Wysłanie rosyjskich wojsk na Ukrainę, wiosną 2014 roku, oznaczało fundamentalną zmianę w politycznych kalkulacjach Putina. Zamiast obiecać Rosjanom dobrobyt w zamian za przyjęcie jego niekwestionowanej władzy, rosyjski prezydent postanowił odwołać się do ich nacjonalistycznego zapału. W ten sposób Putin odwrócił uwagę społeczeństwa od ekonomicznych błędów, kumoterstwa i trwałej niezdolności do zmniejszenia zależności Rosji od eksportu ropy naftowej oraz gazu. Strategia „kto nie z nami ten przeciwko nam” dała również pretekst do zaostrzenia prześladowań wobec krytyków Kremla.

Dziś reperkusje stają się coraz bardziej widoczne. Pozbawiona wsparcia wysokich cen ropy naftowej i uderzona zachodnimi sankcjami Rosja, zmierza w kierunku recesji głębszej niż ta, której Stany Zjednoczone doświadczyły w 2009 roku. Choć oficjalnie stopa bezrobocia pozostaje na niskim poziomie, inne czynniki wskazują, że ukryte bezrobocie – wliczając w to Rosjan, którzy chodzą do pracy, ale nie otrzymują wynagrodzenia – uległo gwałtownemu wzrostowi. We wrześniu zaległości płacowe był o 29 procent większe w porównaniu z rokiem ubiegłym, zgodnie z danymi Federalnej Służby Statystyk.

Przygotowanie przyszłorocznego budżetu będzie dla Kremla nie lada wyzwaniem. Pozbawiony dochodów rosyjski rząd stanie w obliczu trudnych wyborów, gdy przyjdzie mu zrównoważyć interesy emerytur, pracowników budżetówki oraz wojskowych.

Jeśli kryzys minie w miarę szybko, to Putin powinien wyjść z niego bez szwanku. Rosyjski prezydent cieszy się obecnie ponad 80 procentowym zaufaniem ze strony społeczeństwa.

>>> Czytaj też: Sankcje, ropa i rubel zatapiają Putina. Rosja nie wyjdzie z kryzysu przez wiele lat

Ostatnie wydarzenia pokazują jednak, że nowa polityczna strategia może wyrządzić Rosji długoterminowe szkody. Gospodarczy „ucisk”, na który narzekają działające w Rosji firmy może całkowicie zdusić dynamizm i przedsiębiorczość – czynniki, których Moskwa potrzebuje bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Spójrzmy chociażby na reakcję producentów żywności i samochodów po ubiegłorocznej dewaluacji rubla i wprowadzeniu zakazu importu zachodnich dóbr. W normalnych warunkach przedsiębiorstwa te powinny dosłownie „zbombardować” lokalny rynek swoimi produktami i zagarnąć udziały należące wcześniej do zachodnich konkurentów, tak jak stało się to po dewaluacji rubla w 1998 roku. Tym razem jest jednak inaczej. Produkcja żywności, napojów i wyrobów tytoniowych w sierpniu br. wzrosła zaledwie o 0,4 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym, wynika z danych zebranych przez agencję Bloomberg. W tym samym czasie poziom produkcji samochodów spadł o 28 procent.

Rosja przestaje być atrakcyjnym rynkiem dla inwestorów. W drugim kwartale poziom inwestycji spadł o 8,4 proc. r/r. To najostrzejszy spadek od 2009 roku. Trudno jest dziś znaleźć bodziec, który mógłby doprowadzić do gospodarczego ożywienia. Ekonomiści prognozują, że niski wzrost gospodarczy w Rosji utrzyma się co najmniej do 2017 roku.

Trudno przecenić odporność Rosjan na kryzys, szczególnie wtedy gdy w grę wchodzi ich patriotyzm. Ich cierpliwość ma jednak swoje granice. Na pewnym etapie upadająca gospodarka może i musi doprowadzić do przetasowań na szczeblach władzy. To z kolei niesie za sobą ogromne niebezpieczeństwo. Pojawienie się ewentualnego następcy Putina wcale nie musi oznaczać zmiany na lepsze – zarówno dla Rosji, jak i Zachodu.

Dla dobra każdego z nas, Kreml musi zmienić swój polityczny kurs, uzyskać łagodniejsze sankcje od Zachodu i skierować kraj ku reformie gospodarczej. W przeciwnym razie Rosja i jej sąsiedzi muszą się mieć na baczności.