Trudno w tej chwili zostać wytwórcą zielonej energii elektrycznej, bo ograniczone są możliwości włączenia się do sieci. Oficjalnym powodem odmów ze strony zakładów energetycznych są zwykle względy techniczne i bilansowe. W rzeczywistości – jak twierdzi część specjalistów – chodzi o to, że wciąż bardziej opłaca się produkować energię metodą współspalania. Nawet jeśli w 90 proc. powstaje ona z węgla, a pozostałe 10 proc. to biomasa, uznaje się, że powstała energia pochodzi ze źródła odnawialnego.

– Inwestorzy, którzy chcą produkować tylko w oparciu o źródła odnawialne, są spychani na margines. Około 10–12 tys. MWh nigdy nie powstanie – ocenia Włodzimierz Ehrenhalt, wiceprezes Stowarzyszenia Energii Odnawialnej. Firmy, które chciałyby wejść na rynek, gotowe byłyby odkupić zgody na przyłączenie od tych, którzy mają je od lat i nie korzystają z nich, ale to graniczy niemal z cudem. Często takie pozwolenia należą do przedsiębiorstw z kapitałem zagranicznym – niemieckim, czeskim, francuskim czy duńskim – które przeniosły działalność za granicę. – Wielokrotnie próbowaliśmy dotrzeć do nich, ponieważ zgłaszają się do nas inwestorzy zainteresowani odkupieniem zgody na przyłączenie. Okazuje się to niemożliwe. Zarejestrowani wcześniej w Polsce właściciele często zmienili nazwy, zapadli się pod ziemię – tłumaczy Włodzimierz Ehrenhalt.

>>> Czytaj tez: Londyn wyhamuje farmy wiatrowe?

Za przyłączenie 1 kW do sieci trzeba było zapłacić 30 zł. W przypadku dużych inwestycji chodzi o milionowe kwoty, które zapłacili ich posiadacze, teraz tłumaczący wstrzymywanie inwestycji względami finansowymi, niepewnością rynku, brakiem stabilności w prawie od kilku lat. Twierdzą, że opóźnienie w zakresie realizacji inwestycji wynika np. z trudności w zakresie uzyskania finansowania. Inna sprawa, że warunki przyłączenia określają zakłady energetyczne, więc transakcje kupna-sprzedaży między zainteresowanymi stronami nie są łatwą kwestią – mówi dr Arkadiusz Sekściński, wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej.

Nieoficjalnie w branży mówi się o dużym polu do spekulacji. Być może posiadacze martwych umów przyłączeniowych będą chcieli je odsprzedać, kiedy będzie im się to najbardziej opłacało. Wiadomo bowiem, że wiele z tych umów jest w rękach ludzi, którzy doskonale znają mechanizmy rządzące tym rynkiem.

Mapa wirtualnych przyłączeń pokrywa cały kraj. Eksperci z Instytutu Jagiellońskiego domagają się ich weryfikacji. Twierdzą, że konieczne jest uregulowanie tej kwestii w nowelizowanej właśnie ustawie o odnawialnych źródłach energii. – Mechanizmy, które od lat ograniczały rozwój odnawialnych źródeł energii, uderzają głównie w małych i średnich inwestorów – mówi Marcin Roszkowski, prezes stowarzyszenia Instytut Jagielloński. Jego zdaniem 70 proc. przyłączeń ma charakter wirtualny, co ogranicza rynek i realizację celów unijnych w zakresie udziału energii ze źródeł odnawialnych. Eksperci oceniają też, że blokada inwestycji może spowodować, że system aukcyjny, który ma wystartować od stycznia 2016 r., nie zadziała.

– Konieczna jest weryfikacja i wypowiedzenie martwych umów przyłączeniowych, żeby nie blokowały inwestycji – mówi Bartosz Graś, adwokat z Kancelarii Prawnej Kijewski Graś. – Chcemy sprecyzować w ustawie, jak taka weryfikacja ma być prowadzona.

Według Polskich Sieci Elektroenergetycznych do 2020 r. można podłączyć, bez szkody dla bezpieczeństwa systemu, jeszcze 5,2 tys. MWh mocy z farm wiatrowych. Realizacja tych inwestycji powinna umożliwić wykonanie zobowiązań Polski w zakresie energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych do 2020 r. na poziomie 15 proc. W przeciwnym razie Polsce grozi kara w wysokości 133 228 euro za dzień. Problemy z przyłączeniem do sieci dotyczą głównie dużych projektów, których celem jest działalność komercyjna.

>>> Polecamy: Wiatr pod kontrolą. Sprawdź, czy warto inwestować w przydomowe elektrownie

– Duże przedsięwzięcie dotyczące instalacji odnawialnych źródeł energii musi mieć umowę na przyłączenie do sieci już w momencie, kiedy trafia do banku. To jeden z warunków koniecznych, żeby uzyskać finansowanie inwestycji – mówi Anna Żyła, główny ekolog Banku Ochrony Środowiska. – Projektów, których założeniem jest produkcja energii na własne potrzeby, ten problem nie dotyczy. Jeśli bowiem planowana moc instalacji jest nie większa niż warunki przyłączenia wydane na etapie budowy domu (zazwyczaj nie mniej niż 10–15 kWh), to zgodę na przyłączenie uzyskujemy na zasadzie zgłoszenia instalacji. W większości przypadków taka instalacja jest wystarczająca, jeśli planujemy instalację dla potrzeb własnego domu, a odsprzedawać chcemy tylko nadwyżki. Stąd tak duże zainteresowanie programami typu Prosument, ponieważ ich beneficjenci nie muszą obawiać się odmowy przyłączenia.

Ich rola w systemie energetycznym jest jednak marginalna. Duzi bazują na współspalaniu, z którego zdaniem ekspertów zrezygnujemy, ponieważ nie będziemy w stanie spełnić unijnych wymogów w zakresie redukcji emisji CO2. Niewykluczone, że Komisja Europejska ukarze Polskę za wspieranie tej metody produkcji. Trwa postępowanie w tej sprawie i jeśli Bruksela dopatrzy się niedozwolonej pomocy publicznej, zapłacimy karę. Według portalu WysokieNapiecie.pl chodzi o kilkanaście miliardów złotych. ©?