Senat już przesłał Sejmowi uchwałę, w której przywraca pierwotne zapisy z projektu ustawy, m.in. ten o równym podziale kosztów przewalutowania (Sejm chciał, by to banki ponosiły 90 proc. tych kosztów). Żeby zaczęły obowiązywać, Sejm musi je przyjąć – a wcale nie jest przesądzone, czy w ogóle się nią zajmie.

– Nie ma jeszcze decyzji, kiedy komisja miałaby się tym zająć – powiedziała nam wczoraj przewodnicząca sejmowej komisji finansów publicznych Krystyna Skowrońska z PO.

Ostrożność PO w sprawie ustawy frankowej jest zrozumiała, bo gdyby doszło do głosowania nad poprawkami Senatu w Sejmie, to Platforma wcale nie może być pewna wygranej. To właśnie głosami koalicyjnego PSL zaostrzono przepisy ustawy. A odrzucenie poprawek Senatu i przyjęcie tym samym ustawy w bardziej radykalnej wersji oznaczać będzie nie tylko wysoki koszt dla banków, lecz również kłopoty tych frankowiczów, którzy nie będą mogli z ustawy skorzystać, bo np. mają zbyt duże mieszkania.

O co chodzi? W wersji uchwalonej przez Sejm wniosek o przewalutowanie mógłby składać każdy, u kogo wartość kredytu przekracza 80 proc. wartości nieruchomości. W pierwszej wersji projektu frankowicze byli podzieleni na grupy: w pierwszej kolejności o przewalutowanie mieli zabiegać ci, których dług jest większy niż 120 proc. wartości kupionego mieszkania lub domu, dopiero rok później wnioski mogliby składać frankowicze z długiem zawierającym się w przedziale 100–120 proc. I dopiero po dwóch latach osoby, których kredyt to ponad 80 proc. nieruchomości.

Wersja sejmowa to ryzyko, że o przewalutowanie wystąpi duża grupa frankowiczów jednocześnie. Zamieniając kredyty we frankach na złotowe, banki będą zobowiązane oddać franki tym instytucjom, od których wcześniej otrzymywały je (np. w formie instrumentów pochodnych) jako zabezpieczenie pod udzielane kredyty. Żeby je oddać, będą musiały je wcześniej kupić. Według banku ING w sumie banki mogą potrzebować 17 mld franków w krótkim czasie.
– Nie wierzę, że przewalutowanie kredytów w takiej formie można bezpiecznie przeprowadzić przez rynek. Mamy płynny kurs walutowy. To mogłoby umocnić franka do złotego i osoby, które miałyby nadal kredyty we frankach, zapłaciłyby większe raty – mówi Jakub Rybacki, ekonomista ING.

Ekspert dodaje, że nie sposób oszacować, jak bardzo frank mógłby się umocnić. Według niego wiele zależy od postawy Narodowego Banku Polskiego. Na przykład od tego, czy chciałby interweniować na rynku w obronie kursu złotego. Bo użyciu rezerw walutowych do przewalutowania NBP póki co jest niechętny. Prezes banku Marek Belka po ostatnim posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej mówił, że ryzyko rynkowe związane z przewalutowaniem jest duże.
– Oznaczałoby to niebezpieczeństwo znacznego osłabienia złotego, a co za tym idzie istotne podniesienie kosztów obsługi kredytów walutowych – mówił prezes.

Michał Krajkowski, analityk Domu Kredytowego Notus, uważa, że z projektu ustawy o przewalutowaniu niektórych kredytów walutowych powstał gorący kartofel, którego nikt teraz nie chce. Bo jeśli ustawa wejdzie w życie w sejmowej wersji, rząd narazi się na ryzyko utraty części dochodów z podatku CIT (gdy banki przejmą na siebie większość kosztów) i na zarzuty ze strony tych frankowiczów, którzy nie tylko nie dostaną szansy na przewalutowanie, ale będą musieli zapłacić większe raty. Jeśli koalicjanci się dogadają i Sejm przyjmie uchwałę Senatu, to również nie rozwiąże problemu, bo w tej wersji ustawa jest krytykowana jako zbyt zachowawcza. Według pierwotnego projektu miała objąć jedynie jedną piątą kredytów walutowych pod względem ich wartości.

– Mamy ustawę, z której nikt nie jest zadowolony. Dlatego prawdopodobieństwo, że Sejm w ogóle nie rozpatrzy uchwały Senatu, jest bardzo duże – uważa Krajkowski.

>>> Czytaj też: Mocny frank uderzył nie tylko we „frankowiczów”. SNB stracił ponad 51 mld dolarów