Ostrożność miejscowych bankierów pozwoliła Kanadzie przejść przez globalny kryzys finansowy bez szwanku. Naftowy boom i rosnące ceny surowców – od miedzi po zboża – napędzały wzrost kanadyjskiego PKB w czasie gdy gospodarki USA, Europy i Japonii walczyły ze spowolnieniem.

Jeszcze niedawno eksperci wieszczyli, że w ciągu wieku Kanada może dołączyć do grona światowych supermocarstw. Teraz sytuacja nie wygląda już jednak tak różowo. Wraz z taniejącą ropą i innymi surowcami, gospodarka tego kraju zaczyna stawać w miejscu. Ma to swoje konsekwencje polityczne – w zaplanowanych na 19 października wyborach obywatele mogą obalić Konserwatywną Partię Kanady, która pozostaje u władzy od 2006 roku.

Kanadyjczycy zadłużają się na potęgę, PKB słabnie

Początek tego roku był wyjątkowo bolesny dla gospodarki Kanady. PKB kurczył się przed pierwsze dwa kwartały. W całym 2015 roku ekonomiści spodziewają się wzrostu gospodarczego na poziomie 1,1 proc. Wartość dolara kanadyjskiego spadła we wrześniu do najniższego poziomu od 11 lat wobec dolara amerykańskiego. Zadłużenie gospodarstw domowych notuje rekordowe wartości, co wzmaga obawy o ryzyko wybuchu kryzysu podobnego do nieruchomościowego krachu w USA.

Politycy prześcigają się pomysłach na ratowanie gospodarki. O głosy w nadchodzących wyborach parlamentarnych walczą trzy główne partie: rządzący konserwatyści na czele ze Stephenem Harperem, liberałowie pod wodzą Justina Trudeau i Nowa Partia Demokratyczna, którą prowadzi Tom Mulcair. To właśnie to ostatnie ugrupowanie przodowało w sondażach przez większość kampanii wyborczej. W ostatnich tygodniach na prowadzenie wysunęli się jednak liberałowie. Partia Trudeau obiecuje Kanadyjczykom rozruszanie gospodarki poprzez zwiększenie wydatków na infrastrukturę. Nowa Partia Demokratyczna z kolei kusi zmniejszeniem podatków dla małych firm i zwiększeniem obciążeń dla wielkich korporacji. Konserwatyści za cel przyjęli zaś sobie utworzenie 1,3 mln nowych miejsc pracy do 2020 roku, utrzymanie niskich podatków i ograniczanie wydatków.

>>> Polecamy: Ropa jest "ulotna". To wykwalifikowani pracownicy napędzają wzrost

Koniec surowcowej bonanzy

Kanadyjska gospodarka od zawsze korzystała ogromnych bogactw naturalnych ukrytych na terenie tego państwa. Szczególnie istotnym silnikiem rozwoju gospodarczego był w ostatnich latach sektor naftowy. Kanadyjskie piaski roponośne to trzecie największe na świecie złoża ropy naftowej. Kanada stała się też jednym z głównych producentów złota, miedzi, potasu i uranu. Boom naftowy i dynamiczny wzrost cen tego surowca zbiegł się w czasie z przejęciem władzy przez konserwatystów.

Premier Stephen Harper często powtarzał, że chce uczynić z Kanady „energetyczne supermocarstwo”. Według prognoz, produkcja ropy z miejscowych piasków bitumicznych miała wzrosnąć w ciągu dekady o 50 proc. Marzenia o energetycznej potędze coraz bardziej się jednak oddalają, bo ceny ropy na globalnych rynkach wciąż pozostają na niskim poziomie, przewagę zaczyna mieć zaś sektor przemysłowy, napędzany przez słabą walutę. Jak wynika z danych za lipiec, po raz pierwszy od 8 lat eksport branży motoryzacyjnej przewyższył sprzedaż ropy. Wszystko to działa na niekorzyść rządzącej partii i coraz bardziej oddala ją od zwycięstwa w wyborach.

>>> Czytaj też: Morze ropy wciąż zalewa świat. Rosja boi się utraty monopolu w Polsce

Sfinansować państwo opiekuńcze

Niezależnie od tego, kto wygra zbliżające się wybory, nowy rząd będzie musiał stawić czoła ponurej gospodarczej rzeczywistości. Pomijając obecne spowolnienie wzrostu PKB, problemem Kanady jest też coraz częściej powtarzające się pytanie: jeśli naftowy boom mamy już za sobą, co teraz będzie źródłem wzrostu gospodarczego?

Jak wynika z sondaży przedwyborczych, większość Kanadyjczyków zdaje się popierać obietnice liberałów, czyli pobudzania gospodarki poprzez wzrost wydatków, co jednocześnie pociąga za sobą wzrost deficytu. Poza tym, Kanadyjczycy są przywiązani do państwa opiekuńczego i hojnych przywilejów socjalnych, którymi do tej pory mogli się cieszyć – od darmowej opieki medycznej, po edukację i subsydiowane przedszkola. Pytanie, skąd teraz władze wezmą na to wszystko pieniądze, jeśli ceny ropy i innych surowców nie wrócą szybko na ścieżkę wzrostu.