Dominujący ton w dysputach o nierównościach dochodowych to nawoływanie do poszukiwania sposobów zmniejszenia rozpiętości. Dążenia te są raczej słuszne jednak głębsza refleksja prowadzić może do wniosku, że w perspektywie kilkudziesięciu lat nierówności stać się mogą jeszcze bardziej dojmujące. Perspektywa taka nie jest oczywiście przesądzona, ale niebezpieczeństwo jest realne.

Groźbę pogłębienia nierówności dostrzec dość trudno, bo w rozumowaniu cofnąć się trzeba nawet do prehistorycznych dziejów ludzkości. Zależności dochodów od etapów rozwoju cywilizacji i ludzkości prześledził dla firmy Stratfor historyk i archeolog ze Stanfordu – prof. Ian Morris.

Od stu już lat wszelkie badania nierówności dochodowych i majątkowych opierają się na dokonaniu włoskiego statystyka Corrado Gini. Jego nazwisko służy do określania stopnia nierówności za pomocą „współczynnika Giniego”. Przyjmuje on wartość 0, gdy wszyscy w danej grupie mają identyczne dochody (lub majątek). Jeśli wynosi 1, to wskaźnik odzwierciedla przeciwne ekstremum, gdy 1 osoba zgarnia wszystkie dochody, a pozostali nie zarabiają ani grosza. Konstrukcja matematyczna współczynnika jest skomplikowana, warto zatem zajrzeć do artykułu, żeby zapoznać się z bardzo przystępnym wyjaśnieniem sposobu jego obliczania.

Nie ma, rzecz jasna, zgody w sprawie „optymalnej” wysokości współczynnika w dzisiejszych warunkach gospodarczych i społecznych, ale nie byłoby zapewne obecnej wrzawy, gdyby kształtował się on w granicach 0,25 – 0,35 – im bliżej 0,25 tym lepiej. W rzeczywistości, według Banku Światowego, w okresie 2010-2012 r. miał on wartość od 24,9 w najbardziej egalitarnej Słowenii do 65,0 w najbardziej biegunowej RPA. W przypadku nierówności pod względem zgromadzonego majątku, większość zgadza się, że do przyjęcia jest współczynnik na poziomie 0,70-0,80.

Mniej więcej tak mają się obecnie sprawy z podziałem dochodów. Widać, że wbrew twierdzeniom radykałów, problem nierówności mierzonych w skali całych narodów nie ma jednak zasięgu globalnego. Prof. Morris stawia tezę, że zrozumieniu mechanizmu ich powstawania sprzyja sięgnięcie do prapoczątków cywilizacji homo sapiens.

Jak to drzewiej bywało

15 tysięcy lat temu ludzie czerpali energię z dzikich roślin i upolowanych co jakiś czas zwierząt. Nasi prehistoryczni przodkowie tworzyli małe społeczności zbieraczy-myśliwych. Grupy były małe, bo stale musiały się przemieszczać, co w tłumie jest trudne. Główny powód wysokiej mobilności był oczywisty. Była nim niska koncentracja i relatywnie małe ilości dostępnego w buszu i lesie pożywienia. Mała liczebność grup wędrownych i natychmiastowe spożycie tego co trafiło się danego dnia do zjedzenia sprawiało, że nie było w tych mikro-społecznościach miejsca na wodzów i patrycjuszy i trudno było też uciułać coś na „zaś potem”, jak mawiają w Poznaniu.

Zbieractwo nagradzało dawkami kalorii tych, którzy pozostawali w ciągłym ruchu i karało głodem te liczebniejsze grupy, które tkwiły długo w jednym miejscu. Mimo tych niuansów, wszyscy byli bardzo biedni i w tej biedzie bardzo równi. Brytyjski badacz Angus Maddison szacował, że w przeliczeniu na warunki roku 1990, dochód dzienny takiego naszego protoplasty wynosił 1,1 dolara. Nie ma oczywiście materialnych dowodów na to, że szacunek ten jest w miarę prawidłowy, ale też nie ma niestety innych, równie solidnych.

Przez tysiąclecia zbieracze wyginęli nieomal doszczętnie. Dziś natknąć się można na takie plemiona jedynie w lasach Amazonii, w afrykańskim dorzeczu rzeki Kongo, czy na wielkich wyspach między Azją i Australią. Na podstawie badań antropologicznych ustalono, że współczynnik Giniego u zachowanych do dziś zbieraczy-myśliwych wynosi przeciętnie 0,25. Byłoby to istotnie mniej niż w niezwykle egalitarnym społeczeństwie maoistowskich Chin. W 1976 r, kiedy umarł przewodniczący Mao, współczynnik Giniego wynosił tam 0,31, kilka lat potem był w okolicach 0,28, a w 2010 r. – według przywoływanych przez Reutersa badaczy z Uniwersytetu Chengdu – mógł wynosić nawet 0,61. Wracając do prehistorii: wynik przypisywany dzisiejszym niedobitkom zbieraczy nie odbiega od wnioskowania o głębokiej przeszłości, prowadzonego na podstawie badań archeologicznych.

Od zbieractwa do rolnictwa droga była długa. W kręgach znawców przyjęło się uważać, że począwszy od roku 9 600 r. p.n.e. przeważającym sposobem aktywności stawać się zaczynała uprawa ziemi i hodowla udomawianych zwierząt. Wzrósł dzięki temu zasób dostępnych ludziom kalorii, ustawały wędrówki, a stałe miejsce pobytu sprzyjało rodzicielstwu. Liczba ludzi na świecie wzrosła prawdopodobnie z ok. 6 mln w umownym roku 10 000 p.n.e. do 250 mln w pierwszych latach naszej ery.

>>> Czytaj też: Mit polskiej średniej płacy. Zarabiamy dużo mniej

Nierówności rozpoczęły się od rolnictwa

Postępująca dominacja rolnictwa zmniejszała groźbę głodu, ale prowadziła też do nierówności. Powstawały one najpierw między rolnikami, a grupami bardziej mobilnymi (pasterze) oraz w samej społeczności zajmującej się rolnictwem, a to z powodu narastającego podziału pracy i kształtowania się wolnego rynku. Równolegle zaczęły się tworzyć państwa wymuszające siłą posłuszeństwo wobec prawa i władców. Gdzie przemoc, tam podział na rządzących królów równych bogom i na pomiatanych poddanych, w tym licznych niewolników, po co którym splendory i bogactwa?

W społecznościach rolniczych współczynnik Giniego obliczany dla bieżących dochodów po opodatkowaniu i odjęciu tzw. transferów (w starożytności np. jałmużna) wynosić mógł ok. 0,45. W porównaniu ze zbieraczami nierówności pogłębiły się zatem niemal dwukrotnie. Przyjmuje się, że w Imperium Rzymskim „Gini” mógł kształtować się w granicach 0,42 – 0,44, w 1688 w Anglii wynosił 0,47, a we Francji tuż przed rewolucją – 0,57, co dobrze wyjaśnia ówczesną postawę buntu.

Jeszcze większe rozpiętości ujawniały się, gdy współczynnikiem Giniego porównywano gromadzone majętności. W tym ujęciu jego wartość dochodziła regularnie do 0,8. Prof. Morris podaje przykład pewnego Rzymianina zmarłego w roku 8 p.n.e., który zapisał spadkobiercom 7200 wołów, 257 tysięcy innych zwierząt, 4 116 niewolników oraz gotówkę wystarczającą do żywienia przez rok pół miliona ludzi.

Prawidła rządzące bytowaniem i rozwojem społeczeństw czerpiących przede wszystkim z rolnictwa straciły ważność wraz z nastaniem ery Rewolucji Przemysłowej. Paliwa kopalne uwolniły ogromne ilości energii najpierw w postaci siły pary wodnej, a następnie elektryczności, a to wyswobodziło masy ludzi od pracy ręcznej i spowodowało zwielokrotnienie możliwości wytwórczych, handlu oraz zarobków i – tym bardziej – zysków. Łatwy dostęp do energii i żywności wywołał globalny boom demograficzny. Przez ostatnich dwieście lat ludność świata wzrosła siedmiokrotnie, z 1 mld do 7 mld, a przeciętne dochody per capita dziesięciokrotnie, osiągając obecnie około 25 dolarów w dolarach o sile nabywczej z 1990 r.

Era paliw kopalnych pogłębiła potrzeby specjalizacji oraz popyt na mistrzów w coraz liczniejszych dziedzinach, co znalazło oczywiste odbicie w narastającym wraz z postępem różnicowaniu dochodów. Przykład jest nieokrzesany, ale pozwala uniknąć przewlekłego wywodu: mistrzostwo w pakowaniu dorszy sprzedawanych na straganie to jednak co innego niż udane szefowanie np. wielkiej fabryce zatrudniającej (ciągle jeszcze) tysiące pracowników.

Różnica ta odbijała się coraz wyraźniejszym piętnem, bowiem zamożniejący specjaliści przejmowali władzę ekonomiczną i polityczną, co nie podoba się zwłaszcza w ustroju demokratycznym. Ponadto, nadmierna koncentracja dochodów w szeregach relatywnie nielicznej elity działa na niekorzyść modelu gospodarczego opartego na rosnącej konsumpcji bardzo teraz licznej klasy średniej, której nie staje w tej sytuacji dochodów na zakupowe brewerie. Rozwój sprawia zatem, że z podażą nie ma kłopotów, natomiast popyt coraz częściej nie nadąża.

>>> Polecamy: Ile zarabiają Polacy w Irlandii? Zobacz raport o wynagrodzeniach

Najlepiej blisko prawidłowej wartości

Ian Morris uważa, że każdy okres w rozwoju ludzkości ma swój „prawidłowy” wskaźnik rozpiętości dochodowej. Lepiej mają się i mieć się będą te państwa i społeczeństwa, które znajdą się w swoim czasie najbliżej tej „prawidłowej” wartości. Są z tym trudności. Najpierw trzeba byłoby osiągnąć zgodę w sprawie rzeczywiście „prawidłowej” rozpiętości, a potem uzgodnić metody jej osiągania, co przy obecnym rozbiciu poglądów jest niemalże niemożliwe.

45 lat temu średni indeks Gini dla państw członkowskich OECD wynosić miał, po uwzględnieniu opodatkowania oraz transferów 0,26, czyli tyle ile w epoce zbieractwa. Nie było na tym tle żadnych silnych napięć i nie jest to wyłącznie zasługą hojnej polityki socjalnej uprawianej przez Zachód w ramach konceptu pn.”państwo dobrobytu”.

Ukazała się właśnie książka pt. „Co robić z nierównościami?” (Inequality: What Can Be Done?). Autorem jest brytyjski, mocno lewicujący i etatystyczny ekonomista sir Anthony Atkinson. Zajmuje się tym zagadnieniem od czterech dekad i jest mentorem Thomasa Piketty. Popularyzację udzielonych w niej odpowiedzi wolałbym pozostawić ekstremistom. Tu zwrócę uwagę na intrygującą ciekawostkę. Sir Anthony podkreśla niski poziom nierówności utrzymujący się w USA przez kilka dekad po II wojnie światowej. Tłumaczy to zwłaszcza masowym wchodzeniem kobiet na rynek pracy oraz tym, że dobrze zarabiający mężczyźni poślubiali wówczas kiepsko zazwyczaj opłacane kobiety, a to sprzyjało w oczywisty sposób spłaszczaniu nierówności odnoszonych do gospodarstw domowych. Po roku 1980 model Kopciuszka obumarł i w pary łączyć się zaczęły bogate panie z zamożnymi panami. Gini zaczął wówczas szybko rosnąć.

Lata 70. XX wieku były dla państw rozwiniętych okresem niepowodzeń gospodarczych więc za cichą lub głośną zgodą wyborców sięgnięto po zachęty dochodowe sprzyjające wydajności i wzrostowi. W rezultacie obliczany identycznie indeks Gini wzrósł średnio do 0,31 w 2012 r. Obecne niezadowolenie świadczyłoby o tym, że wahadło wychyliło się zanadto w drugą stronę. Dominuje pogląd, że wartość indeksu Gini powinna teraz spadać, ale problem polega na tym, że silnie oddziałują czynniki, które sprzyjać mogą w przyszłości jeszcze wyższemu wzrostowi wartości współczynnika nierówności.

W erze zbieractwa społeczności liczyły po kilkanaście osób i poruszały się po terytorium nie większym niż kilkaset km kw. W epoce rolnictwa grupy były znacznie liczniejsze, a formujące się w końcu narody miały po kilka milionów i działały na obszarach o powierzchni kilkuset tysięcy km kw. W końcowej fazie ery paliw kopalnych mamy jednak do czynienia z globalizacją a państwa narodowe moment szczytowy mają raczej już za sobą. Nierówności należałoby zatem zacząć mierzyć nie w skali państw, a całego świata.
Bogaci są coraz bogatsi, klasa średnia stoi w miejscu

W okresie 1820-1950 globalny wskaźnik nierówności uległ czterokrotnemu zwiększeniu. Ekonomista Branko Milanovic (m.in. „Review of Income and Wealth”, „The Haves and the Haves-Not”) sądzi, że w 1950 r. globalny indeks Gini wynosił ok. 0,55, ale od tego czasu systematycznie spada, więc w skali globalnej notujemy poprawę, a nie dramat. Za Witoldem Gadomskim (GW z 21-22 czerwca br., „A jednak się bogaci”) powtórzyć można, że przed niedawnym kryzysem przeciętny dochód Brytyjczyka był 10 razy wyższy od dochodu mieszkańca Indii. Teraz różnica jest siedmiokrotna. Nic dziwnego. Bank Światowy ocenia, że w latach 80. XX wieku na kraje rozwijające się przypadała ledwo jedna czwarta globalnego wzrostu, a w latach 2011-2014 było to już 57 proc. (tamże). Przyczyniły się do do tego takie obecne potęgi jak Chiny, czy Brazylia, ale także liczne inne państwa w Azji, Ameryce Łacińskiej, a nawet Afryce.

W bogatej części świata nierówności się pogłębiły, ale nie nastąpił równoczesny odjazd wektorów w przeciwnych kierunkach. Wektor opisujący sytuację najbogatszych poszybował w górę, a wektor wyrażający dochody pozostałych grup, w tym przede wszystkim klasy średniej, nie cofa się, a stoi raczej w miejscu. Klasa średnia i te uboższe biednieją więc jedynie relatywnie. Prof. Morris spekuluje, że jeśli do miliarda ludzi z rejonów najbogatszych dołączą dwa miliardy nowej klasy średniej z Azji, to niepodlegająca dziś istotniejszym ograniczeniom podaż spotka się w końcu z pełnym popytem i w ten sposób nierówności zmaleją.

Trzeci czynnik ma w dużym stopniu charakter polityczno-społeczny. Wraz z pojawianiem się pierwszych struktur państwowych jakieś 5 tys. lat temu zanikał egalitaryzm. Wodzowie plemion mogli awansować na wysokie poziomy nowych struktur i zacząć opływać w bogactwa, albo pozostać na dole. Biedota mogła dalej klepać biedę, choć na swoim, ale dużej części z niej groziła spirala długów i popadnięcie w niewolnictwo. Dość podobnie, choć nie tak dramatycznie, jest i może być w wieku XXI. Bardzo wielu ludzi ma szansę dołączać do elit zarobkowych lub uciec z pola do fabryki, ale też liczba aplikantów do elity rośnie szybciej niż miejsc przeznaczonych dla jej nowych członków. Najważniejszy czynnik nienadążania w tym względzie popytu za podażą, to coraz szerszy niemal wszędzie dostęp do dobrej edukacji, co pomnaża podaż osób aspirujących do najlepszych posad.

Czwarty i najważniejszy chyba czynnik, który będzie rzutował na nierówności to postęp technologiczny. Jeśli spełnią się oczekiwania optymistów, to za kilka dekad doczłapie do swego kresu era paliw kopalnych. Jest wiele związanych z tym niewiadomych, ale jedno jest chyba pewne – dramatycznie ubywać będzie miejsc pracy manualnej dającej dziś na świecie gros zatrudnienia. Już nie po zamkniętych torach, a po najruchliwszych ulicach jeżdżą testowe samochody osobowe i ciężarówki bez kierowców. Tymczasem, kierowcy stanowią dziś jedną z najliczniejszych grup zawodowych świata. Niedawno przeczytałem o technologii maszynowego szycia garderoby. Z uwagi na zakola, zagięcia, skosy, fałdki i załamki jest to praca dla rąk i oczu człowieka, bo maszyna umiała dotychczas jedynie mocować guziki lub naszywać proste kieszenie. Dziś sprawdza się technika ściegu automatycznego na podstawie zliczania nitek tkaniny i uderzania igły zawsze np. po 38 nitce od brzegu. Dzięki temu automat może zszyć perfekcyjnie nawet najbardziej fantazyjne wykroje.

Co te i setki innych wynalazków może znaczyć dla tych miliardów ludzi (ludność Ziemi stale rośnie), którzy nie dostaną się do elity? Jeśli świat nie znajdzie dla nich mądrej pracy lub innego zajęcia za które przysługują regularne wypłaty w „godziwej” wysokości będzie tak jak napisałem w pierwszym akapicie i nie byłby to wcale najgorszy scenariusz.