Niezależnie od tego, czy z karty skorzystamy w zagranicznym bankomacie, czy zapłacimy nią w sklepie, te transakcje będą musiały zostać przeliczone z waluty kraju, w którym karta została użyta, na złote. A prowizje wcale nie są niskie, bo wynoszą nawet 6 proc. Na szczęście klienci banków mogą uniknąć zwiększonych kosztów. Służyć temu mogą rachunki walutowe i wydane do nich karty debetowe.

W mBanku można uzyskać karty debetowe wydawane do rachunków prowadzonych w euro, dolarze i funcie brytyjskim. Prowadzenie konta jest bezpłatne, podobnie jak użytkowanie karty, ale tylko w pierwszym roku. Później trzeba zapłacić kilkadziesiąt złotych rocznie. Opłaty można uniknąć, zastrzegając kartę po powrocie z urlopu. W tych samych trzech walutach karty wydają także inne banki, m.in. BZ WBK czy PKO BP.

Ciekawostką są karty wielowalutowe. Ich cechą charakterystyczną jest możliwość rozliczania transakcji w różnych walutach, w zależności od tego, w którym kraju akurat jesteśmy. Od niedawna karta taka znajduje się w ofercie Pekao. Flexia, bo tak się nazywa, kierowana jest do klientów posiadających rachunek w złotych oraz w euro, dolarach, frankach szwajcarskich i brytyjskich funtach.

– Dokonując transakcji, posiadacz karty nie poniesie kosztów przewalutowania. Wystarczy, że zapewni środki na odpowiednim rachunku walutowym, korzystając na przykład z bankowości internetowej, a transakcje kartą wielowalutową automatycznie obciążą odpowiedni rachunek walutowy – wyjaśnia Wojciech Pantkowski, dyrektor departamentu klienta detalicznego w Pekao. Karta dostępna jest dla nowych i obecnych klientów Pekao, którzy posiadają rachunek w złotych oraz wybranej walucie obcej. Wydawana jest bezpłatnie. Prowizja za używanie to 7 s– 10 zł miesięcznie. Chyba że klient wykonywać będzie w dowolnej walucie, w tym w złotych, cztery transakcje bezgotówkowe miesięcznie. Wówczas prowizji nie będzie. Karty wielowalutowe oferowane są także przez kilka innych instytucji, m.in. przez Citi Handlowy i PKO BP.

>>> Czytaj też: Polacy toną w długach mieszkaniowych. To już 400 mln zł

Antidotum na prowizje od transakcji zagranicznych kartami może też być walutowa karta przedpłacona. Produkt taki można kupić w bankach, ale nie tylko. Znajdziemy go także w ofercie tzw. krajowych instytucji płatniczych, w tym w kantorach internetowych. Na przykład Cinkciarz.pl sprzedaje karty w euro, funcie i dolarze. Wyrobienie każdej z nich kosztuje 15 zł. – Polecamy je wszystkim, którzy jadąc za granicę, chcą płacić w tani, wygodny i bezpieczny sposób – zachwala Piotr Kiciński, wiceprezes Cinkciarz.pl.

Tymczasem banki coraz więcej każą sobie płacić za zagraniczne transakcje tradycyjnymi kartami debetowymi czy kredytowymi. Ostatnio podwyżki w tym zakresie wprowadziły m.in. Citi Handlowy i mBank. Powody to oczywiście dążenie do podniesienia rentowności. Ucierpiała ona ostatnio ze względu na spadek stóp procentowych oraz obniżki interchange.

Innym powodem jest nowa polityka Visy w tym zakresie. Od niedawna Visa umożliwia przewalutowanie zagranicznych transakcji kartami bezpośrednio na złote. – Wcześniej transakcje wykonane w innej walucie niż euro podlegały przewalutowaniu dwukrotnie: najpierw przez organizację płatniczą na walutę rozliczeniową, jaką było euro, i drugi raz przez bank na złote ze spreadem – tłumaczy Anna Krusińska, ekspert w departamencie kart kredytowych Citi Handlowego.

Teraz ma być prościej. Transakcja zagraniczna zostaje przeliczona po kursie organizacji płatniczej, a bank pobiera jedną prowizję w wysokości określonej w tabeli opłat i prowizji. Nie ulega jednak wątpliwości, że w wyniku zmiany polityki Visy dochody banków ucierpiały, bo wcześniej banki mogły zarabiać na przewalutowaniu z euro na złote. Dziś już nie mogą, a prowizje wprowadzane przez polskie instytucje mają przeciwdziałać skutkom decyzji międzynarodowej organizacji.