Rumunia jest jednym z najbardziej skorumpowanych państw Unii Europejskiej – wynika z danych Transparency International. Nielegalne płatności są szczególnie powszechne w rumuńskiej służbie zdrowia – jedna czwarta Rumunów przyznaje, że w ostatnim czasie lekarz lub pielęgniarka sugerowali im wręczenie łapówki. Zgodnie z ostatnią decyzją sądu, wszelkie dowody wdzięczności ofiarowane lekarzom są niezgodne z prawem, ponieważ przedstawiciele służby zdrowia to pracownicy państwowi. Fala protestów lekarzy i pielęgniarek wymusiła na rządzie przyznanie im 25-procentowej podwyżki wynagrodzeń. Wszyscy jednak wiedzą, że to nie wystarczy, by zatrzymać przepływ kopert wręczanych z rąk do rąk. Właśnie dlatego premier Rumunii Victor Ponta zasugerował możliwość zalegalizowania łapówek pod trzema warunkami: nie mogą być wymuszane przez lekarzy, powinny być wręczane dopiero po całkowitym zakończeniu leczenia oraz powinny zostać zgłoszone i opodatkowane.

Stowarzyszenie Lekarzy w Rumunii na swojej stronie na Facebooku ostro skrytykowało propozycję władz, twierdząc, że oczekiwało od rządu podwyżki wynagrodzeń, nie zalegalizowania łapówek. Tak naprawdę jednak, nawet przy najbardziej efektywnym systemie zarządzania budżetem służby zdrowia, rumuński rząd będzie w stanie zaoferować lekarzom jedynie tzw. „wynagrodzenie kapitulacyjne”, czyli pensję tak niską, że zatrudnieni będą musieli uzupełniać swój dochód przez pobieranie innych, nieformalnych opłat za swoje usługi.

>>> Czytaj też: Korupcja i pralnie w jednym stoją domu

Problem ten jest dość często spotykany w krajach postkomunistycznych, które odziedziczyły po poprzednich reżimach wielkie, scentralizowane systemy opieki medycznej, możliwe do utrzymania tylko przy całkowitej kontroli gospodarki przez państwo. Prywatyzacja wydaje się tu oczywistym rozwiązaniem i w niektórych krajach rzeczywiście się sprawdziła – przykładem jest Gruzja, w której większość szpitali jest teraz w prywatnych rękach, a rząd subsydiuje jedynie leczenie relatywnie ubogich obywateli. Jednak mechanizm prywatyzacji nie zawsze jest możliwy do wykonania pod względem politycznym, a prowadzenie szpitala w biednym państwie nie jest szczególnie atrakcyjnym biznesem.

Niektórzy reformatorzy postanowili więc postawić na sformalizowanie zasad wręczania łapówek. W Kambodży w 1999 roku nielegalne płatności stanowiły 82 proc. wszystkich wydatków na usługi medyczne. Kiedy rząd wprowadził oficjalny cennik opłat, mieszkańcy szybko zorientowali się, że pomoc medyczna może być tańsza niż do tej pory. Przykładowo, koszt hospitalizacji chirurgicznej spadł z co najmniej 40 dol. do 26,70 dol. Lekarze z entuzjazmem przywitali nowe zasady, bo system oferował im wyższe dochody bez konieczności każdorazowych negocjacji z pacjentami. W Albanii wprowadzone po 2000 roku tabele opłat w szpitalach zwiększyły oficjalne zarobki niektórych lekarzy nawet 4-krotnie.

Takie podejście nie sprawdziło się jednak w kilku krajach afrykańskich. Wprowadzone opłaty zaczęły bowiem zniechęcać mieszkańców do korzystania z opieki medycznej. Podobny scenariusz nie grozi jednak państwom, w których rządy dysponują odpowiednią ilością funduszy, by finansować usługi medyczne dla najbiedniejszych – tak jak ma to miejsce w Gruzji czy Armenii. Rozwiązanie to i tak jest tańsze niż całkowicie darmowy system opieki medycznej.

Wnioski z opisanych przypadków mogą mieć jednak zastosowanie także poza systemem opieki medycznej. Odgórna walka z korupcją jest dobra i pożądana w bogatych demokracjach, w których ludzie są stosunkowo sumienni w płaceniu podatków, a urzędnicy są dobrze opłacani i mają godne warunki życiowe. Jednak w państwach, w których rządy są mało wiarygodne, system pobierania podatków jest wadliwy, a biurokracja ma się świetnie, zalegalizowanie łapówek może okazać się rozsądnym pomysłem. Kraje, które dzisiaj skutecznie zwalczają korupcję, same przeszły przecież przez podobne etapy.

Anders Sundell z Uniwersytetu w Goteborgu w swoim dokumencie z 2012 roku opisywał jak Szwecja – dziś jeden z najmniej skorumpowanych państw świata – pokonała trudną drogę do sukcesu. Przeszła z systemu, w którym rządziły prawa biurokratów do pobierania bezpośrednich łapówek, przez system, w którym obowiązuje oficjalny wykaz opłat za usługi, w tym niektóre opodatkowane, po funkcjonujący obecnie system w całości finansowany z podatków. Każdy etap był wprowadzany w logicznej kolejności, urzędnicy stopniowo pozbawiani byli możliwości pobierania niczym nieograniczonych nieformalnych opłat, co było swoistą rekompensatą za ich mały, ale oficjalny dochód.

>>> Polecamy: EY: 43 proc. badanych uważa, że korupcja w Polsce jest powszechna

Wszystko to działo się w XIX wieku, dziś mieszkańcy państw rozwiniętych nie są świadomi, że ich przodkowie musieli kiedyś negocjować stawki opłat w sądach czy urzędach. Te doświadczenia wciąż są jednak bardzo istotne, szczególnie dla  gospodarczo słabych państw. Jak pisał Anders Sundell, „Jeśli podejmuje się próby wprowadzenia zbyt skomplikowanego systemu finansowania bez możliwości odpowiedniego monitorowania i kontroli, jak również zdolności do zwiększania i alokacji dochodów, prawdopodobnym tego rezultatem będzie pojawienie się nieformalnych, bezpośrednich płatności. Jeśli państwo nie ma takich zdolności, lepiej więc zastosować pośrednie rozwiązanie – zalegalizować nieformalne płatności”.

Radykalizm tego rozwiązania idzie znacznie dalej, niż pomysły hinduskiego ekonomisty Kaushika Basu. W 2011 roku zaproponował on, by zdekryminalizować wręczanie łapówek w celu zachęcenia zaangażowanych w ten proceder ludzi do donoszenia na skorumpowanych urzędników. Basu, który później został głównym ekonomistą Banku Światowego, wciąż myślał w kategoriach kontrolowania i karania. Nawet jeśli ktokolwiek zechciałby wprowadzić jego pomysł w życie, prawdopodobnie nie udałoby mu się zwalczyć zależności między urzędnikami i biznesmenami, którzy napędzają skorumpowanie tych pierwszych. Formalizacja niewielkiej korupcji nie napotyka na tego typu przeszkody. Pozwala też rządom zaoszczędzić na systemie monitorowania i kontroli, wynagrodzeniach w sektorze publicznym, a także umożliwia obniżenie podatków i zwalczanie szarej strefy.

Największym problemem przy wykorzystywaniu tego rozwiązania poza systemem opieki medycznej byłaby konieczność stworzenia wykazu państwowych usług i zdecydowania, które z nich są niezbędne. W przeciwnym przypadku obywatele mogliby zostać zmuszeni na przykład do płacenia urzędnikowi za wydanie certyfikatu wymaganego - tak naprawdę bez ważnej przyczyny - przez innego urzędnika, czy też do zakupu licencji na oddychanie państwowym powietrzem. System opieki zdrowotnej to dobre pole do startu, ponieważ lista niezbędnych usług jest tu dobrze znana. Nawet rząd, który nie do końca wie, co robi, jest w stanie wypracować w miarę sensowny cennik. To daje gwarancję większej skuteczności niż próby wsadzania do więzienia lekarzy, którzy po prostu próbują związać koniec z końcem.