miasto-przyszłość

miasto, przyszłość

źródło: ShutterStock

ObserwatorFinansowy.pl: ”Charter cities”, czyli „miasta o specjalnym statusie” budowane od zera to Pana autorska idea. Rozumiem, że wizja bycia twórcą tak imponującego organizmu jak miasto jest pociągająca, ale po co nam właściwie nowe miasta? Te, które już istnieją, nie wystarczą?

Paul Romer: Nie! W ciągu najbliższych stu lat na ziemi na terenach zurbanizowanych zamieszka dodatkowe 5 mld ludzi. Obecnie to 2,5 mld. Tak mówi statystyka demograficzna. Ci ludzie zamieszkają albo w miastach już istniejących, albo w zupełnie nowych. Druga opcja jest znacznie ciekawsza. Obecne miasta mają swoje różnorodne problemy, z którymi nie umieją sobie radzić. Nowe miasta można zaprojektować tak, by tych problemów tam nie było. Ludzkość stoi przed naprawdę olbrzymią szansą na poprawę swojego bytu. Świat potrzebuje reform, a takie miasta mogą być najskuteczniejszym narzędziem ich wdrażania.

Jak budowa takiego nowego miasta miałaby wyglądać? Wszystko musiałoby być zaplanowane i wybudowane od A do Z? Od aptek, przez szpitale, szkoły po drogi?

Nie! Chodzi o coś zupełnie innego. Nowe miasto można porównać do startupu, gdzie faktycznie wszystko tworzysz od zera, ale nie robisz przecież wszystkiego naraz. Tutaj produktem jest miasto i zestaw reguł, jakimi będzie się ono rządzić. To właśnie zasady funkcjonowania miasta mają przyciągnąć jego mieszkańców. Jeśli będą nieatrakcyjne, nikt się nie pojawi. Założyciel Pensylwanii, William Penn, naczelną zasadą tej kolonii uczynił wolność religijną i tym przyciągał nowych osadników. Widać więc, że ten sposób zakładania nowych skupisk ludzkich, który proponuję, przetestowaliśmy już z sukcesem w historii. W miastach o specjalnym statusie można wdrażać reformatorskie rozwiązania, nie stosując przymusu.

To trochę anarchokapitalistyczna wizja…

To nie wizja, ani nie eksperyment myślowy, tylko konkretna propozycja. Problem anarchokapitalistów polega na tym, że podchodzą do konkretu w filozoficzny, spekulacyjny sposób, brak im realizmu i nie jestem przekonany, czy realnie zależy im na poprawie życia ludzi. Ja patrzę inaczej na świat, bardziej praktycznie i empirycznie, i pytam: co działało historycznie? Jakie eksperymenty się udały?

Kolejne skojarzenie: Stany Zjednoczone XVIII i XIX w. i różne zakładane na ich terytorium społeczności utopijne, których życie nota bene trwało bardzo krótko.

Bo taka jest natura startupów. Pomysły są różne i wypali 1 na 10, albo na 100. Socjalistyczne utopie były niepraktyczne i niemożliwe do wdrożenia na dłuższą metę. Istotne są jednak nie przedsięwzięcia nieudane, a te udane. Bo wystarczy, że to jedno miasto okaże się sukcesem, a będzie w stanie zmienić życie milionów. Weźmy Chiny i reformy Deng Xiaopinga, człowieka, który zastąpił Mao na czele Partii Komunistycznej. Stworzył on w Chinach cztery specjalne strefy ekonomiczne, które dopuszczały inwestycje zagraniczne. Największym sukcesem okazała się strefa Shenzhen. Zmieniła ona oblicze Chin, bo przekonała nieprzekonanych, że rynek działa.

>>> Czytaj też: Już niedługo zamieszkamy w miastach rządzonych przez Google’a?

A kto ponosi koszty porażki, jeśli projekt nowego miasta nie wypali?

Tu znów przyda się analogia startupu. Inwestycja początkowa jest z reguły niewielka, nikt nie ryzykowałby wkładania na dzień dobry miliardów w projekt będący zaledwie pomysłem. Tak samo z nowymi miastami – byłoby głupotą wydawać miliardy i, jak pan powiedział, budować domy, drogi i szpitale, a potem zastanawiać się, czy ktoś tam w ogóle zechce zamieszkać. Nie o to w miastach o specjalnym statusie chodzi. Jak powiedziałem, kluczowe są reguły i zestawy zasad, wedle których ma przebiegać życie na danej przestrzeni. Początki są więc skromne, zaczyna się niemal od zera.

Tym, co mają „władze” takiego miasta, jest tylko ziemia, a niemal całą resztę wybudować mają jego nowi mieszkańcy. Im – poza gwarancją wolności, publicznym chodnikiem i skrawkiem ziemi – nie potrzeba więcej. Z budową domu poradzą sobie sami. Błędem jest założenie, że to np. rząd centralny powinien budować drogi i opłacać policję – bo skąd wziąć pieniądze w rządowych budżetach na takie usługi i infrastrukturę dla 5 mld ludzi? Rolą włodarzy miasta, a nie rządu centralnego, jest takie opracowanie systemu podatkowego, bazującego głównie na podatku od nieruchomości, żeby sfinansować z tego infrastrukturę i usługi publiczne.

Pouczający jest tutaj przykład Singapuru. Tam nikt nie czekał, aż ktoś z zewnątrz da im pieniądze na rozwój i budowę tych przysłowiowych dróg. Sami zakasali rękawy do roboty. Właśnie takie podejście doradzam władzom Australii, które chcą wybudować na północy kraju nowe miasto. Niestety, trudno mi wyperswadować im pomysł rządowego finansowania infrastruktury.

Jaka jest właściwie rola rządu centralnego w postulowanym przez Pana świecie miast o specjalnym statusie?

Zajmowałby się głównie transferami pieniężnymi – podatki ściągane od miast transferowałby do systemu socjalnego i edukacyjnego w szczególności. Natomiast rząd nie powinien ingerować w kwestie takie, jak podatki lokalne, drogi, energia, sieci rurociągów, czy regulacje dotyczące działalności biznesowej. Istotne jest to, by panowała pełna swoboda przepływu kapitału, pracy i przede wszystkim swoboda migracji ludzi. Bo to migracja do bądź z miasta jest miarą jego sukcesu, albo porażki. Shenzhen w latach 80 XX w. było centrum imigracji z całych Chin, a Nowy Jork w połowie XIX w. był centrum imigracji z całego świata. Współczesne Detroit jest z kolei centrum emigracji, gdyż nie poradziło sobie m.in. z problemami takimi, jak przestępczość. Wolna migracja powinna stanowić niemal fundamentalne prawo człowieka, jeśli chcemy, by miasta o specjalnym statusie miały rację bytu.

Gdy mówi Pan o zakładaniu nowych miast, wspomina Pan często o Chinach. Czy tamtejsze miasta spełniają tę wyśrubowaną definicję miasta o specjalnym statusie?

Właściwie tylko Shenzhen. Pozostałe specjalne strefy ekonomiczne były stworzone w oparciu o już istniejące ośrodki miejskie i tym można też tłumaczyć to, że nie okazały się aż takim sukcesem jak Shenzhen. To miasto leży na południu Chin, a jednak mówi się tam, nie tylko po mandaryńsku, ale i po kantońsku – taka była skala imigracji do Shenzhen w latach 80! To obecnie miasto o największym PKB na głowę w całych Chinach. Jego populacja od momentu założenia wzrosła do 10 mln. Inne chińskie miasta skopiowały rozwiązania instytucjonalne zastosowane w Shenzhen, zwłaszcza politykę zatrudnienia i przyciągania zagranicznych inwestycji.

Niedawno byłem w Chongqing, największym mieście świata, którego ludność to ponad 30 mln mieszkańców. Powstało, bo rząd zadecydował, że powinno powstać. Czy to jest takie miasto, jakie Pan ma na myśli, mówiąc o „miastach statutowych”?

Nie, raczej nie. Nie znam jego historii bardzo dokładnie, ale jestem pewien, że nie jest to miasto-startup, bo powstało na bazie już istniejącego ośrodka. Nie powstało na gołej ziemi.

Zatem wróćmy do Shenzhen. Czy zarządcy miast już istniejących mogą się czegoś nauczyć z tego przykładu?

Tak – że nie powinny bać się konkurencji z innymi miastami. Rządy zaś – że nie powinny utrudniać migracji.

Podejmowano, także z Pańskim udziałem, próby budowania nowych miast, a jednak z reguły albo się nie udawało, albo efekt nie odpowiadał Pańskim oczekiwaniom. Z czego wynikają problemy z wdrażaniem Pańskiej idei?

Brałem udział w zaledwie kilku projektach i nie jestem zaskoczony tym, że się nie powiodły. Proszę wrócić do tego, co mówiłem o startupach – większość upada. Natomiast jedno jest pewne: próby zreformowania miast już istniejących są z reguły nieudane, a reformy nawet jeśli są, to nie idą wystarczająco daleko. Tymczasem stworzenie miasta de novo, w którego ustrój wpisane są dalekoidące reformy jest możliwe i widać to właśnie na przykładzie Chin i Shenzhen. W latach 60 i 70 ludzie patrzyli na Chiny, jak na trzeci świat, moi rodzice mówili mi „Jedz synku, bo dzieci w Chinach głodują”. Tymczasem dzięki miastom, o których mówię, ta sytuacja diametralnie się zmieniła.

Czy ograniczeniem dla tworzenia nowych miast nie jest czasami obecne prawo? Postuluje Pan dla nich dużą dozę autonomii, co może być po prostu w wielu miejscach na świecie niekonstytucyjne.

Prawo można zmieniać. Ale nie tylko – jeśli jest dobre, można je także w pewnym sensie… eksportować. Od dawna postuluję coś, co nie spotyka się ze zrozumieniem, ale co moim zdaniem naprawdę przyczyniłoby się do postępu cywilizacyjnego na całym świecie. Mam na myśli handel usługami publicznymi. Międzynarodowy handel. Skoro handlujemy towarami i usługami prywatnymi, dlaczego nie możemy handlować ich publiczną wersją?

Ale co ma Pan dokładnie na myśli?

Już tłumaczę. Konkretne instytucje rządowe i usługi publiczne z danego kraju mogą być świadczone – za odpowiednią opłatą – w innym kraju. Weźmy przykład Mauritiusa. To wyspiarskie państewko korzysta z brytyjskich instytucji sądowniczych w kwestiach związanych z apelacjami. W ten sposób Mauritius zyskuje prestiż i wiarygodny system prawny, co pozwala mu ściągać do siebie międzynarodowy biznes i przeskoczyć kilka zaległych wieków rozwoju cywilizacyjnego – bo jak mawiał były premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown, „najtrudniejsze w ustanawianiu państwa prawa jest pierwszych pięć stuleci”. Dlaczego ludzie na Mauritiusie mieliby czekać tyle czasu na nowoczesne instytucje, skoro inni już je mają? Można powiedzieć, że Hongkong także jest przykładem eksportu usług rządowych z Wielkiej Brytanii.

Swoją droga, czy jest w ogóle miejsce na „miasta statutowe” w USA, czy Europie Zachodniej?

Mówiąc szczerze, chyba nie. Tam już nie ma na to rynku, tam już są miasta, a wzrost populacji jest nie tyle wolny, co po prostu negatywny. Trudno byłoby ściągnąć 10 mln osób do nowego miasta w, dajmy na to, Grecji, czy nawet we Francji. Co innego kraje rozwijające się takie, jak Indonezja, Chiny, czy Indie.

Właśnie – Grecja. Greckie polis, czyli państwa-miasta i miasta o specjalnym statusie. Czy istnieje pomiędzy nimi jakaś analogia?

Słaba.W tamtych czasach istniały poważne ograniczenia dotyczące osiedlania się, migracji. Nie można więc mówić o takiej pełnej konkurencji między miastami. Lepszą analogią historyczną byłyby miasta średniowieczne i Związek Hanzeatycki, łączący miasta handlowe północnej Europy. Tam widzieliśmy wzajemne wspieranie się tych miast, wymianę doświadczeń, kopiowanie dobrych rozwiązań.

Gdyby mógł Pan stworzyć całkiem nowe miasto to, jakby ono wyglądało?

Nie można o tym mówić w oderwaniu od konkretnej sytuacji. To nie jest zagadnienie filozoficzne. Właściwym pytaniem byłoby: czego chcą ludzie w Libii? W Chinach? W Argentynie? Na pewno nie tego samego. W Chinach na przykład bardzo „na czasie” jest teraz kwestia regulacji środowiskowych. Nie od rzeczy byłoby stworzenie miasta, który postawiłoby na wyśrubowane regulacje w tym względzie, na czyste powietrze. W Ameryce Środkowej z kolei ludzie chcą bezpieczeństwa. Tam należałoby przy projektowaniu miasta szczególną miarę przyłożyć właśnie do systemu represji i zapobiegania przestępczości.

Co sądzi Pan o poglądach Benjamina Barbera, który przekonuje, że miasta już teraz odgrywają poważną rolę w kształtowaniu rzeczywistości, a w przyszłości mają być nawet ważniejsze od rządów; że partie polityczne, wybory do parlamentów, itp. stracą znaczenie…?

To poprawna analiza. To jest proces, który się już dzieje, ale który należy także świadomie przyśpieszać, nadawać mu dynamikę.

W świecie, w którym politycy promują centralizację i większą unifikację? To realne?

Musimy dokładnie przeanalizować, które elementy i na jaką skalę powinny być realizowane lokalnie, a które – centralnie. Trzeba też sprawdzić, do jakiego stopnia miasta powinny ze sobą współpracować. Jestem zwolennikiem tezy, że jeśli są podobne gospodarczo, powinny np. pod nadzorem rządu wprowadzać wspólną walutę. Euro jest tutaj przykładem, gdy unia walutowa zjednoczyła nie te kraje, co trzeba i na zbyt dużą skalę. W skali miasto-region-kontynent-świat powinniśmy zawsze myśleć o zarządzaniu na tak małą skalę jak to tylko możliwe.

Pańskie idee są niezwykle ciekawe, a jednak – z punktu widzenia świata polityki – rewolucyjne. Politycy musieliby się zgodzić na marginalizację rządu. Jak w takiej sytuacji promować ideę miast o specjalnym statusie?

Przekonywać ludzi, żeby nie myśleli o tym jak o rozwiązaniu rodem z science-fiction. Wystarczy stosunkowo niewielki skrawek ziemi i pomysł. Wyobraźmy sobie, że na granicy polsko-ukraińskiej powstaje miasto, do którego emigrują Ukraińcy i Polacy, a w którym sprawy sądowe rozstrzyga brytyjski trybunał apelacyjny. Niemożliwe? Dlaczego właściwie? Dla młodych ludzi takie rozwiązania, jak sądzę, wydają sie naturalne. Być może, aby zmieniło się nastawienie polityków w tej materii, potrzeba po prostu zmiany pokoleniowej. Najważniejsze jest, by nowe miasta były traktowane jako szansa na rozwiązywanie problemów, przeprowadzenie głębokich reform, ale – uwaga! – nie na eksperymentowanie na żywym ogranizmie. Nie. Chodzi o pragmatyczne podejście, a nie ahistoryczne fantazje.

Prof. Paul Romer ekonomista i matematyk, wykładowca Uniwersytetu Nowojorskiego, twórca endogenicznego modelu wzrostu gospodarczego, w 1997 r. uznany przez „Time” za jednego z najbardziej wpływowych Amerykanów. Oprócz teorii zajmuje się także praktyką, doradzając rządom krajów rozwijających się. Ma na swoim koncie także próby biznesowe: w 2001 r. stworzył witrynę pomagającą studentom w zadaniach domowych. Istnieje ona po dziś dzień (w 2007 r. Romer odsprzedał ją firmie Cengage Learning).