Ryzyko, że u nas powtórzy się grecki scenariusz jest bardzo niskie, bez względu na to, kto będzie rządził. Są jednak pewne podobieństwa – na przykład niska efektywność administracji.

Znany i kontrowersyjny amerykański politolog Francis Fukuyama postawił w swojej ostatniej książce („Political Order and Political Decay”) intrygującą tezę na temat Grecji i jej obecnych problemów. Jego zdaniem źródła kryzysu w tym kraju leżą częściowo w nieefektywnej administracji i rozbudowanym klientelizmie, a te z kolei mają swój początek w fakcie, że Grecji nie udało się zbudować w XIX wieku solidnych struktur państwowych przed przejściem na pełną demokrację (w 1821 r. Grecja odzyskała niezależność od Imperium Osmańskiego, w 1864 r. wprowadziła powszechne głosowanie wśród mężczyzn). Greckie państwo stało się od początku XIX wieku polem rozdawnictwa stanowisk i przywilejów w zamian za poparcie wyborcze i od tego czasu niewiele się zmieniło. To dlatego, zdaniem Fukuyamy, trudno jest państwu efektywnie zbierać podatki, wprowadzać sprawiedliwe regulacje itd.

Jeżeli w tym, co pisze Fukuyama, jest ziarno prawdy, to Polskę i Grecję wiele łączy. My również nie zbudowaliśmy przed przyjęciem demokracji silnych struktur państwowych, na wzór niemiecki, francuski czy skandynawski. W XIX wieku nie mieliśmy okazji, a w XX wieku jak już dostaliśmy szansę – to była ona z różnych powodów marnowana. Historyk i ekonomista Piotr Koryś wraz z Maciejem Tymińskim pisali w 2014 r., że PRL pozostawił po sobie bardzo złe instytucje, których spuściznę czujemy do dziś: „specyfika dzisiejszych korupcyjnych kłopotów wynika z uformowanych lub utrwalonych w tym okresie [PRL] reguł – nałożyły się bowiem na siebie narzucone z zewnątrz instytucje i niepowodzenie projektu modernizacji”.

Pod koniec XX wieku zaczęliśmy budować demokrację, ale budujemy ją nie posiadając solidnej infrastruktury instytucji publicznych. Korupcja czy klientelizm polityczny to nie są zjawiska nam obce.

Czy te nieefektywności instytucjonalne zaczną nas w końcu boleśnie dopadać, tak jak dopadły Grecję?

W ostatnich tygodniach w Polsce bardzo często pojawiały się ostrzeżenia, że zła polityka gospodarcza może zaprowadzić nas do scenariusza greckiego. Ostrzeżenia te to z jednej strony naturalny produkt kampanii wyborczej, w której jedna strona straszy wyborów drugą, a z drugiej strony mamy do czynienia z próbą ze strony ekonomistów generalnie niechętnych istotnej roli państwa w gospodarce by przekonać ludzi do swoich racji. Można też powiedzieć, że jest to naturalna chęć odniesienia ważnego wydarzenia o znaczeniu globalnym do sytuacji Polski. Jest w każdym razie okazja, by odpowiedzieć sobie na pytanie, czy powinniśmy obawiać się negatywnego przykładu Grecji.

>>> Czytaj też: Warszawskiej giełdy nie musi spotkać los osiedlowego sklepiku

Pod względem stabilności makro, gramy w innej lidze

Większość najważniejszych wskaźników makroekonomicznych mamy na poziomie wyraźnie lepszym niż Grecja, gramy wręcz w innej lidze i trudno sobie wyobrazić realny scenariusz polityczno-gospodarczy, który mógłby zakończyć się greckim scenariuszem. W tabeli poniżej dokonałem porównania różnych wskaźników między Polską a Grecją, porównując nas do Grecji dzisiejszej jak też do Grecji z 2007 r., czyli tej, która stanęła chwilę później na skraju zapaści. Różnice widać gołym okiem.

Polska ma wyraźnie niższe zadłużenie publiczne, wyraźnie niższe zadłużenia zagraniczne i wyraźnie niższą zależność od zagranicznego kapitału niż Grecja w 2007 r. Grecja wówczas miała większość wskaźników na patologicznym poziomie, choć dwa fakty pozwalały to ukryć: oszustwa w statystykach oraz przekonanie rynków finansowych, że strefa euro jest jak jeden kraj i długi zewnętrzne nie mają znaczenia. Okazało się jednak, że długi zewnętrzne mają ogromne znaczenie. Grecja swoje deficyty w całości finansowała za granicą i gdy zagranica straciła chęć na finansowanie rządu w Atenach kraj wpadł w potężny kryzys – budżet musiał zacząć się bilansować poprzez gigantyczne oszczędności, a brak własnej polityki pieniężnej uniemożliwiał jakiekolwiek wsparcie popytu wewnętrznego. Grecki dochód spadł w latach 2010-2014 bardziej niż amerykański dochód podczas historycznej recesji w latach 1930-1934.

Do powtórzenia greckiego scenariusza konieczna byłaby nie tyle nieodpowiedzialna polityka fiskalna, ale kombinacja politycznego szaleństwa i niekorzystnych warunków zewnętrznych. Choć politycy składają różne obietnice, to żaden rząd po 1989 r. nie wykazywał skłonności do prowadzenia polityki notorycznie wysokich deficytów budżetowych. Wśród polityków wciąż za mało jest zrozumienia dla konieczności zbilansowania finansów publicznych, ale jest przynajmniej powszechne zrozumienie dla konieczności przestrzegania reguł fiskalnych Unii Europejskiej.

Buforem chroniącym nas przed greckim scenariuszem są również cechy strukturalne polskiej gospodarki. Mamy wysoki udział przemysłu w wartości dodanej i wysoki stosunek eksportu do PKB, co sprawia, że w razie kryzysu jesteśmy w stanie ratować gospodarkę poprzez wypychanie produkcji na zewnątrz. Zresztą wysoki i rosnący udział eksportu w dochodzie oraz nadwyżka handlowa są sygnałami, że jesteśmy gospodarką konkurencyjną, zdolną powiększać swój udział w globalnej wymianie dóbr i usług. Modny jest współcześnie pogląd, że o zamożności kraju decyduje przemysł i jeżeli rzeczywiście tak jest to my podążamy za tą modą.

Mamy też lepsze otoczenie regulacyjne, powoli radzimy sobie z problemem zbyt niskiej aktywności zawodowej, zaczynamy coraz więcej wydawać na badania i rozwój. Są to wszystko zmiany następujące bardzo powoli – może zbyt wolno – ale pokazują one, że Polska się modernizuje.

W dniu greckiego referendum napisałem na Twitterze, że bez względu na to, kto wygra jesienne wybory parlamentarne w Polsce, uznaję ryzyko powtórki Grecji w naszym kraju za bardzo niskie i chętnie dokupię obligacji skarbowych na emeryturę gdyby ich cena w wyniku turbulencji rynkowych wyraźnie spadła. Absolutnie to podtrzymuję, jesteśmy bezpieczni, choć niestety ceny obligacji nie spadły i nie było okazji ich kupić na okazyjnych warunkach.

>>> Polecamy: Twarz polskich związków zawodowych. Dlaczego nie strajkują?

Pod względem jakości państwa, jesteśmy lepsi – ale nie dużo

Warto jednak wrócić do tego, co pisał Fukuyama i do rozważań nad długookresowymi czynnikami rozwoju gospodarczego. Nawet jeśli nie widać na horyzoncie zagrożenia, byśmy mieli stać się państwem upadłym, niezdolnym do regulowania zobowiązań wobec wierzycieli i obywateli, to otwarte pozostaje pytanie, dokąd zmierzamy? Czy przypadkiem patrząc z długookresowej perspektywy Grecja nie jest dla nas bliższym punktem odniesienia niż np. Finlandia, czy Irlandia, kraje, którym jako jednym z niewielu udało się przejść ścieżkę od peryferium do gospodarczej elity Europy?

Stawiam te pytania trochę jako prowokacyjne, bo jednoznacznej odpowiedzi naturalnie nie ma. Część ekonomistów w Polsce uważa, że mamy kompletnie niewydolny sektor publiczny i to jest jedną z głównych przeszkód do szybkiego rozwoju. To jest chociażby jeden z głównych wniosków z popularnego Raportu Hausnera, przygotowanego przez zespół pod kierownictwem prof. Jerzego Hausnera z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie w 2013 r. „W praktyce coraz wyraziściej kształtuje się system biurokratyczno-dystrybucyjny z licznymi nawykami wyniesionymi z PRL-owskiej gospodarki nakazowo-rozdzielczej” – to jedna z opinii wyrażonych w raporcie. Jego autorzy stwierdzają, że bez głębokich zmian w sposobie działania administracji, przestaniemy doganiać kraje zamożne pod względem dochodu. Czyli zrealizujemy scenariusz Grecji, która z historycznego punktu widzenia utrzymuje mniej więcej stały dystans do czołówki europejskich krajów pod względem dochodu.

Warto jednak dostrzec, że choć Grecja rozpoczęła proces integracji z Unią Europejską niemal ćwierć wieku wcześniej niż Polska, to Polska ma już wyższą jakość instytucji publicznych niż Grecja. Przynajmniej według World Governance Indicators, mamy wyraźnie lepszy poziom kontroli korupcji, wyższą jakość regulacji, jesteśmy też krajem bardziej praworządnym. Choć do tych wskaźników trzeba podchodzić ostrożnie, to można postawić tezę, że klientelizm nie jest w Polsce aż tak destrukcyjny jak w Grecji.

Choć – uwaga! – do Grecji nam pod tym względem wciąż wyraźnie bliżej niż do Finlandii. I nawet jeżeli ostrzeżenia o ryzyku zatrzymania rozwoju są nieco na wyrost, to nie warto ich lekceważyć. Doganianie Europy zachodniej to nie jest przesądzony scenariusz dla Polski, a usprawnianie instytucji publicznych to jeden z najważniejszych celów stojących przed kolejnymi rządami.