W 1976 roku jeden z absolwentów nauk politycznych na Uniwersytecie Stanforda Terry Lynn Karl złożył wizytę Juanowi Pablo Perezowi Alfonso, założycielowi Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową OPEC. Perez Alfonso był Wenezuelczykiem i pomimo, że trwał wówczas naftowy boom, w dużej mierze dzięki działalności OPEC, to założyciel kartelu nie był zadowolony. Gdy Terry Lynn Karl zapytał go, jaki wpływ ma ropa na jego kraj, Alfonso odpowiedział:

„Za 10-20 lat zobaczysz, że ropa nas zrujnuje”.

Perez Alfonso, który ropę nazywał „diabelskimi odchodami”, miał oczywiście rację. I ma ją wciąż – po 39 latach od tamtego spotkania Wenezuela zmaga się z bodaj najgorszym jak dotąd kryzysem gospodarczym.

Aby doprowadzić kraj do takiego stanu, w jakim jest teraz Wenezuela, trzeba naprawdę bardzo się postarać. Zanim jeszcze ceny ropy naftowej zaczęły gwałtownie spadać, kraj ten notował duże deficyty budżetowe na ponad 10 proc. PKB przez wiele lat. Można tłumaczyć, że przecież przy spadających cenach ropy i innych surowców, wiele krajów eksportujących surowce, znajduje się dziś w trudnym położeniu.

Arabia Saudyjska może zanotować w tym roku deficyt budżetowy wysokości prawie 20 proc. Kraj obecnie prosi o porady zagranicznych ekspertów, jakich cięć mógłby dokonać. Nie lepiej jest w Ekwadorze, gdzie przychody z ropy w ciągu ostatnich 6 miesięcy spadły prawie o połowę, a tysiące demonstrantów codziennie wylegają na ulice i protestują przeciw rządowej polityce Ekwadoru.

Polityczne napięcia nie omijają także Iraku, Nigerii czy Rosji, która zmaga się z coraz gorszymi wynikami gospodarczymi. Prawdopodobnie również Australia znajduje się w przedsionku pierwszej od 25 lat recesji, a Kanada recesji właśnie doświadcza.

Wiele z tych konsekwencji jest nieuniknionych i poniekąd naturalnych. Każdy kraj, który zarabia na eksporcie surowców, będzie odczuwał dotkliwe skutki, gdy ceny tych surowców będą spadać. Wszystko przez ekonomiczny fenomen, zwany „chorobą holenderską”. Nazwa ta pochodzi od sytuacji, w której znalazła się Holandia w 1959 roku, gdy odkryto tam duże złoża gazu ziemnego. Mechanizm stojący za „chorobą holenderską” polega na tym, że wielkie pieniądze związane z wydobyciem surowców zakłócają rozwój gospodarki. W efekcie jakiekolwiek inne przemysły poza wydobywczym z trudem utrzymują konkurencyjność na rynkach międzynarodowych.

Wciąż jednak nikt nie wróży takiej Australii lub Kanadzie gospodarczej katastrofy czy kryzysu politycznego. Aby to się mogło stać – jak napisał w 1997 roku w swojej klasycznej już pracy „Paradoks bogactwa” Terry Lynn Karl, dziś profesor na Uniwersytecie Stanforda – surowce muszą przejąć kontrolę nad systemem politycznym. W obecnych czasach głównym surowcem, który może tego dokonać, jest ropa naftowa. Karl zatem nazwał ten fenomen „petrolizacją”, choć w przeszłości zdarzało się, że to inne surowce przejmowały kontrolę nad systemem politycznym. Miało to miejsce choćby w XVI-wiecznej Hiszpanii w związku z nadmiarem złota i srebra.

Mechanizm jest prosty: wraz z napływem pieniędzy do XVI-wiecznej Hiszpanii czy krajów eksportujących ropę naftową w latach 70. XX wieku, wydatki rządowe rosły. Było to zrozumiałe. Problem jednak polegał na tym, że zwiększone wydatki utrzymywano nawet wtedy, gdy zyski z eksportu surowców zaczynały maleć. Rządy zatem stawały się uzależnione. Karl pisze:

„Wydawanie staje się dla rządzących normą, ponieważ zasoby surowców są dostępne, przynajmniej na początku, a trudniejsze zadania, takie jak budowa sprawnej administracji zajmuje dużo czasu i wiąże się z niewielkimi gratyfikacjami. W istocie, wydawanie pieniędzy staje się podstawowym mechanizmem państwowości, a pieniądze zastępują władzę”.

Jedynym członkiem OPEC, który nie uległ zjawisku petrolizacji w latach 70. XX wieku, była Indonezja. Głównym tego powodem była osoba pierwszego prezydenta niepodległej Indonezji – Sukarno. Był on niezwykle rozrzutny i chętnie się zadłużał, co doprowadziło do obalenia go w 1967 roku przez generała Suharto. Generał zaś był tak wrażliwy na punkcie zadłużenia, że trzymał budżet kraju w ryzach i skrupulatnie spłacał zadłużenie zagraniczne Indonezji. Gdy ceny ropy zaczęły gwałtownie iść w górę, to właśnie obsesja generała Suharto sprawiła, że indonezyjska gospodarka pozostała względnie zrównoważona.

Zbyt restrykcyjna polityka oszczędności jest często złą polityką, ale okazuje się być idealna dla krajów, które doświadczają dużego boomu surowcowego.

W Norwegii, która rozpoczęła wydobywanie ropy w 1971 roku, pierwotnym instynktem rządzącej partii pracy było wydanie uzyskanych pieniędzy. Do czasu szczytu produkcyjnego w latach 90 XX wieku, po kilku kryzysach i politycznych zawirowaniach, Norwegia przyjęła nieco bardziej konserwatywną postawę fiskalną (ostatni deficyt budżetowy Norwegia zanotowała w 1993 roku – według danych MFW). Od tamtej pory kraj notuje nadwyżki budżetowe i prowadzi słynny fundusz majątkowy. Norwegia na początku także robiła błędy innych eksporterów ropy naftowej, ale jej silny i elastyczny system polityczny był zdolny do wyciągnięcia wniosków z tej sytuacji i jej odwrócenia.

Dziś lekcje Norwegii i Indonezji są szeroko znane. Wiele krajów, które eksportują surowce, inwestuje w fundusze majątkowe. Wciąż jednak istnieje pokusa wydania dużych pieniędzy pochodzących ze sprzedaży surowców, szczególnie na początku.

Weźmy pod uwagę Ghanę, które po ponad dekadzie wysokiego wzrostu gospodarczego potrzebowała bailoutu ze strony MFW. Winowajcą była oczywiście ropa, której bogate złoża odnaleziono w 2005 roku u wybrzeży kraju. Surowiec zaczęto eksportować w 2010 roku. Andrew Bauer oraz David Mihalyi z Natural Resource Governance Institute wyjaśniają:
„Podczas gdy Ghana zaoszczędziła niespełna 500 mln dol. pochodzących z eksportu ropy na dwóch funduszach majątkowych w latach 2012-2014, rząd pożyczył ok. 7 mld dol. na międzynarodowych rynkach finansowych, przy oprocentowaniu wyższym o ok. 5 pkt proc. niż wyniosła stopa zwrotu z funduszy majątkowych. Doświadczenie Ghany pokazuje niebezpieczeństwa popadnięcia w zbyt duże wydatki, gdy dochodzi do nowych odkryć”.

W tej samej pracy Bauer i Mihalyi przedstawiają listę krajów i regionów bogatych w surowce naturalne, które są albo dobrze przygotowane albo źle przygotowanego do bańki na rynku surowców. Kryterium oceny oparto o to, czy dany kraj oszczędzał pieniądze w czasach prosperity i czy był w stanie je umiejętnie inwestować.

Do grupy dobrze przygotowanych należą:

  • Boliwia;
  • Brunei;
  • Chile;
  • Libia;
  • Norwegia;
  • Peru;
  • Katar;
  • Arabia Saudyjska;
  • Timor Wschodni;
  • Zjednoczone Emiraty Arabskie.

Do grupy źle przygotowanych zaliczono:

  • Alberta (prowincja Kanady);
  • Republika Kongo;
  • Gwinea Równikowa;
  • Iran;
  • Malezja;
  • Meksyk;
  • Mongolia;
  • Południowy Sudan;
  • Wenezuela;
  • Zambia.

Na liście źle przygotowanych krajów nadreprezentowane są państwa afrykańskie, zaś na liście dobrze przygotowanych – państwa Zatoki Perskiej. Poza tym nie ma reguły – biedne kraje mogą się dobrze przygotować, równie dobrze jak bogate mogą zostać zupełnie nieprzygotowane w obliczu bańki surowcowej.

W Albercie – bardzo zamożnej prowincji Kanady, w której narodził się przemysł naftowy, regionalny rząd musi dziś podnosić podatki w obliczu recesji. Nie jest to zbyt mądre posunięcie.

W Teksasie, gdzie w latach 80. XX wieku jeżdżono z naklejkami na samochodach, na których było napisane „O Panie, daj mi drugi boom surowcowy, a obiecuję, że tego nie zmarnuję”, lokalne władze wciąż nie mają pewności, czy stan przetrwałby surowcową bańkę.

Tak czy inaczej, Alberta i Teksas, jako części większych, bardziej zdywersyfikowanych gospodarek, mają tę przewagę, której nie mają państwa uzależnione tylko od surowców.

Dla danego kraju surowcowy boom pozostaje bardzo niebezpiecznym zjawiskiem. Co prawda nie musi zrujnować kraju, ale bardzo ciężko jest uniknąć tego losu.

>>> Czytaj też: Niemcy wygrały kolejną rewolucję przemysłową? Zobacz, dlaczego niemiecki prąd tanieje