Takie głosy ostatnio usłyszeć można było podczas sopockiego Europejskiego Forum Nowych Idei. Likwidowanie barier wzajemnej wymiany handlowej obu kontynentom przyniesie bowiem, zdaniem organizatorów forum, olbrzymie korzyści. Zwiększy obroty, a – co za tym idzie – także zyski firm po obu stronach oceanu. Przyczyni się do szybszego wzrostu obu gospodarek, unijnej i amerykańskiej. Są nawet tacy, którzy już wyliczyli, ile zarobimy „na głowę”. Sprzeciwiać się postępowi mogą więc tylko ci, których coraz chętniej porównuje się do ludystów niszczących maszyny, które odbierały im pracę. Hamulcowych postępu.

Jest to porównanie słuszne. Zgadzam się też z tezą, że umowa zwiększy wzajemne obroty handlowe. Przyśpieszy postęp. Tylko że to wcale nie oznacza, że nie ma się czego bać. Bo jest. Wystarczy zastanowić się, kto konkretnie stanie się beneficjentem tego postępu. W Unii Europejskiej, ale także u nas, w Polsce. Małe i średnie firmy, które łatwiej sprzedadzą swoje produkty do USA, bo teraz bariery handlowe są dla nich zbyt trudne do przeskoczenia? Wolne żarty.

>>> Czytaj też: Globalizacja kontra narodowy interes. Zobacz, dlaczego świat trwa w kryzysie

Ewentualna umowa daje szanse większego zarobku firmom wielkim, których oferta dla konsumentów po drugiej stronie oceanu może się okazać tańsza niż obecnie. Tańsze mogą być wielkie koncerny, zdolne do osiągania tzw. efektu skali. Jeszcze korzystniejsze perspektywy niesie też firmom innowacyjnym technologicznie. Warto zadać sobie pytanie, która gospodarka – amerykańska czy europejska – ma takich firm więcej? Oraz – ile takich, zdolnych do międzykontynentalnego zmierzenia się firm ma gospodarka polska? A więc czy po wejściu w życie wspomnianej umowy mamy szanse więcej do USA eksportować, czy raczej szerzej otwieramy swój rynek na amerykańską ofertę? Na coraz gorszej jakości, bo produkowaną przemysłowo żywność? Na firmy takie jak Uber, Amazon i inne. Które są nowoczesne i innowacyjne, to prawda. Tylko że w konsekwencji zrujnują nasz europejski rynek pracy. Europa mimo wszystko na razie jest bardziej przyjazna pracownikom niż USA. Potem te standardy mogą się wyrównać, raczej w dół. Wielkiemu biznesowi może się to podobać, pracownikom mniej.

Zwolennicy umowy kuszą, że będzie korzystna dla konsumentów. To prawda. Szersze otwarcie rynków da wprawdzie konsumentom okazję do tańszych, niż oferują np. obecne taksówki, przejazdów czy zakupów, ale ci sami konsumenci w konsekwencji będą musieli zrezygnować z publicznej opieki zdrowotnej i emerytur, ponieważ firmy takie jak Uber czy Amazon podatków w Polsce nie płacą albo płacą w minimalnym stopniu. Pracownicy tych firm, przeważnie na umowach śmieciowych, również nie płacą składek ani podatków, to ta druga strona medalu.

Jako konsumenci z pewnością na tej wymianie zyskamy. Będziemy płacić mniej. Ale jako obywatele, którzy się czegoś od swego państwa spodziewają, już niekoniecznie. Jesteśmy gotowi na starość bez emerytur i na płacenie za opiekę zdrowotną? Z czego nasze państwo ma ją finansować? Więcej, jako konsumenci, zyskamy czy – jako pracownicy i obywatele – stracimy? Nie widzę, żeby ktoś nam takie kalkulacje przedstawiał.

Zanim globalizacja nabrała tempa, rządy poszczególnych państw były w stanie zmuszać bogatych do dzielenia się zyskami ze społeczeństwem. Do płacenia podatków tam, gdzie rodziły się ich zyski. Teraz już nie są. Nie mam wątpliwości, że beneficjentami ewentualnej umowy staną się wielkie międzynarodowe koncerny. Mogą zarobić na niej spore pieniądze. PKB bogatych gospodarek przyspieszy, może nawet nasz. Ale owoce tego wzrostu zjedzą sami. Większych podatków w Polsce od tego nie zapłacą.

>>> Czytaj też: Polska i globalizacja – rachunek wychodzi na plus

Teraz też płacą tyle, ile zechcą, czyli – symbolicznie. Podatki się bowiem, zgodnie z prawem, optymalizuje. Transferując zyski tam, gdzie opodatkowane są najkorzystniej, np. do Luksemburga lub Holandii. Fiskus jest bezradny, nie potrafi ich powstrzymać. Dlatego, choć polska gospodarka rośnie, to wpływy z CIT (podatku dochodowego od przedsiębiorstw) maleją. Wielkie koncerny owocami wzrostu z polskimi pracownikami dzielić się nie chcą, bo nie muszą. Co pozwala nam mieć nadzieję, że po wejściu w życie ewentualnej umowy, kiedy zarobią więcej, będzie inaczej? Rządy nie są ich w stanie do tego zmusić. Globalizacja...

Przeciwnicy umowy, być może, są hamulcowymi postępu. Z prostej jednak przyczyny – ten postęp nie oznacza dla nich lepszego życia, tylko większe zyski dla tych, którzy się nimi nie podzielą.