Pierwszy wita kierowców „kandydat z wąsem”, czyli Leszek Ruszczyk, jedynka PO w Radomiu. Za nim, jeszcze kilka kilometrów przed wjazdem do miasta, w równym rzędzie ustawiają się politycy z list kolejnych partii – Marek Suski i Adam Bielan z PiS, Cezary Brymora, lokalny milioner z Nowoczesnej, i Marta Michalska-Wilk, „ostatnia na liście PO”. Rzadziej widać symbole Zjednoczonej Lewicy, PSL czy ruchu Kukiz ’15. Poza kontrowersyjnym pomysłem kandydata partii KORWiN, który obkleił całe miasto plakatami ze zdjęciem muzułmanów i hasłem „Albo oni będą waszymi sąsiadami, albo ja posłem”, królują zgrane motywy. Większość pozuje na ojca narodu albo na luzaka z opalenizną nabytą w tropikach. Są też „ludzie sukcesu” prężący sylwetki w pozie milionerów z okładek „Forbesa”.

Radomscy kandydaci dali za to pole do popisu zatrudnionym przez siebie grafikom. Kombinują z czcionkami, sloganami, kolorami. Różnice widać nawet na plakatach tej samej partii. – Zawsze przed wyborami w mieście wisiało dużo plakatów, w tym roku przynajmniej nie ma „bombek” na słupach i latarniach, które wcześniej na wysokości od 80 cm do 3,5 metra oblepione były plakatami. Sam w 2001 r. wykorzystywałem je w kampanii – przyznaje Marek Wikiński, były poseł SLD, obecnie kandydat Platformy Obywatelskiej. Ale teraz nie można się wieszać na słupach. Hitem są bannery odporne na warunki atmosferyczne.

Im bliżej matecznika Ewy Kopacz, tym wyborczych plakatów coraz więcej. – Wjeżdża pani do miasta i co widzi? Gęby. Wszędzie gęby. Zdjęcia zrobione przed kilkoma laty i wyprasowane fotoszopem. Patrzeć się nie chce – przyznaje Jerzy Mieśnik, właściciel studia fotograficznego. Śmieje się, że niektórych kandydatów trudno rozpoznać – bo taki Adam Bielan na plakacie bardziej przypomina młodego Louisa de Funesa niż siebie. Sam Miśnik – choć startuje na posła z list Kukiz ’15 – plakatów w mieście nie powiesił, ogranicza do działań na Facebooku oraz Twitterze. – Miałem ostatnio dylemat: co zrobić z tysiącem złotych, który wpadł mi na konto. Zapłacić ZUS czy wydrukować ulotki. Wybór był prosty – tłumaczy.

Twierdzi, że nie ma parcia na władzę, a jego nazwisko znają tu niemal wszyscy. W marszu milczenia po śmierci jego syna, 19-letniego Maćka, brało udział pół miasta. Ponad cztery lata temu chłopak został pobity przez trzech sportowców lokalnego klubu i zmarł niedługo potem w szpitalu. Sprawcy już są na wolności. – Moja żona jest codziennie na cmentarzu, zapala świeczki w domu. Ja pomyślałem sobie, że Maciek by nie chciał, żebym klapnął. Mam dużo przemyśleń na temat zmian, jakie powinny się dokonać w sądownictwie i w polskim wymiarze sprawiedliwości. Poza tym w końcu poczułem, że mam swojego reprezentanta – mówi o swojej fascynacji Pawłem Kukizem. Mieśnik przyznaje, że szanse na zostanie posłem ma jednak niewielkie, bo startuje z 17, przedostatniego miejsca.

Gra na wielu fortepianach

Ale jego koledzy z czołówki listy KWW Kukiz ’15, która kilka tygodni formowała się przed budką z kebabami, mają większe parcie na władzę. Niektórzy na kampanię i promocję poważnie się wykosztowali, a nawet pozapożyczali. Efekty widać już na pierwszy rzut oka. Po wjeździe do miasta nie ma wątpliwości, że kampania trwa w najlepsze. Kandydaci atakują śnieżnobiałymi uśmiechami z przystanków, autobusów, nawet z płotów, balkonów i okien zabytkowych kamienic. Nie to co w Warszawie, gdzie wyborczych billboardów jest jak na lekarstwo, a i skrzynek pocztowych nikt ulotkami komitetów przesadnie nie zawala. Gdyby mieszkańców stolicy odciąć od mediów, pewnie by się nie zorientowali, że do wyborów został tydzień.

– W stolicy kandydatów do parlamentu poraziły horrendalne ceny. Na billboardy stać tylko najbogatsze partie. W Radomiu to co innego. Tutaj dla wielu kampania wizerunkowa to podstawa – mówi Wikiński. On sam z plakatami wystartował późno, bo decyzja o starcie z list PO zapadła w ostatniej chwili, a poza tym musiał czekać na makijażystkę. Nie miała wolnego terminu i trzeba było odwlekać sesję fotograficzną przez dwa tygodnie. – Ale opłaciło się – mówi Wikiński i pokazuje profesjonalne zdjęcie z plakatu na swoim smartfonie. – Stawiam na media społecznościowe, bo w czasie ostatnich wyborów zaniedbałem ten kanał komunikacji – przyznaje i przekonuje, że kampania to sztuka jednoczesnej gry na wielu fortepianach.

Wikiński to kolejny, po Ludwiku Dornie – który trafił na drugie miejsce radomskiej listy PO – tzw. spadochroniarz. Były sekretarz stanu w kancelarii premiera Leszka Millera i wiceszef zarządu wojewódzkiego SLD na Mazowszu w ostatniej chwili zdecydował się na zmianę barw. – Tajemnicą poliszynela był fakt, że nie dogaduję się z SLD. Nie odpowiadał mi też związek Millera i Palikota, który moim zdaniem zaprowadzi lewicę na manowce. Pani premier zadzwoniła do mnie na początku września z propozycją i dała 10 minut do namysłu. Zdążyłem zapytać o zdanie żony – relacjonuje Wikiński. Startuje z 10. pozycji, śmieje się, że to taka „jedynka z brzuszkiem”, i przypomina, że w wyborach w 2001 r. był siódmy na liście, a dostał więcej głosów niż dwójka Danuta Grabowska i że przegrał tylko z Tomaszem Nałęczem, który był pierwszy.

Z sondaży wynika, że PO ma szanse w tym okręgu na dwa mandaty. I Wikiński zamierza o jeden powalczyć. Jak? – Wchodzę w spory, nie unikam debaty i spotkań z wyborcami – wylicza i chwali się lajkami na FB. Za chwilę odbiera telefon od przyjaciela, który pomaga mu w kampanii. – Słuchaj, debata z Wiśniewską (Lucyna Wiśniewska, kandydatka PiS w Radomiu – red.) była ostra. In vitro, aborcja, działo się. Grzejemy tym – prosi.

Rozmawiamy w radomskiej restauracji, gdzie za chwilę Wikiński ma się spotkać z przedstawicielami związkowców. – W naszych realiach najbardziej skuteczną formą reklamy jest szeptanka. Jeśli się uda, będą robili dla mnie dobrą robotę – mówi. Tego dnia, podobnie jak w ciągu ostatnich dwóch tygodni kampanii, pójdzie spać przed północą i wstanie o godz. 6. Przy goleniu spojrzy na wiszącą przy lustrze miarkę i skróci ją o jeden centymetr. – Tego chwytu nauczyłem się lata temu na szkoleniach, to najlepsza motywacja do działania. Od rana wiadomo, ile dni do wyborów zostało – tłumaczy.

Sieroty po Kopacz

Te wybory zadecydują, kto w mieście zostanie następcą Ewy Kopacz. Radom to jej matecznik – tutaj kończyła liceum, tu mieszka jej matka. W pobliskim Szydłowcu przez lata pracowała jako lekarka. W czasie ostatnich wyborów zgarnęła rekordowe 41,5 tys. głosów, czyli niemal dwie trzecie wszystkich oddanych na listę PO. Ale w tym roku Kopacz radomską platformę osierociła. Przedstawiciele konkurencyjnych ugrupowań mówią, że „stchórzyła i uciekła do Warszawy”. Ale to wyborcze przekomarzania, bo naturalnym ruchem było przesunięcie premier na stołeczną listę i wystawienie jej do bezpośredniej walki z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim.

W Radomiu pojawił się jednak problem. Następcą Kopacz mogli zostać doświadczeni parlamentarzyści, jak Radosław Witkowski czy Czesław Czechyra, pediatra i poseł dwóch kadencji. Pierwszy został jednak w zeszłym roku prezydentem miasta, drugi zaś stwierdził, że polityka mu zbrzydła, i postanowił wrócić do wykonywania zawodu.

Zanim zatwierdzono jedynkę, przewijały się więc najróżniejsze nazwiska: Michała Kamińskiego, Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Ale Kopacz postawiła na lokalnego gracza – Leszka Ruszczyka. Wicemarszałek województwa mazowieckiego przez złośliwców jest określany mianem „przyjaciela rodziny Kopacz”, bo jest wieloletnim kolegą jej brata. Nie wszyscy widzą w doświadczonym samorządowcu godnego lidera listy, ale może dlatego, że wielu ma chrapkę na to, by strącić go z tego piedestału.

Drugie miejsce na liście ma spadochroniarz Ludwik Dorn. Gdyby w Radomiu było więcej jego plakatów, pewnie szybko ktoś życzliwy opatrzyłby je dopiskiem: „Jestem z Warszawy”. Tak jak napisami „Jestem z Grójca” i „Jestem z Gdańska” dopełniono plakaty Marka Suskiego i Adama Bielana z PiS. Dorn bronił się w czasie konferencji prasowej, że nie jest spadochroniarzem. – Mam prawo powiedzieć, że mój związek z Radomiem wciąż tkwi w sercu i w piętach – mówił polityk. Chodzi o to, że jako działacz KOR pomagał represjonowanym w Czerwcu ’76 robotnikom, za co SB podczas przesłuchań złamała mu żebro i biła pałką po piętach.

Dawny „trzeci bliźniak” wierzy w siłę swojego nazwiska. W Radomiu nie gości zbyt często, nie zalepił też miasta plakatami. Ale jak już się tu pojawia, to robi show. I to dosłownie. Na cyklicznej radomskiej imprezie Uliczka Tradycji, której uczestnicy śpiewają międzywojenne szlagiery, ubrany w cylinder i biały szal recytował wiersz własnego autorstwa: „Dziś w Radomiu słychać szanty, dziś w Radomiu Bałtyk szumi. Wiatr w Radomiu gra na wantach i radomian wzbija w dumę”.

Na scenie nie był z resztą tego dnia jedynym politykiem. W czasie tej samej imprezy wystąpili inni kandydaci. Wśród tych najbardziej znanych byli Adam Bielan i Marzena Wróbel, startująca co prawda do Senatu jako kandydatka niezależna, ale jak sama mówi – z „PiS-owską twarzą”. W Radomiu doszło bowiem do kuriozalnej sytuacji – do Senatu startuje troje ludzi reklamujących się programem PiS. Oprócz Bielana, wystawionego oficjalnie przez partię, i Marzeny Wróbel o mandat ubiega się też zawieszony w klubie sejmowym PiS Krzysztof Sońta, którego wcześniej wycięto z listy do Sejmu. Wszyscy oni biją się dziś o miano „największego PiS-owca”. Bielan śpiewał w duecie, choć trudno ten występ nazwać śpiewem, bliżej mu było do melorecytacji, Wróbel zaś drżącym głosem wykonała „Miłość ci wszystko wybaczy”. Wiadomo, polityk musi wykorzystać do promocji każdą, nawet najmniejszą okazję.

Syn piekarza

Są lokalne imprezy, na których spotykam kilku kandydatów naraz. Na Festiwalu Ziemniaka w Muzeum Wsi Radomskiej byli ludzie z PO, PSL i Nowoczesnej. Było na bogato – opowiada Radosław Fogiel, który walczy o mandat z szóstego miejsca na liście PiS. Ten młody polityk ma 33 lata, ale wygląda na dwudziestoparolatka. Na plakatach pozuje z Jarosławem Kaczyńskim i prezes PiS wychwala go w radiowym spocie. – Trzeba się jakoś wyróżnić. Mam szansę. PiS może liczyć w Radomiu na 6–7 mandatów. A ja, nie chwaląc się, w czasie ostatnich wyborów samorządowych zrobiłem najlepszy wynik ze wszystkich – dodaje. Do 20 tys. głosów zabrakło mu ledwie 15.

W politykę wsiąkł już po maturze. – PiS zbierał podpisy pod listą, zainteresowałem się, spytałem, czy mogę pomóc, więc odesłali mnie do biura, gdzie przywitał mnie czterdziestoparoletni facet o wyglądzie starego hippisa. Sam miałem wtedy długie włosy, więc od razu stwierdziłem, że na pewno się dogadamy – mówi Fogiel. Jego kariera szybko się potoczyła: w 2005 r. został szefem mazowieckiej młodzieżówki, w czasie kampanii Lecha Kaczyńskiego w 2005 r. pracował w jego sztabie. Michał Kamiński, wtedy jeszcze główny spin doctor PiS, zabrał go do kancelarii premiera. Fogiel najpierw pracował z Kazimierzem Marcinkiewiczem, a potem prezesem PiS. Od dwóch lat prowadzi poselskie biuro Jarosława Kaczyńskiego.

Pierwszą kampanię wyborczą zaliczył w wieku 20 lat, bez powodzenia startował do Sejmu w 2005 r. Rok później dostał się do rady miejskiej. Co ciekawe, zasiadał w niej razem z ojcem, właścicielem piekarni w Radomiu – ale byli po przeciwnych stronach politycznej barykady. – Ojciec brzydzi się organizacjami politycznymi, jest członkiem lokalnego stowarzyszenia. Czasem się spieramy, wtedy śmieje się, że jak dojdzie do wymiany zdań, to zrobi mi scenę na forum, pytając: młody człowieku, kto cię tak wychował?

Na kampanię Fogiel dostał od partii 12 tys. zł – bo to centrale podejmują w tej sprawie decyzje. Politycy z pierwszych list mogą liczyć nawet na 30 tys., ci z dalszych muszą wydać mniej. Do tej pory Fogiel wydrukował 20 tys. ulotek, 2 tys. plakatów i 100 bannerów. Jego zdjęcia wiszą na przystankach (liczba wiat udostępnionych pod reklamy jest w Radomiu ograniczona do 182; w zależności od lokalizacji przystanku opłata za powieszenie jednego plakatu wynosi od 2,46 zł do 3,69 zł za dobę) i jeżdżą na autobusach.

– A jakie pan ma dojścia w Warszawie, co pan może załatwić? Jakie pan będzie miał przełożenie na decyzje centrali? – pyta go właścicielka straganu na targowisku przed jednym z supermarketów. Fogiel od kilku tygodni poranki spędza właśnie w takich miejscach. Rozdaje ulotki. Najpierw na okolicznych bazarkach, po południu zaś rusza na blokowiska z kampanią „od drzwi do drzwi”. Z różnym skutkiem. Radomianie, choć na hasło ulotki otwierają bez szemrania, to widokiem kandydata na progu wydają się zaskoczeni. – To nowość, ludzie nie są do takich form kampanii przyzwyczajeni. Ale bezpośredni kontakt z wyborcą to podstawa – mówi Fogiel. Reakcje są z grubsza przewidywalne. – Pan z PiS? A, to moja opcja! – mówią jedni. Inni albo patrzą na niego obojętnym wzrokiem, albo w myślach wysyłają go do stu diabłów. W dyskusję wdaje się niewielu.

– Do ludzi negatywnie nastawionych trzeba podchodzić z uśmiechem i rozładowywać napięcie – tłumaczy Fogiel. Twierdzi, że do tej pory żadna przykrość go od radomian nie spotkała. Przeciwnie. – Wieszamy banner przy jednej z ulic i podjeżdża do nas motocyklista. Rozpoznał nazwisko, stwierdził, że chce pomóc. Zgarnął jeden i obiecał powiesić u siebie.

>>> Czytaj też: „Der Spiegel”: Niemcy kupili sobie mundial w 2006?

Pospolite ruszenie?

To właśnie zaangażowanie w kampanię zwykłych ludzi jest według ekspertów najbardziej widocznym elementem tegorocznej kampanii. – Coraz więcej plakatów, także w mojej dzielnicy, widzę na posesjach prywatnych ludzi. Wiszą zarówno na przepięknych ogrodzeniach, jak i na rozsypujących się płotach. Ludzie, którzy do tej pory nie afiszowali się ze swoimi poglądami, teraz jawnie okazują sympatie polityczne. I dobrze. Samoświadomość obywatelska wzrosła. To przejaw dojrzewania społeczeństwa obywatelskiego – przekonuje dr Maria Gagacka, socjolog z Uniwersytetu Technologiczno-Humanistycznego w Radomiu.

Gagacka zauważa jeszcze jedną prawidłowość: nierówne zaangażowanie w radomską kampanię centrali najważniejszych partii. Plakaty, ulotki, spotkania z wyborcami to jedno, ale nie ulega wątpliwości, że nic tak nie pomaga lokalnym politykom jak wsparcie ze stolicy. W Radomiu najlepiej wykorzystuje to PiS. Tylko w ciągu ostatnich dni miasto odwiedzili Beata Szydło i Antoni Macierewicz. Kandydatka na premiera nie bez przyczyny upodobała sobie matecznik Kopacz, nie tylko Radom, ale też pobliski Szydłowiec, stolicę powiatu z najwyższym bezrobociem w kraju, sięgającym niemal 40 proc. Ta okolica stała się dla PiS najlepszą ilustracją niezrealizowanych obietnic PO. Ewa Kopacz do Radomia przyjeżdża znacznie rzadziej, chyba że prywatnie, w odwiedziny do matki. Ostatnio otwierała Powiatową Stację Sanitarno-Epidemiologiczną, ale jej wystąpienie nie odbiło się szerokim echem w mediach, podobnie jak udział w radomskim Święcie Chleba. Wyjazdowego posiedzenia rządu w rodzinnym mieście nie zorganizowała.

Pod koniec czerwca to politycy PiS (z czołówki listy) zaprosili premier, by przyjechała do Radomia. Kupili jej nawet bilet na pociąg, ironizowali, że zaserwują ośmiorniczki znane z menu restauracji Sowa i Przyjaciele, oraz czekali na premier na dworcu z kwiatami. Ten happening miał nie tylko nawiązywać do afery podsłuchowej, ale i wbić szpilę Ewie Kopacz, która w czasie wyborów w 2007 r. obiecała radomianom modernizację linii kolejowej do stolicy. Do dziś się to nie udało. Premier, ma się rozumieć, z zaproszenia nie skorzystała. Ale temat niezrealizowanej kolejowej obietnicy PO konkurencja ciągnęła dalej. Gdy do Radomia pofatygowała się ostatnio Beata Szydło, wyliczała, że podróż między oddalonymi o 100 km miastami trwa 2,5 godziny. – A w 1936 r. pociąg jechał 70 minut – mówiła kandydatka PiS na premiera. W ramach solidaryzowania się z poszkodowanymi radomianami wsiadła wraz z nimi najpierw do autobusu zastępczego, a potem do pociągu i pojechała „z ludem” do Warszawy.

>>> Czytaj też: Prawa najdłuższego cyklu gospodarczego. Wkrótce czeka nas kolejny globalny kryzys?

W cieniu chytrej baby

To bliskie sąsiedztwo stolicy jest dla Radomia największą bolączką. Miasto, które liczy ponad 220 tys. mieszkańców, kilkadziesiąt szkół, kilka szpitali oraz centrów handlowych, dwa teatry i sporo mediów, wciąż boryka się z kompleksami. – Tam zarabiają nie dwa razy więcej, ale pięć razy więcej niż w Radomiu – mówił o stolicy były prezydent miasta Andrzej Kosztowniak. Ciężary nieudanej transformacji, duże bezrobocie, emigracja wciąż spędzają mieszkańcom sen z powiek. W 2011 r. tylko 1,12 proc. radomian było zadowolonych ze swojego miejsca zamieszkania. Do tego dochodzi fatalny wizerunek miasta. Radom wciąż jest tematem niewybrednych żartów, nazywa się go nowym Wąchockiem, krainą zupką chińską i mlekiem płynącą, ojczyzną „chytrej baby”. – To fakt, że jeszcze w podstawówce koledzy potrafili wrócić do domu boso, bo grupka blokersów połaszczyła się na ich adidasy. Ale Radom na przestrzeni lat bardzo się zmienia – mówi Radosław Fogiel. Na pytanie, czy zamierza kiedyś wrócić tu do pracy, odpowiada wymijająco, że jeszcze z bratem nie zdecydowali, kto wróci kontynuować rodzinne piekarskie tradycje.

Na temat wizerunku Radomia niewielu kandydatów chce debatować. Nieśmiałe apele, by odczarować miasto kojarzone z bylejakością, chytrą babą i pierwszym pomnikiem śp. Marii i Lecha Kaczyńskich, nikną wśród poważniejszych tematów. Na tapecie jest ich obecnie kilka – jak problem pustego lotniska i samolotów przewożących powietrze zamiast pasażerów, wydzielenie Warszawy z Mazowsza i szukanie nowej stolicy województwa (wymienia się Płock i Radom) oraz przetarg na budowę śmigłowców przez Airbusa. Krytykowana przez PiS umowa z Francuzami zakłada otwarcie fabryki w Radomiu i stworzenie tu nowych miejsc pracy.

Wokół tych kwestii skupia się lokalna debata. A to najważniejszy element kampanii, bo tylko ona daje możliwość utarcia nosa przeciwnikom oraz skompromitowania kontrkandydata. W Radomiu do debat wzywają niemal wszyscy. Z różnym skutkiem. Elżbieta Fornalczyk, kasjerka z Tesco, która zasłynęła walką o prawa pracownicze w dużych sieciach handlowych i z tej okazji wylądowała na liście Zjednoczonej Lewicy w Radomiu, w radiowej debacie nie wypadła najlepiej, otwarcie przyznawała, że jeszcze dużo musi się nauczyć. Totalnie skompromitował się Robert Mordak z Ruchu Kukiza. Tak upierał się przy likwidacji ZUS, że gdy prowadząca dopytywała: „A co z emeryturami?”– odpowiedział, że „Biorą się z pracy”. „A jeśli ktoś nie pracuje, nie ma go kto utrzymać?” – dopytywała dziennikarka. „To będzie musiał umrzeć” – wypalił.

– Może nie jesteśmy oderwani od pługa, ale od swojej normalnej pracy, i nie umiemy jak zawodowi politycy odpowiadać z miejsca na dowolne tematy – tłumaczy kolegę z partii Jerzy Mieśnik. – Jak się bierze na debatę polityczną kogoś, kto siedzi za kasą w Tesco, i pyta o wskaźniki dotyczące armii, to nie dziwne, że wypadnie blado – mówi. Na koniec dodaje: – Przed tymi wyborami warto sobie odpowiedzieć na pytanie, kto to jest dobry polityk. Czy to celebryta, który umie pięknie mówić, sypnie łaciną albo inną greką, czy ten, który kieruje się dobrem ludzi i na prawdę chce coś zrobić.