Kapitol USA

Kapitol USA

źródło: ShutterStock

W 1937 r. w USA skończył się wolnorynkowy kapitalizm – twierdzi autor. Przynajmniej w potocznym rozumieniu tego wyrażenia. W sprawie West Coast Hotel Co. kontra Parrish Sąd Najwyższy po raz pierwszy w swojej historii uznał, że stanowe prawo wymagające od pracodawców płacenia zatrudnionym kobietom płacy minimalnej jest zgodne z konstytucją. Ta decyzja była przełomowa, ponieważ wcześniej wielokrotnie uznawał takie prawa za niezgodne ze swobodą zawierania umów (która to zasada zdaniem sędziów wynikała pośrednio z ustawy zasadniczej). Potem jednak zmienił zdanie.

W uzasadnieniu napisano: „Co to jest swoboda zawierania umów? Konstytucja nic nie mówi na ten temat. Mówi o wolności, zabrania pozbawiać jej bez stosownej procedury prawnej (…). Przepis, który jest rozsądny i został uchwalony w interesie społeczeństwa, można uznać za stosowną procedurę prawną”. I dalej „Wyzysk klasy robotniczej, która nie ma równej siły przetargowej w negocjacjach z pracodawcami i w efekcie jest bezbronna, kiedy odmawia się jej płacy pokrywającej koszty utrzymania, nie tylko szkodzi zdrowiu i samopoczuciu pracowników, lecz nakłada obowiązek utrzymania jej członków na wspólnotę”.

>>> Czytaj też: Jak zrozumieć działania USA? Oto anatomia amerykańskiego imperium

Era Lochnera

By zrozumieć, jak bardzo przełomowy był ten wyrok, warto się przyjrzeć wyrokom, które wydawał Sąd Najwyższy USA od połowy lat 90. XIX w. W tym okresie sędziowie uznali za niekonstytucyjne ponad 200 przepisów chroniących pracowników i konsumentów. Nazwano go erą Lochnera (od najgłośniejszej w tym czasie sprawy Lochner kontra Nowy York z 1905 r.). Sąd Najwyższy uznał w niej za niekonstytucyjne prawo stanu Nowy Jork, które ustalało maksymalną liczbę godzin, jaką mógł przepracować piekarz (było to 10 godz. dziennie i 60 godz. tygodniowo), ponieważ było ono sprzeczne ze swobodą zawierania umów.

W zdaniu odrębnym jeden z sędziów napisał, że piekarze cierpią na wiele chorób w związku z przebywaniem w miejscu, gdzie jest bardzo gorąco i wdychaniem pyłu z mąki. Rzadko który z nich żył dłużej niż 50 lat, większość umierała między 40. a 50. rokiem życia. Co prawda Sąd Najwyższy uznał, że jest możliwe ograniczenie swobody umów ze względu na „bezpieczeństwo publiczne, ochronę zdrowia albo moralności”, ale jego zdaniem z tego prawa nie wynikało wystarczająco jasno, że jego celem jest właśnie ochrona zdrowia piekarzy. Sędziowie zaznaczyli także, że wiele praw jest pozornie uchwalanych po to, by chronić zdrowie obywateli, a tak naprawdę mają inne cele (w domyśle: redystrybucję pieniędzy od pracodawców do pracowników, któremu to celowi Sąd Najwyższy się sprzeciwiał). Przedstawiciele Temidy przyznali sobie tym samym prawo decydowania, jaki jest prawdziwy cel aktu prawnego.

I tak np. w sprawach Adair kontra Stany Zjednoczone z 1908 r. i Coppage kontra Kansas z 1913 r. Sąd Najwyższy uznał za niekonstytucyjne (bo niezgodne ze swobodą zawierania umów) federalne i stanowe prawa zakazujące pracodawcom wymagania od pracowników, by nie byli oni członkami związków zawodowych. Sąd stwierdził, że „pracownik nie ma przyrodzonego prawa do tego, by być członkiem związku zawodowego i pozostawać zatrudnionym przez tego, kto nie chce mieć takiego pracownika”.

Co ciekawe, jedyną ingerencją w gospodarkę, którą na początku XX w. amerykański Sąd Najwyższy uznał za zgodną z konstytucją, było stanowe prawo ograniczające liczbę godzin, jaką maksymalnie mogą przepracować kobiety. Stało się to 1908 r. w sprawie Muller kontra Oregon. Prawnik Louis Brandeis (który później został sędzią Sądu Najwyższego) napisał 113-stronicowe uzasadnienie, w którym udowadniał, dlaczego ograniczenie liczby godzin pracy jest konieczne, by chronić zdrowie kobiety (czyt. by mogły one rodzić dzieci). Niektórzy prawnicy uznali ten wyrok za sygnał, że podejście Sądu Najwyższego do przepisów regulujących prawa pracownicze uległo złagodzeniu i kilka stanów przegłosowało prawa ustalające płace minimalną dla kobiet.

W sprawie Adkins kontra Szpital Dziecięcy z 1923 r. sędziowe podtrzymali jednak swoją wcześniejszą opinię, że płaca minimalna – nawet dla kobiet – jest naruszeniem swobody zawierania umów. Co ciekawe, prawnicy próbowali wykorzystać konserwatywny światopogląd sędziów i sugerowali, że jeżeli kobiety nie będą w stanie zarobić w pracy tyle, by się utrzymać, to będą zmuszone zarabiać „w niemoralny sposób” (czyli prostytuując się). Sędziowie nie dali się jednak podejść i podkreślili, że ich zdaniem równouprawnienie kobiet i mężczyzn prawie zatarło nierówności między nimi.

>>> Czytaj też: Stratfor: Gry wojenne. W jaki sposób Rosja może zaatakować Ukrainę?

Jeden sędzia przeważył

Powstaje pytanie: co takiego stało się, że w 1937 r. Sąd Najwyższy nagle o kompletnie zmienił zdanie i uznał za zgodne z konstytucją prawa, które przez poprzednie pół wieku konsekwentnie unieważniał? Otóż przeciwko rządowym regulacjom głosowało zawsze czterech konserwatywnych sędziów (Pierce Butler, George Sutherland, James Clark McReynolds i Willis Van Devanter) nazywanych czterema jeźdźcami Apokalipsy. Zwykle dołączał do nich Robert Owen, zapewniając im większość. Ta grupa uznała także za niekonstytucyjne większość praw będących częścią planu prezydenta Franklina Roosevelta walki ze skutkami Wielkiego Kryzysu (tzw. New Deal).

Kiedy jednak w 1936 r. Roosevelt został wybrany na drugą kadencję, zaproponował uchwalenie prawa, które umożliwiałoby prezydentowi mianowanie dodatkowego sędziego Sądu Najwyższego za każdego, który skończył 70 lat (ale w sumie nie więcej niż sześciu nowych). Gdyby to prawo przeszło, Roosevelt w krótkim czasie byłby w stanie uzupełnić Sąd Najwyższy swoimi sojusznikami, którzy uznaliby New Deal za zgodny z ustawą zasadniczą. Nie wiadomo, czy to bezpośrednio wpłynęło na Roberta Owena (bo z drugiej strony plan Roosevelta dokooptowania sędziów Sądu Najwyższego napotkał silny opór w Kongresie i nie wiadomo, czy stałby się prawem), ale począwszy od 1937 r. nagle zmienił on politykę i zaczął zawsze głosować przeciwko konserwatywnym kolegom. Od tego roku aż do teraz nawet jedno stanowe czy federalne prawo nie zostało uznane za niezgodne z konstytucją dlatego, że łamało zasadę swobody zawierania umów.

W ostatnich latach Sąd Najwyższy USA zaczął znów wydawać zdumiewające – bardzo niekorzystne dla zwykłych obywateli – wyroki po myśli przedstawicieli biznesu. W sprawach Wyeth kontra Levine z 2011 r., Pliva kontra Mensing i Mutual Pharmaceutical Co. kontra Bartlett z 2013 r. sędziowie orzekli, że nie można pozwać do sądu producentów leków generycznych (zawierających tę samą substancję czynną co lek oryginalny, tylko po upływie okresu obowiązywania patentu wytwarzanych przez innego producenta niż ten, który go wynalazł), gdyby lek taki doprowadził do istotnego uszczerbku na zdrowiu pacjenta.

Leki takie z punktu widzenia pacjenta niczym istotnym nie różnią się od leków oryginalnych, są za to znacznie tańsze. To bardzo ważne, ponieważ leki generyczne to 80 proc. wszystkich specyfików sprzedawanych na receptę w USA. Te zdumiewające wyroki to prezent dla firm farmaceutycznych. Dla tych, które produkują leki generyczne, bo nie będą musiały się obawiać pozwów, a producentów leków oryginalnych, bo pacjenci będą mieli dodatkowy powód, by kupować ich – droższe, choć niczym się nieróżniące od tańszych odpowiedników – leki. Sędziowie przyznali, że sytuacja jest absurdalna, ale orzekli, iż jest to wina Kongresu, który wydał takie prawa, choć nie było żadnych podstaw, by sądzić, że taka była intencja ustawodawców.

Prawo z własnego nadania

Książka Erwina Chemerinskiego to jedna z najciekawszych pozycji, jakie ostatnio trafiły w moje ręce. Jej polski czytelnik powinien jednak wziąć pod uwagę, że amerykański Sąd Najwyższy jest nie tylko odpowiednikiem polskiego SN, lecz także Trybunału Konstytucyjnego.

Sugerując się tytułem, można by wnioskować, że autor opowiada się za zniesieniem możliwości decydowania o konstytucjonalności przepisów przez Sąd Najwyższy, jednak w końcowych wnioskach sugeruje tylko poważną reformę tego uprawnienia. Z drugiej strony już na początku książki podkreśla, że są zamożne, rozwinięte kraje, w których żaden organ nie ma uprawnień do decydowania o zgodności przepisów z ustawą zasadniczą (na przykład Holandia czy Wielka Brytania), a system prawny nie działa w nich gorzej niż w USA (zresztą prawo Sądu Najwyższego do decydowania o konstytucjonalności przepisów nie wynika z samej konstytucji – Sąd Najwyższy USA sam sobie to prawo przyznał w sprawie Marbury kontra Madison z 1803 r.).

Większość z 400 stron książki zawiera opisy wyroków, głównie tych, które autor uważa za szokujące, niepożądane albo niekorzystne dla większości obywateli. A jest to naprawdę pasjonująca lektura. Mało kto zdaje sobie sprawę, że w wyniku wyroków Sądu Najwyższego USA większość Amerykanów ma nikłe szanse na odszkodowanie nawet za rażąco bezprawne działanie państwa, ponieważ sędziowie orzekli, że sędziowie, prokuratorzy oraz stanowe i federalne władze mają immunitet w sądach cywilnych. Skutek jest taki, że gdy np. w 1971 r. sędzia z hrabstwa DeKalb w stanie Indiana na wniosek matki zarządził sterylizacje jej 15-letniej córki, do czego nie miał żadnej podstawy w przepisach prawa, nigdy nie otrzymała ona za to nawet centa odszkodowania.

Erwin Chemerinsky jest profesorem prawa na University of California. Dwukrotnie referował sprawy swoich klientów przez Sądem Najwyższym (obydwie sprawy przegrał stosunkiem głosów 5:4).