Ministerstwo Pracy ma gotowe dwa warianty podwyżek emerytalnych. Pierwszy zakłada jednorazowy dodatek wynoszący 200–250 zł na osobę w zależności od tego, jakie pieniądze byłyby w budżecie do dyspozycji. W takim przypadku, gdyby Sejm zdążył z uchwaleniem specjalnej ustawy, dodatki mogłyby zostać wypłacone jeszcze w tym lub na początku przyszłego roku. Drugi wariant to wskaźnik waloryzacji wyższy od przyjętego w lipcowym rozporządzeniu Rady Ministrów na poziomie 0,52 proc.

Jak wylicza MPiPS, na realizację któregoś z wariantów potrzeba co najmniej 1,5 mld zł. W drugim przypadku oznaczałoby to, że wskaźnik podwyżki dla emerytów mógłby wzrosnąć do 1,3 proc. lub 1,5 proc. W obu wariantach resort rozważa ograniczenie dodatkowej podwyżki do emerytów i rencistów pobierających najniższe lub średnie świadczenia. Problem w tym, że premier Ewa Kopacz nie zdecydowała jeszcze, który wariant wybrać. Na zapleczu rządu i PO trwają prace nad programem wyborczym tego ugrupowania, który ma zawierać także pomysły na kolejny rok. Wciąż analizowane są różne propozycje, stąd brak ostatecznej decyzji.

Sympatykiem pomysłów resortu pracy nie jest z kolei Mateusz Szczurek. Minister finansów jest na etapie konstruowania budżetu. W czerwcowej rozmowie z RMF FM Szczurek uzależniał decyzję od tego, „na co nas będzie stać w tym i następnym roku”. Tym bardziej że z budżetowego punktu widzenia najbardziej racjonalny wariant to utrzymanie obecnego sposobu waloryzacji, zgodnego z lipcowym rozporządzeniem. W tym przypadku wydatki budżetu wyniosłyby zaledwie 940 mln zł, podczas gdy w ostatnich latach było to powyżej 3 mld zł. To pokazuje możliwą skalę oszczędności dla budżetu. Gdyby Szczurek miał pójść na rękę Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi, musiałby uwzględnić łącznie blisko 2,5 mld zł.

>>> Czytaj też: Za starzy na pracę, za młodzi na emeryturę. Pokolenie Polaków żyje z dnia na dzień

Problemem jest także czas. Do wyborów zostały dwa miesiące, a wprowadzenie dodatków wymaga uchwalenia ustawy przez Sejm. Tymczasem rządowa ścieżka oznacza co najmniej 21 dni konsultacji społecznych i międzyresortowych oraz konieczność przepuszczenia zaopiniowanego projektu przez Komitet Stały rządu i posiedzenie gabinetu. Dopiero później może się nim zająć parlament. Dokonanie tego w ciągu dwóch miesięcy jest na granicy wykonalności.

Z kolei w przypadku pomysłu podniesienia wskaźnika waloryzacji wystarczy co prawda zmiana decyzji Rady Ministrów przy okazji prac nad budżetem, ale gdyby rząd nie chciał dać dodatkowych podwyżek najbogatszym emerytom, potrzebna jest zmiana prawa i taki proces trwałby tak samo długo, jak w przypadku dodatków.

Za ekstrapodwyżkami przemawiają kalkulacje polityczne. Utrzymanie waloryzacji w obecnej wersji to podwyżka najniższych świadczeń o niecałe 5 zł. A emeryci i renciści to duży, 9-milionowy elektorat ważny zwłaszcza dla PSL, z którego pochodzi szef resortu pracy. W przypadku jednorazowych dodatków największymi beneficjentami byliby wszak emeryci i renciści z KRUS, których świadczenia należą do najniższych. Przeciwko przemawia z kolei sytuacja makroekonomiczna. Cały czas mamy deflację, więc konstytucyjny warunek podwyżek (realnie emerytury i renty nie powinny tracić na wartości) jest utrzymany bez względu na ostateczną decyzję w tej sprawie.