Grecja wykrwawia się w ten sposób ze swojego najcenniejszego zasobu.

Pojęcie drenażu mózgów zostało ukute w latach 60. XX wieku przez British Royal Society, aby opisać ówczesnych naukowców, którzy emigrowali do Ameryki Północnej. Zjawisko to odcisnęło się ogromnym piętnem na gospodarce. Tracąc swoich najlepszych pracowników, kraj pozbywa się wyższych wpływów podatkowych – wykształceni specjaliści na ogół zarabiają więcej, a zatem więcej też wpłacają do budżetu. Co więcej, wykształceni specjaliści stanowią potencjalną bazę, z której rekrutują się przyszli przedsiębiorcy. Odpływ tego typu osób za granicę oznacza też utratę pewności siebie przez dany kraj.

Jeśli porównamy skalę emigracji Greków przed i po kryzysie, dostrzeżemy znaczenie tego zjawiska. W latach 2009-2014 liczba wysoko wykwalifikowanych Greków, którzy szukali zatrudnienia za granicą, wynosiła 20 281 – wynika z danych Eurostatu. W okresie relatywnej prosperity w latach poprzedzających kryzys, było to tylko 2552 Greków.

Co prawda skala emigracji z Niemiec jest wyższa niż z Grecji, ale nie można zapominać, że Niemcy mają prawie 8-krotnie większą populacja. Co więcej, z Niemiec emigruje prawie tyle samo utalentowanych osób, ile do nich przybywa.
Z widmem bankructwa na horyzoncie – decyzja Aten, aby opóźnić płatność wobec Międzynarodowego Funduszu Finansowego, nie napawa optymizmem, a Grecja nie może sobie pozwolić na dalszą utratę utalentowanych ludzi.

Ale kto może oskarżać młodych i wykształconych Greków, którzy w obliczu bezrobocia wyższego niż nawet w Libii, chcą szukać godnego bytu za granicą?