Sformułowanie „kreatywna destrukcja” (czasem także „twórcze niszczenie”) zrobiło wielką karierę w literaturze ekonomicznej, ale przede wszystkim w ekonomicznej publicystyce. Trudno odmówić jego autorowi Josephowi Schumpeterowi przebiegłego zmysłu pisarskiego, skoro historia użycia tego terminu bezsprzecznie dowodzi jego trafności. Nie jest to jednakże tylko osiągnięcie językowe, lecz także bardzo dobry opis systemu społeczno-gospodarczego, który przez ostatnie dwa stulecia wyciągnął masy z nędzy i sprawił, że dobrodziejstwa postępu dotykają wszystkich członków społeczności.

Jedną z sił napędowych tego systemu jest bankructwo i możliwość bankructwa. Na rynku nieustannie powstają firmy. Nieustannie są też zamykane. Jedne rozkwitają, inne umierają. Ciągle powstawanie i zamykanie firm wiąże się z procesem ekonomicznej ewolucji. Ich twórcy – przedsiębiorcy – zmieniają istniejące schematy produkcyjne, wymyślając zupełnie nowe sposoby na tworzenie czegoś potrzebnego konsumentom, co po pewnym czasie eliminuje z rynku firmy oparte na schematach przestarzałych.

Dzięki takim zmianom tworzona jest nowa ekonomiczna wartość, wcześniej niedostrzegana przez innych przedsiębiorców. A ponieważ ostatecznie decyduje konsument, działalność skutecznego przedsiębiorcy prowadzi pośrednio do upadku innych przedsiębiorstw (w tym do porzucenia starych schematów i zwalniania ludzi). Do bankructwa. Im w społecznościach i ładzie politycznym większa bankructwofobia, tym większa skłonność do powstrzymywania postępu ekonomicznego zwiększającego dobrobyt mas.

>>> Czytaj też: Żyjemy w pułapce autodestrukcyjnego kapitalizmu. Kolejny kryzys będzie jeszcze gorszy

Rutyna – dawna innowacja

Wiele z przeszłych, zapoczątkowanych przez przedsiębiorczą działalność procesów innowacyjnych z czasem staje się rutyną, choć kiedyś były to działania radykalne i nowe. Jednym z najsłynniejszych tego typu historycznych przypadków jest wynalezienie młocarni, czyli urządzenia, które pozwala na mechaniczne – i przez to szybkie – oddzielanie ziaren od kłosów. Wcześniej zatrudniano do tego bardzo wielu pracowników, a uzyskanie ziarna z zebranego zboża wymagało wielu tygodni żmudnej pracy. Wynalazek pozwalał ich zastąpić, a szczególnie pozwoliło na to powstanie wielu wyspecjalizowanych firm, które produkowały młocarnie i sprzedawały odbiorcom.

Firm prześcigających się w tym, aby wyprodukować ich jak najwięcej i jak najtaniej, w wyniku czego radykalnie wzrosła produktywność w rolnictwie – kosztem bankructwa rozwiązań przestarzałych. Gdyby bankructwofobia zwyciężyła w walce ideologicznej, gdyby nie pozwolono na urynkowienie tego typu innowacji, historia potoczyłaby się zapewne zupełnie inaczej. Przerażająco inaczej.

Z czasem młocarnia stała się oczywiście standardem, potem włączonym w konstrukcję kombajnu. W czasach, kiedy zaczął rozwijać się rynek takich narzędzi, pojawił się jednak opór społeczny, protesty, nawet zamieszki. Jak można pozwolić na zwolnienie tak dużej liczby pracowników? Czyż celem nie powinno być utrzymywanie wysokiego zatrudnienia? Tu tkwi w istocie sedno społecznego oporu wobec bankructwa, sedno bankructwofobii, czyli przekonania, że proces gospodarczej ewolucji i obumierania starych metod produkcji jest niebezpieczny, bo celem ważniejszym od taniej i masowej produkcji dla konsumenta jest wysokie i mniej produktywne zatrudnienie.

Ewolucja w gospodarce

Wydawać by się mogło, że mówimy o czasach bardzo odległych, ale w tej opowieści jest coś uniwersalnego. Nie inaczej jest bowiem z ewolucją gospodarczą w każdej branży. Przykładowo sieci sklepów dyskontowych mogą być źródłem problemów dla niektórych przestarzałych sposobów dostarczania produktów konsumentom. Stare sklepy musza się dostosować. Zmienić rodzaj dostarczanych produktów, przestawić się na inną branżę lub inną jakość. Sklepy dyskontowe oferują bowiem produkty tak tanio, jak to możliwe, również produkty inne niż spożywcze, przez co wielu z nas może w poniedziałkowe poranki obserwować w dyskontach kolejki ludzi, którzy chcą kupić produkty outletowe.

Podobnie jest obecnie z papierowymi książkami i gazetami. Jeszcze kilka lat temu niektórzy łudzili się, że papier będzie w stanie zwyciężyć, przetrwać, a gazety będą żyły z dostarczania ludziom przestarzałych (jednodniowych) informacji, podczas gdy sieć robi to natychmiast. Nie oznacza to oczywiście, że papier musi zniknąć w całości. Ludzie nawet dziś jeżdżą konno, mimo iż od dobrych 100 lat coraz bardziej masowo produkuje się samochody. Stare sposoby produkcji i dostarczania użyteczności konsumentom nie muszą bowiem całkowicie umierać, ale jeśli ktoś myśli, że są w stanie pozostać w poprzednim, nienaruszonym stanie, to zaklina rzeczywistość.

Symbolem ogromnej przemiany z prawdziwego papieru na e-papier jest Jeff Bezos, jeden z największych przedsiębiorców ostatnich lat, współtwórca sukcesu Amazona, który bezlitośnie wykańcza księgarnie na całym świecie – kreatywnie niszczy. Sam zaś niedawno kupił bez kredytu za – bagatela – 250 mln dol. „Washington Post”. Analogiczne przetasowania na rynku czekają wkrótce pośredników telewizyjnych.

>>> Czytaj też: Idee, a nie innowacje sprawiły, że Zachód stał się centrum cywilizacji

Spisek czy naturalny proces

Podobnie jest z procesem transformacji w Polsce. Jeszcze do dzisiaj krążą w Polsce opowieści o przepotężnych gałęziach polskiego przemysłu, które zostały zniszczone. Jeśli rzeczywiście były takie potężne, jeśli faktycznie były kurami znoszącymi złote jaja, to można się tylko dziwić, dlaczego nikt nie chciał na nich zrobić ogromnej fortuny. Oczywiście, że w polityce jest dużo spisków, zwłaszcza w polityce transformacyjnej i niejeden miał niecne zamiary! Tyle że kury znoszące złote jajka się podkrada, a nie zabija. Naturalnie nie sposób rozsądzić wszystkiego, generalizując, jednakże prawda jest taka, że wiele przedsiębiorstw rodem z PRL było po prostu nieprzystosowanych do nowych metod produkcji i zarządzania (osobną sprawą jest to, że w Polsce inne rodzaje przemysłu wcale nie mają się źle).

To samo obecnie przeżywają w wielu krajach wypierane z rynku przez wspomniane dyskonty sklepy wielkopowierzchniowe. Kilkadziesiąt lat temu był to wspaniały pomysł. Dzisiaj nadszedł pomysł jeszcze lepszy, a wkrótce pojawią się następne.

Być może niektórym się wydaje, że wygodnie jest pisać te słowa z pozycji nauczyciela akademickiego, ale wiem, że „po nas też już idą”. Samo rozpowszechnienie podręczników zmniejszyło wagę osobistego uczęszczania na wykłady. Pojawienie się zapisów audio i wideo tylko ten proces wzmocni, zwłaszcza w świetle rozwoju internetu, który pozwala na osobistą edukację. Bardzo często dostępną niskim, jeśli nie praktycznie zerowym kosztem.

Gospodarcza ewolucja przez ostatnie wieki to proces oparty na twórczym niszczeniu. Przedsiębiorcy wymyślają coraz to bardziej ekonomiczne i efektywne sposoby tworzenia produktywnych rozwiązań, które zwiększają liczbę i jakość dostarczanych ludziom towarów. I robią to coraz taniej, czego efektem jest bankructwo mniej ekonomicznych rozwiązań. Bankructwo jest oczywiście bolesne dla tych, którzy zostają nim dotknięci. Jednakże bankructwofobia, idee prowadzące do wyparcia bankructwa, zakazu bankructwa (w skrajnym przypadku do nacjonalizacji gospodarki), mogą tylko zatrzymać postęp gospodarczy. Ewolucja gospodarcza jest rozwiązaniem lepszym od brutalnej ewolucji biologicznej. Darwinizm gospodarczy jest lepszy od darwinizmu społecznego. Firmy muszą umierać, żeby nie musieli umierać ludzie.