Władimir Putin wydał dekret nakazujący utylizację produktów spożywczych, co do których istnieje podejrzenie, że pochodzą z jednego z państw objętych embargiem.

Gdy nie pomogły standardowe środki, mające uniemożliwić wwóz „niepożądanych towarów” i Białoruś nadal wprowadzała na rynek rosyjski wyprodukowane rzekomo u siebie owoce morza, a serbscy producenci zalali rynek jabłkami odmiany idared, których czołowym eksporterem do niedawna była Polska, podczas gdy sama Serbia nigdy nie przodowała w ich produkcji Putin postanowił blokadę wzbogacić o element drastyczny.

Zgodnie z jego dekretem, podejrzane warzywa i owoce mają być utylizowane na wysypiskach śmieci, a mięso, ze względu na zagrożenie biologiczne, będzie palone. W pierwszym dniu obowiązywania przepisów na przemiał poszło co najmniej 100 ton francuskiego sera, krewetek, polskich jabłek, pomidorów i mięsa. Wszystkie towary z listy pochodzące z Unii Europejskiej, USA, Kanady, Australii, Norwegii, Szwajcarii i Japonii traktowane są jak kontrabanda i mają być bezwzględnie niszczone.

Na nic zdały się protesty organizacji społecznych i obywateli (do 12 sierpnia petycję na stronie change.org podpisało prawie 354 tys. osób), którzy apelowali do władz, by zamiast niszczyć, zgodziły się rozdać żywność potrzebującym. Działacze przypominają, że stopa życia wielu ludzi pogorszyła się po tym, jak ceny wzrosły właśnie w wyniku wprowadzenia sankcji, więc rozdanie żywności stanowiłoby rodzaj rekompensaty. Gdy tak się nie stało lokalny portal ze Smoleńska donosił, że po tym, jak buldożery rozjechały setki kilogramów żywności na podmiejskim poligonie, okoliczni mieszkańcy zaczęli przeszukiwać teren w poszukiwaniu nadających się do wykorzystania resztek jedzenia.

Jeśli spektakularne działania nie są tylko akcjami pokazowymi, a zapowiedzią stałej weryfikacji wwożonych do Rosji towarów (bo dotychczas typowa była sytuacja, w której producent z kraju objętego zakazem odsprzedaje towar firmie z Białorusi czy Serbii, a ta sprzedaje go w Rosji jako własny), to czego należy się spodziewać na półkach rosyjskich sklepów w najbliższej przyszłości? Władze uspokajają, że krajowi nie grozi załamanie na rynku żywności. Cytowany przez Agencję TASS minister rolnictwa Aleksander Tkaczew uznał, że zaimportowanie w latach 2013 -2014 produktów spożywczych za kwotę 45 mld dolarów, to prawdziwa utrata potencjału krajowych producentów. W ciągu ostatniego roku ta kwota spadła do 25 mld dolarów.

– Zastąpiliśmy import nie tylko własną produkcją, ale także poprzez dostawy z krajów WNP, Ameryki Łacińskiej i Azji – powiedział Aleksander Tkaczew.

I tak, jeśli mięso pochodzi z importu, to najpewniej z Brazylii, Białorusi, Paragwaju lub Argentyny. Norweskie ryby zostały wyparte przez te pochodzące z Islandii, Chin i Chile. Białoruś prawie w całości była w stanie zastąpić sprowadzane przede wszystkim z Polski, Litwy i Niemiec produkty mleczarskie.

Ministerstwo Rolnictwa utrzymuje, że produkcja rolna wzrosła w ostatnim roku o 3,3 proc., a możliwe jest utrzymanie wzrostu nawet na poziomie 3,7 proc. Produkcja rolna jest przy tym jedynym rosyjskim sektorem, który notował stabilny wzrost w pierwszej połowie 2015 r.

W wyliczeniach resortowych wszystko się zgadza, kraj poradził sobie bez hiszpańskiej szynki i polskiego mięsa. Odmiennie na sprawę patrzą sami Rosjanie. KermlinRussia, popularny profil na Twitterze, którego autorzy wyśmiewają działania administracji prezydenckiej, tak żartuje z tego, że ograniczenia dotyczą tylko zwykłych Rosjan, podczas gdy elita bez problemu może kupować za granicą: „Rosja stworzy specjalne grupy dywersyjne stworzone przez dzieci posłów i innych oficjeli, które będą niszczyć objęte sankcjami towary na terytorium wroga”.

Ceny w kraju poszybowały średnio o 20 proc. w stosunku do roku poprzedniego, inflacja w lipcu wyniosła 15,6 proc.

Polska sobie w tej nowej sytuacji handlowej poradziła. Rosja nie była wprawdzie głównym kierunkiem eksportu polskich towarów (zajmowała szóste miejsce), lecz wielu producentów wyspecjalizowało się w wytwarzaniu towarów na ten rynek i to ich sytuacja po wprowadzeniu sankcji była najbardziej dramatyczna.

Przed dwoma miesiącami analitycy Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, Artur Gradziuk i Damian Wnukowski, zaprezentowali analizę pt. „Rosja nie do zastąpienia? Alternatywne rynki dla polskiego eksportu”. Autorzy podają, że w 2014 r. ponad 9 tysięcy polskich firm eksportowało do Rosji. Byli to zarówno mali producenci warzyw i owoców, jak i potężni gracze tacy jak bydgoska PESA (producent tramwajów), Zelmer czy Huta Stalowa Wola, która sprzedaj maszyny pod nazwą Dressta.

>>> Polecamy:  Słabnący rubel rujnuje rosyjską branżę motoryzacyjną. „Części podrożały dwukrotnie”

GoChina, GoAfrica, Go gdzie indziej

Wolumen sprzedaży do Rosji bardzo się zmieniał w czasie. Okres długotrwałego wzrostu z początku pierwszej dekady XXI wieku został przerwany przez kryzys gospodarczy (wartość sprzedaży polskich firm na rynek rosyjski jeszcze w 2008 r. wyniosła 9 mld dolarów, a w 2009 r. już tylko 5 mld i był to najgorszy rok dla polskich eksporterów na wschód), ale po 2010 r. zaczął się odbijać. Najlepsze wyniki polski eksport osiągnął w 2013 r. (10,8 mld dolarów). W 2014 r. zanotowano spadek o 14 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Powodem tak znaczącego spadku były nie tylko sankcje, ale ogólne osłabienie rosyjskiej gospodarki i spadek wartości rubla, które przyczyniły się do zmniejszenia siły nabywczej rosyjskich konsumentów.

Polscy eksporterzy więcej uwagi poświęcają szansom na rynku unijnym. Pomimo tego, że sprzedaż do Rosji spadła w 2014 r. o 14 proc., ogólna wartość eksportu była o 5,2 proc. lepsze niż w roku wcześniejszym i wyniosła 163,1 mld euro. 53 proc. eksportu trafiło na rynki krajów strefy euro (wzrost o 9,4 proc.).

2014 rok był trudny dla eksporterów sprzedających towary na wschód, bo spadły dostawy także na inne rynki krajów Wspólnoty Niepodległych Państw (na Białoruś o 11,9 proc., na Ukrainę aż o 27 proc.). Dynamicznie zwiększył się natomiast eksport do Algierii (blisko 2-krotnie), Zjednoczonych Emiratów Arabskich (o 48 proc.), Arabii Saudyjskiej (o 36,7 proc.), Hongkongu (o 17,1 proc.), Singapuru (o ok. 12 proc.) i Indii (o 11,3 proc.).

Ze względu na nieustannie wzrastającą liczbę ludności i jej bogacenie się, najbardziej atrakcyjny dla polskich producentów może być rynek wschodnioazjatycki.

„Przewagą polskiej oferty może być wysoka jakość produktów, które są dodatkowo kojarzone z Unią Europejską, co sprawia, że uznaje się je za bezpieczne i dobrej jakości” – piszą analitycy PISM. Naukowcy z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu wskazali 12 branż, które w ich przekonaniu stanowią nisze i mogą zapewnić powodzenie producentów na chińskim rynku. Są to m.in. dostawa sprzętu medycznego, systemy monitoringu powietrza, przemysł drzewny. Taką niszą są także towary luksusowe (przez które autorzy rozumieją także dobrej jakości alkohol) – w 2010 r. Chiny stały się drugim co do wielkości rynkiem sprzedaży towarów luksusowych.

Teoretycznie perspektywiczny jest rynek Stanów Zjednoczonych (społeczeństwo o dużej sile nabywczej), lecz wwóz towarów jest utrudniony przez konieczność przedkładania różnych certyfikatów i zaświadczeń. Jeśli wejdzie w życie umowa o wolnym handlu (TTIP), procedura ulegnie uproszczeniu. Unia Europejska zawarła już stosowną umowę z Kanadą (CETA), więc wprowadzanie towarów na rynek kanadyjski jest znacznie łatwiejsze.

>>> Czytaj też: Słaby rubel i tania ropa ostatecznie pogrążą Putina? Moody's: „Najgorsze jeszcze przed nami”

Małe problemy, duże oczekiwania

Idealnym punktem zbytu mięsa byłyby Chiny. Swoją szansę doskonale wykorzystały Niemcy, które błyskawicznie przeorientowały się na rynek Państwa Środka i dzięki temu nie odczuły stagnacji z powodu rosyjskich ograniczeń. Chińczycy najchętniej wybierają wieprzowinę i Polska byłaby w stanie ją zapewnić (w 2013 r. polskie firmy wyeksportowały do Chin wieprzowinę o wartości prawie 70 mln euro) – ale nie może, bo gdy w naszym kraju stwierdzono pierwsze przypadki afrykańskiego pomoru świń (ASF), część krajów pozaunijnych, np. Korea, Japonia i właśnie Chiny, natychmiast zamknęły swoje granice dla tego mięsa. Dopóki nie zostanie stwierdzone, że pomór został w Polsce zlikwidowany, Chiny nie otworzą granic dla naszej wieprzowiny. Na niekorzyść Polski działa fakt, że Chińczycy nie uznają regionalizacji, a więc nakładają embargo na produkty z całego kraju, a nie tylko z regionu, w którym stwierdzono ASF – czyli województwo podlaskie.

ARR zachęca producentów do zainteresowania się krajami Afryki Północnej. Przedstawiciele Agencji, wraz z ministrem rolnictwa, byli w tym roku po raz piąty w Algierii, a widocznym efektem zabiegów jest trzykrotny wzrost wartości eksportu w 2014 r. w stosunku do poprzedniego roku.

Na koniec dane, które powinny napawać optymizmem. Z raportu firmy doradczej Grant Thornton wynika, że do 2020 r. polska sprzedaż zagraniczna ma wzrosnąć jeszcze o 35,6 proc., co wpisuje się w rosnącą tendencję. W ciągu ostatnich 25 lat polski eksport wzrósł bowiem aż 21-krotnie – o 2069 proc. i coraz większy udział w sprzedaży za granicę mają nie surowce, ale produkty finalne.

W 2014 r. polskie towary były sprzedawane w 218 krajach świata i docierały nawet do bardzo egzotycznych miejsc, takich jak Oceania czy kraje równikowe. Nieoczywistych kierunków może być więcej – autorzy raportu są przekonani, że w najbliższych latach będziemy obserwowali głęboką reorientację geograficzną polegającą na tym, że producenci jeszcze bardziej będą chcieli zaistnieć na nowych, nieeksploatowanych jeszcze rynkach.

– Zjawisko reorientacji geograficznej eksportu jest w polskiej gospodarce wyraźnie widoczne od kilku lat, zwłaszcza od wybuchu kryzysu strefy euro. Uświadomił on bowiem polskim firmom, że nie warto skupiać się na jednym zasobnym, ale mało dynamicznym rynku, czyli strefie euro i warto rozszerzać zagraniczną ekspansję na nowych, mniej oczywistych rynkach – powiedział w rozmowie z PAP Tomasz Wróblewski z firmy Grant Thornton.