To dowód na nieprawdziwości założeń ekonomii liberalnej czy zbieg okoliczności?

Mark Dayton – członek rodziny ze 147. miejsca listy „Forbesa” i progresywista – objął urząd gubernatora Minnesoty w styczniu 2011 r. Sytuacja w tym amerykańskim stanie nie była wtedy różowa. Deficyt sięgał 6,2 mld dol., bezrobocie 7 proc. Środki, po które sięgnął gubernator z Partii Demokratycznej, wywoływały kontrowersje. W każdym razie wśród konserwatystów. Jednym z nich była podwyżka podatku dochodowego dla najlepiej zarabiających. Stawka dla osób, których dochód przekraczał 150 tys. dol., i par zarabiających łącznie powyżej 250 tys. dol. wzrosła z 7,85 do 9,85 proc. 62 proc. nowych podatków przypada na 1 proc. osób z najwyższymi dochodami – podaje Lawrence R. Jacobs na nytimes.com.

Reformy dotyczyły też płacy minimalnej. Jak wylicza Corey Iacono z Foundation for Economic Education na portalu fee.org, do sierpnia 2014 r. wynosiła ona 5,25 dol./h w przypadku firm o rocznych przychodach do 625 tys. dol. i 6,15 dol./h w przedsiębiorstwach powyżej tej granicy. Od sierpnia 2014 r. roku próg dochodowy, powyżej którego obowiązują surowsze zasady, zmniejszono do 500 tys. dol. rocznie. Dla lepiej zarabiających firm płaca minimalna wzrosła do 8 dol./h., a dla pozostałych do 6,5 dol./h. Na przyszłość zaplanowane są dalsze podwyżki.

Zmiany te objęły około 83 tys. pracowników zarabiających 7,25 dol./h lub mniej (około 5 proc. wszystkich pracowników godzinowych). Większość z nich pracowała w gastronomii, dlatego uzupełniała zazwyczaj różnicę między zarobkami a płaca minimalną napiwkami (tip credit). Prawo zwiększające płacę minimalną zlikwidowało tę możliwość. Jak zauważa Briana Bierschbach (minnpost.com) zmiana ta spowodowała, że Minnesota osiągnęła jedną z wyższych płac minimalnych, a do niedawna była jednym z czterech stanów, w których płaca minimalna była niższa od poziomu federalnego. Kolejnym prawem uchwalonym w progresywistycznym duchu było ustanowienie równej płacy dla kobiet i mężczyzn.

Jak nietrudno się domyślić, zmiany nie wywołały entuzjazmu wśród konserwatystów.

>>> Czytaj też: Nieopowiedziana historia: potęga gospodarcza USA została zbudowana na niewolnictwie

Exodusu nie było

– Pracodawcy, duże firmy, małe firmy, one wszystkie uciekną. To wszystko dolary – przestrzegał prawicowy polityk Mark Uglem.

Czy ta ponura przepowiednia się spełniła? Zdaniem progresywistów wręcz przeciwnie. Jak podkreślają, fakty mówią same za siebie. Pracodawcy wcale nie uciekli, a bezrobocie pozostało na jednym z najniższych poziomów w kraju (3,6 proc.). W latach 2011–2015 r. liczba miejsc pracy w Minnesocie zwiększyła się o 172 tys. Mediana dochodu mieszkańców stanu jest o 8 tys. dol. wyższa niż amerykańska średnia – zauważa Carl Gibson (huffingtonpost.com).

Minnesota ma także dobrą prasę nie tylko na lewicujących portalach, lecz również w pismach biznesowych. W rankingu „Best States for Business” „Forbesa” z listopada 2014 r. Minnesota znalazła się na dziewiątym miejscu. Ta wysoka pozycja to wynik wzięcia pod uwagę różnych kryteriów. Minnesota jest np. na drugim miejscu pod względem jakości życia. Zawdzięcza to głównie dobrym szkołom, niskiemu ubóstwu i zdrowej populacji. Stan ten zajął także niezłą siódmą lokatę pod względem klimatu gospodarczego. Wysokie pozycje w tych aspektach pozwoliły zniwelować stosunkowo niskie pozycje pod względem kosztów prowadzenia działalności gospodarczej (33.) i poziomu regulacji (22.). Na terenie stanu swoje siedziby ulokowały takie firmy jak Target, U.S. Bancorp, General Mills, 3M i Medtronic.

Zdaniem Carla Gibsona sukces gospodarki tego stanu opiera się na podstawowych zasadach arytmetyki. „Podniesienie podatków dla tych, którzy mogą sobie pozwolić na płacenie więcej, przekształci deficyt w nadwyżkę. Zwiększenie płacy minimalnej zwiększy medianowy dochód. Jest oczywiste, że więcej firm pozostanie w stanie, w którym edukacja jest priorytetem, a ekonomiczny wzrost jednym z priorytetów” – pisze Gibson.

Wielkie zmiany czy kosmetyka

Zdaniem krytyków progresywistycznej polityki ta wypowiedź to przykład użycia półprawd w analizie ekonomicznej. Gdyby była w pełni słuszna, to wystarczyłoby podnieść podatki najzamożniejszym do 100 proc., a skarbiec wypełniłby się złotem. Podwyższenie płacy minimalnej np. do wysokości 100 dol./h, pozwoliłoby na wywindowanie średniej płacy pod niebiosa. Wystarczyłoby też skierować pieniądze na edukację, by uzyskać szybki efekt, bez konieczności czekania wiele lat, by sprawdzić, na ile nauka w szkołach przełożyła się na poprawę sytuacji na rynku pracy.

Czy zatem przykład Minnesoty rzeczywiście dowodzi fałszywości ekonomiki liberalnej, którą „Huffingon Post” określa jako trickle down economics? Czy może pogłoski o jej śmierci są jednak mocno przesadzone? Jak zauważa Corey Iacono, szumnie ogłaszane przez fanów Daytona podwyżki podatków były de facto mało istotne. „Czy Minnesota podwyższyła podatek dochodowy do 90 proc.? Zwiększyła podatek korporacyjny? Podniosła płacę minimalną do 15 dol./h? Nie, ale za kadencji gubernatora Marka Daytona (…) podniosła podatek dla osób zarabiających powyżej 150 tys. dol. i gospodarstw domowych o dochodzie powyżej 250 tys. dol. o oszałamiające 2 pkt proc.” – pisze Iacono. Podobnie nieznaczące miało być podniesienie płacy minimalnej. Dla firm zarabiających powyżej 500 tys. dol. rocznie wzrost tej płacy o 75 centów za godzinę ma niewielkie znaczenie. Podobnie mało istotne było zrównanie płac kobiet i mężczyzn, choćby dlatego, że dotyczy ono tylko kontrahentów rządu.

Zmiany wprowadzone przez Daytona nie tylko były mało istotne, zostały też wprowadzone w okresie, gdy generalny trend na rynku pracy był pozytywny. Podwyżki podatków dla najbogatszych uchwalono w 2013 r., a prawo o równych płacach dla kobiet i podwyżki płacy minimalnej w roku 2014. Reformy zbiegły się więc w czasie z poprawą na rynku pracy wynikającą z generalnej poprawy sytuacji gospodarczej.

Nawet nadwyżka budżetowa nie musi się okazać jest wielkim sukcesem Daytona. Jak podają Richardo Lopez i Patrick Condon (startribune.com), tak pięknie wyglądająca w dobie powszechnego zadłużenia nadwyżka Minnesoty nie jest niczym wyjątkowym, gdyż prędzej czy później może ona w lwiej części zostać skonsumowana przez inflację. Ta zaś jest efektem rozdętych ponad miarę płac i liczby miejsc pracy i w sektorze publicznym stanu.

Wydaje się zatem, że przypadek Minnesoty, choć interesujący, nie wystarczy do obalenia zasad liberalizmu. Choćby dlatego, że jest pojedynczy, tymczasem istnieją badania, których autorzy wzięli pod uwagę wiele gospodarek. Przykładem jest tu studium Horsta Feldmanna. Naukowiec przebadał dane z 19 uprzemysłowionych krajów w latach 1985–2002 r. Jak konkluduje, wysokie marginalne stawki podatków dochodowych mają (podobnie jak np. nadmierna rola publicznych przedsiębiorstw) negatywny wpływ na rynek pracy, a zwłaszcza na pracowników słabo zarabiających (w tym kobiety).

Czy dane mogą kłamać

Przykład Minnesoty każe postawić pytanie, na ile empiryczne dane, którymi przerzucają się nawzajem obydwie strony sporu, mogą ostatecznie przechylić szalę na korzyść któregoś z oponentów. Wprawdzie współczesna ekonomia opiera się w dużej części właśnie na danych empirycznych, jednak godne uwagi jest też spojrzenie alternatywne.

Jak zauważa w tekście „Intelektualna przykrywka dla socjalizmu” Hans Hermann Hoppe, przedstawiciel szkoły austriackiej, „empiryzm jest zbudowany na dwóch fundamentalnych założeniach: po pierwsze, nie można posiadać bezspornej wiedzy o rzeczywistości a priori; i po drugie, doświadczenie nigdy nie może dowieść, że związek pomiędzy dwoma lub więcej zdarzeniami istnieje lub nie”. Dlatego też „Zgodnie z empiryzmem, nie istnieje możliwość, żeby wykluczyć jakiekolwiek zdarzenie jako możliwy skutek jakiegoś innego. Nawet najbardziej absurdalne rzeczy, pod warunkiem, że wydarzyły się później, mogą być skutkami. Zatem istnieje nieskończona ilość wytłumaczeń”. W ten sposób empirystyczni zwolennicy liberalizmu i socjalizmu mogą bez końca przerzucać się danymi i ich możliwymi interpretacjami. I nigdy nie dojdą do porozumienia.

Krytyka ta jest trafna, choć może nieco przesadzona. Wszak ekonomiści posługujący się danymi empirycznymi nie muszą wykluczać rozumowego kojarzenia faktów. To zresztą usiłuje czynić Gibson. Sęk jednak w tym, że owo rozumowanie jest zazwyczaj dostosowywane do wcześniej wyznawanych przekonań i dlatego ma nikłą wartość. Nie jest to oczywiście tylko problem Gibsona ani progresywistów. Żyjemy w dobie Big Data. Liczba danych jest gigantyczna (według Erica Schmidta, byłego prezesa firmy Google, ludzie tworzą obecnie w ciągu 2 dni tyle danych, ile powstało do roku 2003). Problemem nie jest brak informacji, tylko ich interpretacja, a przede wszystkim chęć analizowania danych w celu potwierdzenia własnych sądów (confirmation bias). Aby tego uniknąć, niekoniecznie trzeba całkowicie odrzucać empiryzm, jak czyni to Hoppe. Potrzeba jednak o wiele większej ostrożności w wyciąganiu wniosków – nawet z jednoznacznych na pierwszy rzut oka danych. Czyż debata na temat cudu w Minnesocie nie jest na to najlepszym dowodem?