Średnia płaca brutto w sektorze przedsiębiorstw wyniosła w lipcu 4095,3 zł i była o 3,3 proc. wyższa niż rok wcześniej – podał Główny Urząd Statystyczny. Analitycy, których niepokoiło czerwcowe spowolnienie dynamiki płac do 2,5 proc., odetchnęli – sytuacja wraca do normalności. Za hamowanie płac odpowiadało prawdopodobnie – tak uważają analitycy Plus Banku – przesunięcie wypłaty dodatkowych składników wynagrodzeń w KGHM. Teraz zaś mamy powrót do wzrostów, jakie były notowane przez niemal całą pierwszą połowę roku.

Ponieważ ciągle utrzymuje się deflacja, realnie zarobki urosły jeszcze mocniej – o ponad 4 proc. w skali roku. Na początku 2015 r. były już miesiące, w których średnia płaca rosła realnie o 5–6 proc. W sumie od kilkunastu miesięcy wynagrodzenia z uwzględnieniem siły nabywczej zwiększają się najmocniej od wybuchu kryzysu finansowego w 2008 r.

Trochę inaczej sytuacja wygląda, jeśli chodzi o zatrudnienie – przynajmniej w sektorze przedsiębiorstw, których dotyczą wczorajsze dane GUS (to firmy niefinansowe zatrudniające co najmniej 10 osób). W lipcu zwiększyło się ono co prawda o ponad 5 tys. osób, ale w skali roku liczba etatów urosła tylko o 0,9 proc. „Tylko”, bo jeszcze do maja notowaliśmy wzrosty przekraczające 1 proc., które i tak były dość mizerne w porównaniu z dwu-, trzyprocentową dynamiką zatrudnienia z 2011 r., nie mówiąc już o cztero-, pięcioprocentowych wzrostach z okresu tuż sprzed wybuchu kryzysu.

Część analityków podkreśla, że lipcowy wynik w sumie jest bardzo dobry. Dlaczego? – Silny miesięczny wzrost zatrudnienia nastąpił mimo realizacji programów dobrowolnych odejść przeprowadzonych w firmach PKP Cargo oraz PZL Mielec, w ramach których do końca lipca z pracy odeszło łącznie ponad 1300 osób – wskazuje Jakub Olipra z Credit Agricole. Eksperci z Raiffeisen Bank Polska dorzucają, że już w poprzednim miesiącu wynik zatrudnienia byłby lepszy, gdyby nie redukcja zatrudnienia w kopalniach oraz w budownictwie. – Łącznie budownictwo i wydobywanie węgla obniżyły dynamikę zatrudnienia w czerwcu o 0,7 pkt proc. Biorąc pod uwagę, że zachodzące w obydwu branżach zmiany nie były jednorazowe, w lipcu skala ich wpływu na dane była zapewne podobna – oceniają.

To wszystko oznacza jednak, że w skali całej gospodarki to nie większe firmy odpowiadają za spadek bezrobocia (w lipcu liczba bezrobotnych pierwszy raz od sześciu i pół roku była poniżej 1,6 mln). I raczej nie należy się spodziewać, by mogło się to zmienić.

– Spodziewamy się spowolnienia tempa wzrostu zatrudnienia w najbliższych miesiącach, co ma związek z malejącymi zasobami wolnych rąk do pracy – wskazują ekonomiści Banku Zachodniego WBK. I dodają: – W średnim okresie będzie to miało przełożenie na silniejszą presję płacową.

>>> Czytaj też: Jak naprawdę wygląda praca w „Mordorze na Domaniewskiej"?

Raczej nie ma jednak mowy o powrocie podwyżek sprzed kilku lat.

– Pomimo rosnącego zatrudnienia presja płacowa pozostaje umiarkowana. Dalszy spadek bezrobocia będzie wpływał na stopniowe przyspieszenie dynamiki płac. Ich zakres powinien być jednak umiarkowany, na co zwracają też uwagę przedsiębiorcy planujący podwyżki wynagrodzeń – podkreśla Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium.

Skala podwyżek i szybkość, z jaką firmy będą tworzyły nowe etaty, będą miały przełożenie na dynamikę konsumpcji i tempo wzrostu gospodarczego. Fundusz płac, czyli łączne zarobki zatrudnionych w sektorze przedsiębiorstw, regularnie przekracza 22 mld zł miesięcznie. Dla ekonomistów ważniejsze od bezwzględnej wartości jest to, jak się on zmienia. W lipcu był realnie o 5 proc. większy w skali roku.

Zdaniem ekonomistów mBanku powinno to wystarczyć, by konsumpcja rosła o 3 proc. w skali roku – w tempie zbliżonym do tego, które utrzymuje się od ubiegłego roku (nie wiadomo, jakie było w II kw.; GUS opublikuje dane pod koniec przyszłego tygodnia). Problem w tym, że część ekonomistów liczyła na to, że popyt konsumpcyjny będzie mocniej wspomagał nasz wzrost. W efekcie niektórzy mówią nawet o ryzyku dla swoich prognoz popytu konsumpcyjnego, choć na razie jest ono niewielkie.