Według Głównego Urzędu Statystycznego przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw w marcu bieżącego roku wyniosło w naszym kraju 4 214 zł i było o ponad jedną trzecią wyższe, niż w tym samym miesiącu 2008 roku, kiedy wynosiło ono 3 141 zł. Wzrost pensji nie rozkładał się jednak równomiernie na terenie całego kraju.

W gronie miast wojewódzkich największe powody do zadowolenia powinni mieć mieszkańcy Lublina, gdyż tam w ciągu ostatnich siedmiu lat zarobki brutto wzrosły najbardziej, ich przyrost przekroczył 40%. Na drugim biegunie znalazł się Białystok i Zielona Góra, gdyż tylko w tych dwóch miastach odnotowano przeciętne podwyżki wynoszące mniej, niż jedną piąta pensji. Warto także zauważyć, że najwyższe zarobki nie występują, jak podpowiadałby zdrowy rozsądek w Warszawie, ale w ... Katowicach.

Czy mieszkania są na pewno tańsze, niż przed kryzysem?

W latach 2006 - 2008, a więc w okresie mieszkaniowego szału ceny mieszkań w naszym kraju wykazywały tylko jeden kierunek, w górę. Z miesiąca na miesiąc wyznaczając nowe rekordy cenowe. Właśnie dlatego tak dużą popularnością cieszyły się wówczas lokale mieszkalne nabywane na etapie przysłowiowej "dziury w ziemi" - w końcu im wcześniej kupione mieszkanie, tym lepiej. Zanim mury zaczną się piąć do góry cena przecież poszybuje wyżej ! Jeszcze w pierwszej połowie 2008 roku wydawało się, że temu szaleństwu nie będzie końca. Koniec jednak przyszedł i to dużo wcześniej, niż spodziewała się większość obserwatorów. Upadek banku Lehman Brothers we wrześniu 2008 roku stanowi datę graniczną, od której często mierzony jest początek światowego kryzysu finansowego. Wraz z jego nadejściem ceny mieszkań w Polsce najpierw stanęły w miejscu, a później rozpoczęły długą i mozolną wędrówkę dół. Tak pokrótce brzmi obiegowa wersja wydarzeń, zgodnie z którą decydując się na zakup własnego M w tamtym okresie trzeba było dużo głębiej sięgnąć do kieszeni, niż ma to miejsce dzisiaj. Nieco inny obraz wyłania się jednak z raportów Narodowego Banku Polskiego prezentujących średnie ceny mieszkań w miastach wojewódzkich.

Porównując przeciętne cen nowych lokali mieszkalnych w pierwszym kwartale bieżącego roku i siedem lat wcześniej, nie da się nie zauważyć, że na szesnaście prezentowanych miast jedynie w dziewięciu przypadkach mamy do czynienia z obniżką. Najwyższy spadek o ponad jedną czwartą miał miejsce w grodzie Kraka. Po drugiej stronie zestawienia prym wiodą Rzeszów i Wrocław, gdzie stawki obecnie są o jedną szóstą wyższe.

>>> Polecamy: Podatek katastralny w Polsce kwestią czasu? Jeśli tak to raczej dość odległego

Dzisiejsza pensja starcza na więcej

Na przestrzeni ostatnich siedmiu lat relacja średniej wypłaty netto w sektorze przedsiębiorstw do przeciętnej ceny nowego M we wszystkich miastach - nawet tych gdzie ceny w tym czasie wzrosły - uległa poprawie. Największą ulgę odczuli Krakusi, a najmniej na tych zmianach skorzystali także wspomniani już mieszkańcy Wrocławia i rzeszowianie.

Ogólnie rzecz biorąc najlepiej jest w mniejszych miastach, co potwierdza sytuacja w Zielonej Górze i Kielcach, gdzie przeciętne miesięczne pobory wystarczają na największą powierzchnię nowego lokalu mieszkalnego, odpowiednio 0,83 mkw. i 0,82 mkw. Na drugim końcu podsumowania znajdują się z kolei największe miasta Warszawa, Kraków i Poznań, gdzie za pensję do ręki można nabyć mniej, niż pół metra kwadratowego powierzchni mieszkania.

Nowe cztery kąty bardziej dostępne?

Zarówno fakt, że więcej zarabiamy, jak i obniżki stawek za mieszkanie w części miast wojewódzkich wskazują, że dostępność mieszkaniowa powinna się zwiększać. Jest to jednak tylko część prawdy, gdyż dzisiaj trudniej jest zdobyć całkowitą kwotę potrzebną na kupno mieszkania. Większość osób myślących o zakupie nowych czterech ścian nie ma wystarczających zasobów gotówki i musi posiłkować się kredytami, o które jest obecnie trudniej, niż przed załamaniem rynku mieszkaniowego. Do tego kolejne rekomendacje wprowadzane przez KNF sprawiają, że dzisiaj ciężko jest spełnić stawiane przez banki wymogi. Warto zaznaczyć, że od 2015 roku minimalny wkład własny musi stanowić 10% ceny mieszkania.

A to jeszcze nie koniec - w 2016 roku próg ten będzie wynosił 15%, a od 2017 już okrągłe 20%. Dla porównania przed pęknięciem bańki mieszkaniowej nikogo nie dziwiły zobowiązania zaciągane na 110% wartości kupowanej nieruchomości. Warto również przypomnieć, że w tamtym czasie na rynku rządziły kredyty walutowe, zwłaszcza frankowe, które wprawdzie dzisiaj odbijają się ich właścicielom czkawką, ale które wówczas były dużo tańsze od tych w rodzimej walucie. Wprowadzone w tym zakresie ograniczenia sprawiają, że dzisiaj kredyty walutowe praktycznie zniknęły z rynku. Wszystko to sprawia, że obecnie może być trudniej uskładać pełną kwotę potrzebną na zakup wymarzonego mieszkania.

>>> Czytaj też: Deweloperzy walczą o ziemię. A na wojnie ceny szybko rosną