Matuszka Rosja potrafi być całkiem hojna jeśli chodzi o utrzymywanie swoich quasipaństewek. Nawet we wczesnych latach 90. XX wieku, gdy Moskwa doświadczyła upadku ZSRR i była mocno osłabiona, pogrążony w chaosie Kreml znalazł czas i środki, aby wspierać i sponsorować raczkujące terytoria separatystyczne, od Południowej Osetii i Abchazji w Gruzji po Naddniestrze w Mołdawii. Wraz z poprawą sytuacji gospodarczej Rosji liczba rosyjskich żołnierzy na tych terytoriach rosła, a regiony te mogły cieszyć się coraz większymi kwotami z rosyjskiego budżetu.

Taki układ z Rosją opłaca się tym posowieckim quasipaństewkom. Wszystkie one są maleńkie – Południowa Osetia ma ok. 3900 km kw. i ok. 40 tys. mieszkańców, Abchazja zajmuje powierzchnię 8500 km kw. z populacją 240 tys. osób, zaś Naddniestrze to teren obejmujący 4100 km kw. i ponad pół miliona mieszkańców (555 tys.). Wszystkie te quasipaństwowe byty są ekonomicznie izolowane i opierają swoje gospodarki na szarej strefie. Sprawia to, że twory te stają się uzależnione od rosyjskich pieniędzy.

A co najważniejsze – przynajmniej z punktu widzenia Moskwy – terytoria te znajdują się w strategicznych miejscach byłego obszaru postsowieckiego, gdzie rosyjscy żołnierze mają możliwość dalszej interwencji w razie, gdyby taka Gruzja lub Mołdawia zbyt bardzo zbliżyły się do Zachodu.

Obecność rosyjskich żołnierzy w na tych strategicznych obszarach tworzy coś w rodzaju czerwonej linii, której przekroczenia będzie obawiało się każde zachodnie państwo – jeśli przyjdzie bronić związanych z nimi krajów. I to jest prawdziwa wartość dla Moskwy, jaka kryje się za posiadaniem i finansowaniem tych quasipaństewek.

Ale rosyjska strategia stała się w ostatnich latach dużo bardziej uciążliwa dla Zachodu i dużo bardziej skomplikowana. Rosja bowiem dokonała aneksji Krymu (26 tys. km kw. i 2 mln mieszkańców) oraz rozszerzyła swój „koszyk” quasipaństewek o samozwańcze republiki ludowe Doniecką i Ługańską (w sumie 16 tys. km kw. i odpowiednio 1,5 mln i 2 mln mieszkańców) we wschodniej Ukrainie.

Choć trudno o dokładne dane, to na podstawie różnych źródeł można oszacować, że Rosja rocznie przeznacza ok. 300 mln euro na Abchazję i co najmniej po 100 mln euro na Osetię Południową i Naddniestrze. Dzięki temu byty te mają możliwość sfinansowania swoich rocznych budżetów, zapewniają sobie tanie paliwo, wypłacają emerytury, etc.

Dodatkowo Rosja przeznaczyła co najmniej 2,42 mld dol. w 2015 roku na wsparcie Krymu (nie licząc kosztów wojskowych). Według Siergieja Aleksaszenki, analityka z Wyższej Szkoły Ekonomicznej, Rosja przeznaczyła co najmniej 2 mld dol. w budżecie federalnym na wsparcie wojskowe we wschodniej Ukrainie.

Liczby te prawdopodobnie będą rosły, a lista obiektów, które cieszą się finansowym wsparciem Moskwy, będzie jeszcze dłuższa.

Jak mieliśmy okazję obserwować w ostatnich tygodniach, Rosja skierowała duże siły militarne w kierunku alawickiej enklawy w Syrii – miasta Latakia. Wiele wskazuje na to, że rosyjski projekt w Syrii ma charakter długoterminowy. Wiedząc, że każde wynegocjowane porozumienie musi się kiedyś rozpaść, Moskwa chce pomóc Alawitom stworzyć małe państwo.

Z kolei na Kaukazie, w Górskim Karabachu, zamrożony konflikt może wkroczyć w nową fazę w ciągu nadchodzących miesięcy. Widać bowiem, że Rosja może współpracować z Azerbejdżanem, aby zmienić status quo pomiędzy Azerbejdżanem a Armenią. W razie jakichkolwiek napięć między tym państwami, Rosja byłaby gotowa wysłać w miejsce konfliktu „misję pokojową”, która zostałaby w regionie na dłużej.

Od wschodniej Ukrainy, przez Syrię aż po Górski Karabach, Rosja podejmuje wysiłki, aby zaznaczyć swoją obecność w tych strategicznych miejscach. Co prawda będą to drogie działania, ale z pewnością cechujące się geopolityczną logiką.

Bez względu na to, czy słaba, silna, komunistyczna, kapitalistyczna czy carska, Rosja będzie próbowała zagnieździć się w obrębie swoich naturalnych granic geograficznych – dla własnego bezpieczeństwa. We wschodniej Ukrainie naturalną granicą i jednocześnie rozszerzeniem dla władzy Rosji jest rzeka Dniepr. Moskwa zatem będzie próbowała destabilizować Kijów przy pomocy swoich separatystycznych regionów na wschodzie. Stworzy dzięki temu pewien bufor przeciw coraz bardziej związanemu z NATO Kijowowi.

Krym z kolei wzmacnia rosyjską obecność na brzegach ciepłego Morza Czarnego, co dzięki Sewastopolowi daje Rosji dostęp do Morza Śródziemnego.

Syryjskie porty w Latakii i Tartusie – alawickie twierdze, które będą zależne do rosyjskiej pomocy finansowej – dadzą Rosji fizyczny punkt oparcia we wschodniej części basenu Morza Śródziemnego i platformę wpływu na Bliski Wschód.
Wreszcie wzmacnianie swojej obecności na Kaukazie za pomocą położonych na terenie Gruzji Osetii Południowej i Abchazji, sojuszu z Armenią i wspólnych planów z Azerbejdżanem ws. Górskiego Karabachu, stwarza Moskwie możliwość potencjalnej ekspansji na południe.

Bufor we wschodniej Ukrainie

W kolejności najważniejszych regionów, na pierwszym miejscu pojawia się Ukraina. Kraj ten od wieków aż po dziś dzień jest miękkim podbrzuszem Rosji, które musi być chronione wszelkim możliwym kosztem. Jeśli Ukraina przeszłaby pod kontrolę jakiejkolwiek zachodniej potęgi, wówczas południowo-wschodnia flanka Rosji zostałaby odsłonięta. Rosja jednak nie jest na tyle silna militarnie i gospodarczo, aby bezpośrednio zakorzenić się na Dnieprze. Zatem Moskwa używa innych metod. Najlepsze co może Kreml zrobić w tej sytuacji, to ustanowić autonomie na obszarze zbuntowanych wschodnich regionów przy pomocy separatystów. Będą oni w razie potrzeby Moskwy wzniecać konflikt. Jeśli Rosja poczuje, że jej głos jest ignorowany w kwestii ekspansji NATO czy sankcji, wówczas nastąpi eskalacja przemocy na wschodzie Ukrainy. Gdy Niemcy i Francja odbiorą ten przekaz i zmuszą Kijów do ustępstw, wówczas nastąpi szybka deeskalacja.

Do tego wzoru przywykły już wszystkie strony konfliktu, ale wciąż to sytuacja daleka od ideału Moskwy. Bez względu bowiem na to, jak się potoczą negocjacje, Rosja po prostu nie wycofa swoich wojsk ze wschodniej Ukrainy. W tym samym czasie ta wojskowa dynamika skłania do powstawania prozachodniego rządu w Kijowie, który liczy na amerykańską pomoc w usunięciu rosyjskiego zagrożenia. Rosja musi zatem ważyć swoje kroki wojskowe we wschodniej Ukrainie, aby uniknąć ryzyka bezpośredniej konfrontacji z Zachodem.

Przygotowania do stworzenia alawickiego quasipaństwa

Działania Rosji w Syrii są ściśle powiązane z dynamiką wydarzeń na Ukrainie. Nawet jeśli Rosja zostanie uwikłana w długoterminowe przeciąganie liny z USA na obszarze posowieckim, to Moskwa musi mieć obszary wspólnych interesów z Zachodem na peryferiach, aby móc dzięki temu prowadzić dialog z Waszyngtonem. Rosja widzi, że USA próbują zwalczyć Państwo Islamskie przy pomocy regionalnych potęg, ale z drugiej strony Waszyngton nie chce też dopuścić do chaotycznej wymiany rządu w Syrii. Od początku tego roku Moskwa podjęła wiele starań, aby spróbować określić, jak mogłoby wyglądać przyszłe państwo Bashara Al-Asada. Jednocześnie Moskwa chce być postrzegana jako niezbędny partner dla Waszyngtonu, który może pomóc USA zakończyć wojnę domową w Syrii. USA potrzebują tych negocjacji oraz potrzebują także wsparcia dla rządu Asada – ze strony Rosji i Iranu – aby móc znów rozmawiać z lojalistami.

Moskwa zatem myśli według następującej logiki: w im większym stopniu ułatwienie negocjacji będzie zależało od Rosji, tym większy argument przetargowy ma Moskwa jeśli chodzi o zaangażowanie Zachodu w bliskim sąsiedztwie Rosji.
Rosja jednak nie ma złudzeń, że jest w stanie samodzielnie zaprowadzić pokój pomiędzy walczącymi stronami. Każde negocjacje zakończą się klęską, jeśli walczące strony od stołu negocjacyjnego będą wolały pole bitwy. Strategia Rosji jest zatem złożona z dwóch części. Po pierwsze, Moskwa musi stworzyć wiarygodną bazę do negocjacji ws. Syrii, aby móc to wykorzystać jako argument przetargowy wobec USA. Po drugie zaś, Moskwa musi jednocześnie przygotować się na najgorsze i chronić swoją pozycję we wschodniej części Morza Śródziemnego, gdyby negocjacje zakończyły się klęską. Istotne zaangażowanie militarne Rosji w syryjskich portach w Latakii i Tartusie działają na rzecz spełnienia obu tych celów.

Syryjski rząd, aby mógł spokojnie zasiąść do stołu negocjacyjnego, musi najpierw poczuć się bezpiecznie w obrębie swoich kluczowych terytoriów – na południe od Damaszku, poprzez Zabadani i części Homs, Hamy aż po wybrzeże Morza Śródziemnego. Nad realizacją tego postulatu Rosja i Iran pracują wspólnie (z przecieków wynika, że Qassem Soleimani, irański major i dowódca sił Quds, miał latać na początku września do Moskwy, aby tam spotkać się z Władimirem Putinem i Siergiejem Szojgu i przedyskutować wdrożenie tego planu).

Analiza zdjęć satelitarnych pokazuje, że Rosja konstruuje w Syrii miejsce na lotnisko wojskowe, wieże strażnicze i baraki dla żołnierzy. Wydaje się, że Moskwa chce zbudować zaplecze logistyczne dla swoich baz lotniczych, które wzmocniłyby alawickie quasipanstwo. Z informacji ośrodka Stratfor wynika, że zaangażowanie militarne Rosji w Syrii kosztowało już Moskwę ok. 500 mln dol., które zostały przerzucone z budżetu rosyjskiej Floty Czarnomorskiej.
Zatem rosyjsko-irański plan zakłada, że Alawici z Basharem al-Asadem weszliby do negocjacji, mając lepszą pozycję militarną i zabezpieczone terytorium, z którego mogłoby się w przyszłości wyłonić alawickie quasipaństwo.

Wstrząs na Kaukazie

Kolejnym miejscem, które trzeba wziąć pod uwagę, jest Kaukaz, a konkretnie terytorium Górskiego Karabachu. To terytorium zamrożonego konfliktu pomiędzy byłymi republikami radzieckimi – Armenią i Azerbejdżanem o powierzchni 4400 km kw., zamieszkiwane przez 150 tys. mieszkańców, głównie Ormian. Terytorium to od czasu ostatniej wymiany ognia w 1994 roku znajduje się pod faktyczną kontrolą Armenii. Odizolowania gospodarczo Armenia jest miejscem stacjonowania 5000 rosyjskich żołnierzy i znajduje się pod rosyjskim parasolem ochronnym, w obliczu braku innych patronów.

Azerbejdżan z kolei, znacznie bardziej ograniczony geograficznie i bogaty w złoża surowców energetycznych, woli utrzymywać otwarte drzwi, optując zawsze za równowagą pomiędzy Zachodem a Rosją. Wiele wskazuje na to, że rozmowy Moskwy z Baku są w ostatnim czasie o wiele bardziej zażyłe niż zwykle. Można przypuszczać, że Moskwa może kusić Baku ofertą zmiany status quo jeśli chodzi o Górski Karabach, który dziś znajduje się pod kontrolą Armenii.
Azerbejdżan ma dość negocjacji pod egidą OBWE i chce przy pomocy doskonalonej od lat armii przejąć kontrolę nad Górskim Karabachem. Armenia, która dziś sprawuje kontrolę nad tym terytorium, przez co ma strategiczną przewagę nad Azerbejdżanem, chce naturalnie utrzymania status quo. Jedynym sposobem, aby Armenia została zmuszona do renegocjacji warunków kontroli nad Górskim Karabachem, byłyby z jednej strony odnowienie konfliktu z Azerbejdżanem, a z drugiej strony mediacja Moskwy, która jest jedynym patronem Armenii i jako jedyna mogłaby pomóc z zakończeniu potencjalnego konfliktu.

To nie przypadek, że w Armenii pojawiają się plotki, jakoby Rosja i Azerbejdżan porozumiały się i chciały wywołać konflikt, po czym do akcji wkroczyłaby rosyjska armia, która zneutralizowałaby sytuację. Można wątpić, czy zmiana statusu Górskiego Karabachu nastąpiłaby tylko dzięki działaniom dyplomatycznym.

Choć nie można być całkowicie pewnym, że ten scenariusz się rozegra w rzeczywistości, to sytuacja w Górskim Karabachu z pewnością wymaga uwagi. Jedno jest pewne – gdyby Rosja wkroczyła do Górskiego Karabachu, jej możliwości ekspansji z pewnością byłby jeszcze większe.

Koszt finansowania quasipaństewek

Choć strategia Rosji może być całkiem droga, to z geopolitycznego punktu widzenia ma głęboki sens. Rosja jest wewnętrznie coraz słabsza, a w tym samym czasie musi się konfrontować ze Stanami Zjednoczonymi, które stoją już na terytorium byłych republik sowieckich.

Choć Rosja wciąż jest jeszcze w grze, to Moskwa może chcieć stworzyć i wzmocnić się na tak wielu polach, jak to tylko możliwe, aby mieć argument przetargowy wobec Zachodu i móc wywierać jeszcze jakikolwiek wpływ. Być może Moskwa przygotowuje się na znacznie trudniejsze lata, które mogą dopiero nadejść. Zatem z rosyjskiej perspektywy rachunek, jaki płaci Kreml za utrzymywanie i finansowanie małych quasipaństewek, jest racjonalny.

W oparciu o nieliczne dane, można szacować, że Rosja wydaje na utrzymanie quasi-państewek ok. 5 mld dol. rocznie, co stanowi mniej niż 3 proc. rosyjskiego budżetu w 2015 roku (w sumie 206 mld dol.). W kwocie tej nie mieszczą się wydatki wojskowe, które są przeznaczane na zbrojenia we wschodniej Ukrainie i w Syrii.

Warto pamiętać, że koszty, jakie przy tej okazji ponosi Rosji, nie mają wymiaru tylko finansowego. Górski Karabach to beczka prochu. Gdy raz rozpocznie się tam konflikt, nie będzie łatwo go okiełznać. To region, w którym działania Rosji spotkają się z odpowiedzią odradzającej się Turcji i Iranu.

W Syrii z kolei ryzyko klęski rosyjskiej misji jest realne, odkąd lojalistyczny rząd woli walczyć niż rozmawiać z sunnickimi siłami. Rosjanie muszą brać także pod uwagę, że wraz z rozlokowaniem w Syrii swoich baz lotniczych, rosyjskie samoloty będą poruszały się w zatłoczonej przestrzeni obok myśliwców amerykańskich, tureckich, izraelskich oraz potencjalnie europejskich czy arabskich.

Na Ukrainie wraz ze wzrostem rosyjskiego zaangażowania na wschodzie kraju, będzie rosło zaangażowanie wojskowe USA w Europie Wschodniej. Ostatecznie jednak, wszystko rozgrywa się na „rosyjskim podwórku”, więc Rosja będzie znacznie bardziej niż USA ograniczona jeśli chodzi o tego typu współzawodnictwo. A strategia finansowania quasipaństewek ma swoje granice.

Tekst opublikowano za zgodą ośrodka Stratfor.

"The Logic and Risks Behind Russia's Statelet Sponsorship" is republished with permission of Stratfor.