W małych miejscowościach rodzice nie mają zbyt wielkiego wyboru szkół podstawowych lub gimnazjów, więc posyłają dzieci do najbliższych placówek. Nawet jeśli wypadają one słabo w egzaminach zewnętrznych. Inaczej jest w miastach, gdzie rodzice imają się każdego sposobu, który pozwoli im umieścić dziecko w dobrej szkole. Efekt jest taki, że niektóre z nich zaczynają pękać w szwach, inne świecą pustkami. Gminy są bezsilne.

Fikcyjna rejonizacja

Zgodnie z art. 20e ustawy z 7 września 1991 r. o systemie oświaty (t.j. Dz.U. z 2004 r. nr 256, poz. 2572 ze zm.) do pierwszej klasy publicznej szkoły podstawowej i gimnazjum, której ustalono rejon, przyjmuje się dzieci w nim zamieszkałe. Przy czym opiekun, zgłaszając dziecko do placówki, nie musi składać oficjalnego potwierdzenia, że jego podopieczny mieszka w danym miejscu. Wystarczy oświadczenie. Niektórzy rodzice podają w nich nawet nieistniejące adresy – wskazują wymyślony numer mieszkania w bloku sąsiadującym ze szkołą. – Tego i tak nikt nie sprawdza – mówi wprost matka sześcioletniego Maksa.

Najlepsze placówki zaczynają mieć problemy. – Nie wiem, co zrobi organ prowadzący, bo mamy zgodę tylko na cztery klasy pierwsze, a dzieci z rejonu jest znacznie więcej. Z pewnością nie może być tak, że część opiekunów zostanie odesłana z kwitkiem – stwierdza Beata Podsiadlik, sekretarz Szkoły Podstawowej nr 222 w Warszawie, która jest najlepszą placówką na Woli pod względem zdawalności egzaminów zewnętrznych.

Tłumaczy, że szkoła nie będzie weryfikować miejsca zamieszkania uczniów, bo to byłby ogrom pracy, a ponadto nie ma do tego narzędzi. – Wielu rodziców wpisuje inne miejsce zamieszkania dziecka, niż to wynika z ich własnego meldunku, ale mają do tego prawo – zauważa Beata Podsiadlik. – Część z nich zgłasza się do sekretariatu po kilku miesiącach i podaje właściwy adres – dodaje.

Z olbrzymią popularnością borykają się też inne stołeczne szkoły. – Z pewnością utworzymy cztery oddziały klas pierwszych, ale niewykluczone, że będzie ich pięć – informuje Małgorzata Kolwas, zastępca dyrektora Szkoły Podstawowej nr 23 w Warszawie.

Placówka ta kilka lat temu miała tylko dwie klasy pierwsze, w ubiegłym trzy. Co ciekawe, w sąsiadującej obok szkole podstawowej utworzone zostały zaledwie dwa oddziały. Ta placówka ma słabe wyniki z egzaminów zewnętrznych.

>>> Polecamy: Getta w polskich szkołach. Przepełnione, niedopilnowane świetlice na zapleczu

Brak przepisów

Nawet gdyby szkoły chciały, by oświadczenia rodziców zweryfikowali pracownicy socjalni urzędów gmin, to wszystko wskazuje na to, że takie działanie nie przyniosłoby oczekiwanego efektu. Artykuł 20t ust. 7 ustawy o systemie oświaty, który stanowi, że przewodniczący komisji rekrutacyjnej może poprosić prezydenta miasta lub wójta o weryfikację dokumentów złożonych przez rodziców podczas rekrutacji, nie ma zastosowania do dzieci zamieszkałych w obwodzie szkoły podstawowej lub gimnazjum. One, jak podkreśla Ministerstwo Edukacji Narodowej, są przyjmowane do szkoły z urzędu, a więc nie podlegają rekrutacji.

Zdają sobie z tego sprawę jednostki samorządowe. – Ustawa oświatowa pozostawia poważne wątpliwości, czy w takich przypadkach można prosić urząd miasta o weryfikację oświadczeń rodziców, skoro ich dzieci nie podlegają rekrutacji. Jednak z drugiej strony, nawet gdyby pracownik socjalny udał się do miejsca zamieszkania ucznia, to właściciel mieszkania zawsze może go poinformować, że taka osoba przebywa w tym lokalu na stałe, ale właśnie wyszła z rodzicami – wskazuje Grażyna Burek, pełnomocnik prezydenta Katowic ds. oświaty.

– Tak naprawdę dopiero przed sądem można byłoby zweryfikować, czy rodzice skłamali w oświadczeniu. Dlatego nasi dyrektorzy nie bawią się w śledczych. Mamy kilka szkół, w których liczba uczniów zamieszkałych jest większa od tych zameldowanych – wyjaśnia Ryszard Stefaniak, naczelnik wydziału edukacji Urzędu Miasta w Częstochowie.– Skutek jest taki, że w słabych placówkach w naturalny sposób dochodzi do zwolnień i likwidacji etatów, a docelowo nawet zamknięcia szkoły – zastrzega.

Eksperci dodają, że szkoły nie są zainteresowane weryfikacją oświadczeń rodziców z dwóch powodów. Po pierwsze, duża liczba uczniów gwarantuje pracę dla wszystkich nauczycieli. Po drugie, nawet gdyby zgłaszały wątpliwości policji, to potem musiałyby uczestniczyć – gdyby potwierdziło się kłamstwo – w długotrwałych postępowaniach. A to dla nich strata czasu. ©

>>> Czytaj też: Studiuję, więc kseruję. Wydawcy pozywają do sądu punkty ksero