśmy zatem w tym samym czasie jedynie 2,3 razy, co oznacza, że staraliśmy się, ale nie z taką determinacją z jaką natężają się Chińczycy.

Wśród państw o najszybszym tempie wzrostu realnego PKB pierwsze zamożne państwo zajmuje dopiero 73 miejsce. Jest to Korea Płd., gdzie w 2014 r. wzrost gospodarczy wyniósł dość solidne 3,7 proc. Niedaleko za nią znalazły się Irlandia (75 miejsce) oraz Nowa Zelandia (78) – oba państwa ze wskaźnikami wzrostu w wysokości 3,6 proc.

>>> Polecamy: Efekt złotówki - Polskie miasta należą do najtańszych na świecie

Amatorzy i zawodowcy

Najlapidarniejszy wniosek z konfrontacji liderów wzrostu z roku na rok z „maruderami” z Korei i pozostałych państw OECD może być taki, że w globalnych staraniach o życie w dobrobycie stają w szranki zarówno „amatorzy” bez właściwego przygotowania, jak i najwyższej klasy zawodowcy. Ci pierwsi są w stanie bić co rusz „rekordy”, ale tylko własne życiowe lub juniorskie; drudzy zaś poprawiają się z bardzo dużym trudem, ale na poziomie mistrzowskim.

Jeśli kontynuować analogie ze sportem, „amatorzy” z grupy państw najbiedniejszych są w stanie poprawić swój wynik na 100 metrów z 15,5 sekundy do nawet 13,0 sekund, zaś profesjonaliści aspirujący do rekordów świata zeszli już poniżej 10 sekund i mozolą się teraz niesamowicie nad urwaniem każdej kolejnej setnej jej części. Adepci ścigają się dość bezładnie i bez precyzyjnie ułożonych planów, natomiast w ekstraklasowej atletyce gospodarczej rywale są bardzo dobrze przygotowani i konkurują głównie na średnich i długich dystansach, bo ze startów w sprincie już wyrośli.

W dającej się przewidzieć przyszłości państwa OECD nie awansują do pierwszej trzydziestki państw z najszybszym wzrostem realnego PKB. Pierwszy tego powód to podważone zaufanie do reguł obowiązujących przez stulecia, że pieniądz musi być relatywnie trudny do zdobycia. Ten emitowany według domniemanych potrzeb jest więc podejrzany, bo coraz więcej niewiadomych co do jego przyszłej wartości oraz tego jakich szkód może narobić nowa wiara, że długami nie należy się przejmować, bo zawsze można sobie pieniędzy „dodrukować”.

Inny poważny problem to słabnąca moc dotychczasowych czynników wzrostu. Kolejny model samochodu, komputera lub rodzaj serwisu internetowego nie budzi już wśród ludzi i na rynkach takich nadziei i emocji jak w pierwszych latach po ich upowszechnieniu. Nowości technologicznych pojawia się wprawdzie bardzo dużo, ale nie są one przełomowe. Trudno zachwycać się np. wiatrakami, czy nagrzewaniem specjalnie pokrytych dachów za pomocą słońca, choć wielu ulega iluzji, że to szczególne osiągnięcia. W przypadku najbardziej rozwiniętych gospodarek przyspieszanie wzrostu wymaga wyznaczenia kolejnych wielkich wyzwań. Wielkie wyzwania nie mogą być oderwane od realiów, więc warunkiem potencjalnego przyspieszenia jest pokonanie którejś z wielu barier technologicznych, społeczno-politycznych, mentalnych oraz ekologicznych. Bogactwo temu nie sprzyja, bo od zamożności ludzie głównie gnuśnieją.

Wśród państw nierozwiniętych i doganiających szeroką czołówkę Zachodu, najwyższe coroczne wzrosty notowały w ostatnich latach kraje bogate w surowce lub opierające gospodarkę na jednym dominującym sektorze. Niektóre zanotowały spektakularne wyniki. Najbardziej rzuca się w oczy przypadek Gwinei Równikowej, gdzie średnioroczny wzrost realny wyniósł w okresie 1996-2005 niesamowite 38,4 proc. Wyjaśnienie jest prozaiczne. Kraj zamieszkuje ok. pół miliona ludzi. W 1990 r. odkryto tam spore zasoby ropy. W 2000 r. wydobyto jej tam za 190 mln dol., a w 2012 r. wartość wydobycia szacowano na 15-17 mld dol. Podobne są źródła wyników notowanych przez naftowo- gazowy Azerbejdżan, gdzie w 2006 r. realny wzrost PKB wyniósł aż 34,5 proc., naftową Nigerię, gazowy Turkmenistan, surowcową Mongolię, tranzytową Panamę (kanał Panamski), naftowo-surowcową Angolę.

Z punktu widzenia fundamentów, „zdrowsze” są efekty osiągane przez Wietnam, gdzie od ponad 20 lat trwa nieprzerwany, bardzo solidny wzrost realny od ponad 5 do 7 proc. rocznie. Na uznanie zasługuje rolnicza Etiopia, gdzie bieda nadal aż piszczy, ale średnioroczny wzrost wyniósł w ostatnich latach ponad 10 proc. Systematyczne dobry wzrost notują: Maroko, Mozambik, Burkina Faso, Botswana, czy Zambia.

Pomijając Indie, których gospodarka rośnie wolniej niż Chin, ale starają się nie tracić zbyt wiele dystansu oraz wspomniany już Wietnam, w Azji wyróżnia się równomierny Bangladesz ze wzrostem od 20 lat w granicach 5-6 proc. rocznie. Na potęgę wyrasta Indonezja, jak również Malezja, Tajlandia, Filipiny oraz grające w znacznie niższej lidze – Sri Lanka oraz Kambodża. Nie licząc wspomnianych już Turkmenistanu i Azerbejdżanu, a także członków UE znad Bałtyku, spośród państw wchodzących ćwierć wieku temu w skład ZSRR dobrze radzą sobie jeszcze Uzbekistan i Kazachstan.

Wszystkie wymienione państwa Afryki i Azji nie zanotowały w ciągu ostatnich 10 lat ani jednego roku recesji. W Ameryce Południowej, w grupie państw rozwijających się i doganiających jest 11 z niezłymi, a nawet dobrymi wskaźnikami wzrostu i jednocześnie bez epizodów recesyjnych. Poza Peru i Kolumbią, a w następnej kolejności: Ekwadorem, Boliwią i Urugwajem są to jednak głównie państwa małe.

Stracone szanse latynoamerykańskie

Giganty południowoamerykańskie, tj. Brazylia, Argentyna i Meksyk, to osobne przypadki. Każde z tych państw ma duże własne problemy, i dlatego zasługiwałoby na odrębne potraktowanie. Każde jest powodem wielkich rozczarowań. Wszystkie trzy dysponują ogromnymi potencjałami, rosną i rozwijają się okresami bardzo dobrze, ale nie są w stanie wyrwać się spod wpływów populizmu sterowanego interesem oligarchicznym, więc co jakiś czas doznają gospodarczej zapaści, z której wydobywają się potem przez długie lata.

Poglądową ilustracją dotychczasowych uwag, ale także źródłem ciekawych porównań są zestawienia wzrostu PKB w wybranych państwach Afryki, Azji i Ameryki Południowej w latach 1990-2013. Dla uniknięcia nieporozumień podkreślić trzeba, że wielkości PKB podane zostały po przeliczeniu na siłę nabywczą dolara amerykańskiego z 2005 r., a więc PKB liczone w cenach bieżących było i jest obecnie znaczenie wyższe. Punktem odniesienia dla informacji z tych zestawień mogą być dane dla USA, w których PKB liczone według tej metody wzrosło 1,8 razy (z 8229 mld dolarów w 1990 r. do 14 450 mld dolarów w 2013 r.). Przypomnijmy też podane wcześniej wyliczenie dla Chin (wzrost o 9,3 razy) i Polski (2,3 razy).

Urodzony w 1920 r. w Odessie, wykształcony w Austrii, wykładający w USA (Harvard) historyk gospodarki Alexander Gerschenkron stworzył pół wieku temu model spóźnionego rozwoju gospodarczego i koncepcję zacofania (economic backwardness). Przełożył na język naukowy przypadki względnego zacofania, które zmienia się w pewnych warunkach w gwałtowne przyspieszenie gospodarcze. W ogromnym skrócie i koniecznym uproszczeniu powiedzieć można, że skok taki następuje np. wtedy, gdy ludzie w jakimś bardzo biednym państwie rzucają nagle koło garncarskie i dzięki importowi kapitału przechodzą z pominięciem etapów pośrednich do zautomatyzowanej fabryki wyrobów z fajansu. Skok może być tym dłuższy i bardziej spektakularny, im większy dystans dzieli outsidera od liderów przodujących w dziedzinie technologii.

Teoria Gerschenkrona tłumaczy w dużej mierze stopniowe zmniejszanie się przepaści między państwami najbogatszymi, a tymi z dolnej części rankingu PKB per capita. Według danych zawartych w bazie pn. Maddison Project, udział Zachodu w globalnym produkcie brutto wynosił w 1913 roku 57,3 proc i zmniejszył się w 2007 r. do 45,2 proc. Udział reszty świata wzrósł w tym samym okresie z 42,7 proc. do 54,8 proc. Teoria ta nie jest oczywiście uniwersalna, bo nie każde państwo zdołało zamienić swoje przekleństwo w szansę awansu gospodarczego i społecznego. W XXI wieku powinna sprzyjać jej mechanizmom globalizacja, która wzmogła i przyspieszyła wędrówki kapitałów.

Światowe wiedzieć jak

Pół tysiąca lat temu ówcześni Europejczycy byli pewni, że zamorskim centrum bogactwa światowego będzie Ameryka Południowa, skąd począwszy od 1545 r. Hiszpanie przywozili na Stary Kontynent nieprzebrane ilości srebra i złota. W XVI wieku na całym świecie żyło znacznie mniej niż pół miliarda ludzi, a roczne dostawy kruszcu do Europy miały wartość od 100 do nawet 150 mld dzisiejszych dolarów. W bardzo zgrubnym przeszacowaniu byłby to efekt porównywalny dziś z długoletnim wzrostem podaży pieniądza o 1400 – 2000 mld dolarów rocznie. Efektem dostaw kruszców z Ameryki Płd. była w XVI i XVII wieku tzw. „rewolucja cenowa” w Europie Zachodniej, na czym najgorzej wyszła Hiszpania oraz Portugalia.

Jeszcze w końcu XVIII wieku miasta Meksyku i Peru onieśmielały przybyszów bogactwem kościołów i gmachów publicznych, a jednak sukces odnieśli nie Hiszpanie i Portugalczycy oraz ich potomkowie, a koloniści z północy Europy zasiedlający dzisiejsze Stany Zjednoczone. Kluczem do globalnej dominacji ekonomicznej późniejszych USA były trzy wartości: wolność jednostki, powszechna własność prywatna i równość wobec prawa. W Ameryce Łacińskiej panowały zaś stare porządki sprzed wieków i władze miały te trzy wartości w głębokim poważaniu.

Więcej można przeczytać o tym w świetnej książce „Cywilizacja” brytyjskiego historyka nie tylko gospodarki Nialla Fergusona.

Wymienione wartości pozostają kluczem także w dzisiejszych czasach. W kategoriach „technicznych” wzrost gospodarczy państw próbujących doganiać czołówkę globalną zależy natomiast od sprawności z jaką importują one i wdrażają u siebie technologie wymyślane i wprowadzane do praktyki przemysłowej przez liderów wzrostu. Liderzy ci zawdzięczają zaś swą pozycję głównie kultywowaniu tych trzech wartości.

Przez cały wiek XX niekwestionowanym liderem świata były Stany Zjednoczone, którym w niektórych dziedzinach próbowały dorównać nieliczne państwa Europy Zachodniej i Dalekiego Wschodu. Jonathan Eaton i Samuel Kortum ocenili swego czasu („International Technology Diffusion: Theory and Measurement”), jakie korzyści w postaci wzrostu wydajności osiągały państwa Zachodu dzięki pracom naukowo-badawczym prowadzonym w USA. Jeśli całkowity wzrost wydajności w roku 1980 przyjąć za 100, to we Francji „efekt amerykański” wynosił 42, w Niemczech 42, w Japonii – 36, w Wielkiej Brytanii – 33 i w USA – 60.

Zauważyć trzeba koniecznie, że import zdobyczy wiedzy nie następuje lub przynosi mizerne efekty, gdy zamiast demokratycznych instytucji, władzę i rządy dusz sprawują nieliczne „elity” i najróżniejszej maści oligarchie. Szans dla własnej gospodarki szukać trzeba zatem przede wszystkim w implementowaniu i kultywowaniu wartości uniwersalnych. Bez tego nie urośnie jak trzeba kapitał rodzimy, ani nie przypłynie w istotnych wielkościach zewnętrzny. Reszta to już tylko szczegóły, zażarte dyskusje, która szkoła ekonomiczna ma w tej dekadzie rację. I tal liczy się przede wszystkim praca od rana do wieczora.