Aplikacja Uber

Aplikacja Uber

źródło: Bloomberg / Victor J. Blue

– Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, jak się rozwija nasz biznes. Nie podam danych liczbowych, ale wolno mi powiedzieć, że od momentu, w którym wystartowaliśmy, urośliśmy szesnastokrotnie. Tak jeśli chodzi o liczbę klientów, jak i przychody – mówi Kacper Winiarczyk, dyrektor ds. operacyjnych Uber Polska.

Firmie zależy głównie na dużych ośrodkach, ze znaczną grupą studentów i firm technologicznych. Jest to dla niej naturalne środowisko rozwoju.

Uber to amerykański start-up: powstał cztery lata temu, a dziś jest wyceniany na ponad 40 mld dol. To aplikacja łącząca osoby mające samochód i chcące kogoś podwieźć z tymi, których nie stać na taksówkę, ale nie chcą korzystać z komunikacji miejskiej. Takie usługi z angielska nazywa się „ridesharing”.

Jak chwalił się na początku roku szef Ubera Travis Kalanick, dzięki jego platformie tylko w San Francisco zarabia w ten sposób 7 tys. osób, 14 tys. w Nowym Yorku, 10 tys. w Londynie i 4 tys. w Paryżu. Akurat w Paryżu jednak, jak podaje RMF FM, niedawno kilkuset taksówkarzy przez kilka godzin blokowało ruch uliczny, protestując przeciwko konkurencji ze strony Ubera.

Jeśli chodzi o Polskę, firma podaje jedynie, że uruchamia swoje usługi tam, gdzie obserwuje znaczną liczbę pobrań aplikacji przez osoby, które chciałyby zamówić auto z kierowcą. W Krakowie było ich ok. 7 tys. Jeśli to prawda, to przy takiej dynamice z usług Ubera w Polsce korzysta 200 tys. osób. Zadowolonych? – Z perspektywy klienta ważne jest, jak długo musi czekać na przyjazd samochodu, który zamówił. Z naszych danych wynika, że średni czas oczekiwania w przypadku Warszawy wynosi niecałe 5 min. To bardzo dobry wynik na tle innych miast – uważa Winiarczyk. Dodaje, że mieszkańcy Krakowa czekają zwykle ok. 5,5 min, Pragi 5,6 min, w Nowym Jorku 6,3 min.

>>> Czytaj też: Już niedługo zamieszkamy w miastach rządzonych przez Google’a?

W wielu krajach Uber jest postrzegany jako nieuczciwa konkurencja dla firm taksówkowych. Zarzuca się mu też, że jego działalności nie regulują żadne przepisy. No i że takie usługi nie są bezpieczne dla pasażerów. W Niemczech i w Hiszpanii jego stosowanie zostało zakazane pod naciskiem korporacji taksówkowych. Podobną decyzję podjęła Bruksela.

– Przepisy były tworzone dawno temu, gdy nie było technologii umożliwiającej działanie takiej platformy jak Uber. Nikomu się nie śniło, że będzie internet czy smartfony. Regulacje więc najzwyczajniej w świecie nie istnieją. Tak jest na całym świecie. My chcemy, aby one powstały – deklaruje Winiarczyk. Podkreśla, że dopóki tak nie jest, firma sama narzuciła sobie standardy. – Sprawdzamy kierowców pod różnymi względami. Prowadzimy też dialog z ustawodawcami, a także z władzami Warszawy czy Krakowa – stwierdza Winiarczyk.

W mediach w kwietniu głośno było o tym, że inspekcje skontrolowały dwóch kierowców współpracujących z Uberem w Krakowie i nałożyły na nich kary. – Prawda jest taka, że Inspekcja Transportu Drogowego prowadzi postępowanie „w sprawie”. Nie ma jasnych przepisów, które regulowałyby taką działalność. Zdaniem naszych prawników ogólne przepisy de facto nie mają w tej kwestii zastosowania – komentuje Winiarczyk. Zapewnia, że kierowcy Ubera mogą liczyć na pełne wsparcie firmy.

Na zarzuty o nieuczciwą konkurencję odpowiada, pokazując dane z USA, gdzie pięć lat po uruchomieniu Ubera w San Francisco wielkość rynku taksówkowego pozostała bez zmian, podczas gdy Uber urósł, i to znacznie.

Uber to niejedyna firma, która postanowiła sięgnąć do idei sharing economy, czyli ekonomii współdzielenia. W Polsce da się już nawet zauważyć pewien trend. Dostępne są inne aplikacje, dzięki którym można dorobić do pensji. Na przykład Airbnb pozwala podnająć na wakacje apartament lub mieszkanie, z RidersOn można zarobić, donosząc zleceniodawcy, jak jego produkty zostały wystawione na półce sieciowego sklepu.

Gospodarka na żądanie to nowa rewolucja przemysłowa

Czy usługi świadczone na takiej zasadzie jak Uber to już światowy trend?

Ten trend to tzw. on-Demand Economy, czyli gospodarka na żądanie. Rewolucjonizuje on zachowanie konsumentów w miastach na całym świecie. Będą to zmiany podobne do tych, które nastąpiły w zakupach i usługach wraz z pojawieniem się internetu. To już nie jest kwestia, kiedy to nastąpi, ale jak zrewolucjonizuje sposób, w jaki ludzie załatwiają swoje sprawy.

W jakich branżach już to działa na świecie i czego jeszcze w najbliższym czasie możemy się spodziewać na naszym rynku?

Obszar ekonomii na żądanie jest napędzany przez trzy segmenty rynku: mieszkania, transport i żywność. Ale teraz ta gospodarka rozwija się w nowych kierunkach. Wszechobecne smartfony, praca freelance i niskie koszty transakcyjne są przyczynami powstawania coraz to nowych firm z usługami na żądanie.

Co to oznacza dla pracowników, przedsiębiorstw, wreszcie dla polityków?

Gospodarka na żądanie również prowokuje debatę polityczną, bo prawo trzeba dostosowywać do już istniejących, zmienionych zachowań społecznych zderzonych z interesami dużych grup zawodowych. Pamiętamy protesty taksówkarzy. Sama branża technologiczna postrzega to jak blokowanie postępu.

(Bartek Pucek ekspert ds. strategii spółek technologicznych)