Reindustrializacja nie jest najpopularniejszym tematem kampanii wyborczej, ale na pewno jednym z najciekawszych. W ten lub inny sposób do potrzeby zwiększenia roli przemysłu w gospodarce odnoszą się politycy zarówno o lewicowym, jak i liberalnym podejściu do gospodarki. Wprawdzie Polska należy do krajów o najwyższym udziale przemysłu w wartości dodanej brutto (25 proc. wobec unijnej średniej na poziomie 19 proc.), ale dla jednych jest to wciąż za mało, dla innych istotne jest zwiększenie roli krajowego kapitału, a jeszcze inni wskazują na konieczność zwiększenia roli przemysłu zaawansowanych technologii. Każdy w pojęciu reindustrializacji znajdzie coś dla siebie.

Zjednoczona Lewica w swoim programie obiecuje stworzenie w Polsce trzech okręgów przemysłowych. Już kilka lat temu SLD proponowało, aby w nowe okręgi przemysłowe pod Łodzią, Krakowem i Trójmiastem państwo zainwestowało po 1 mld zł.

Aktywną politykę przemysłową chce również prowadzić PiS. „Polska potrzebuje reindustrializacji” – to jeden z głównych punktów programu „Tworzenie szans dla wszystkich” opracowanego przez Pawła Szałamachę.

– Przemysł to podstawa wzrostu produktywności i wynagrodzeń. Za przemysłem idą usługi i wzrost wynagrodzeń w sferze budżetowej. Firmy przemysłowe są fundamentem nakładów na B+R – mówił w lipcu Szałamacha.

O reindustrializacji mówił wcześniej także prezydent Bronisław Komorowski. [Na jego polecenie w 2013 r. prof. Jerzy Hausner przygotował raport specjalny "Jak awansować w lidze światowej". Projekt nie został wprowadzony w życie - przyp. red.]

– Dziś wiemy, że cofnięcie się z industrializacją było błędem – stwierdził prezydent w lipcu 2014 roku.

Ryszard Petru, jego liberalny doradca, a dziś szef partii Nowoczesna, pisał w raporcie „Polska 25+”: „Polityka państwa powinna stwarzać warunki dla wzrostu udziału w gospodarce sektora przetwórczego. Przez zwrot >>stwarzanie warunków<< nie należy rozumieć interwencjonizmu, a raczej tworzenie bodźców szczególnie w najbardziej efektywnych gałęziach gospodarki”. Petru niechętnie podchodzi do interwencji państwa, ale tak jak inni mówi o potrzebie zwiększenia roli przemysłu.

>>> Czytaj też: Polska potrzebuje fabryk, a nie banków. Gospodarka bez przemysłu jest ułomna

Trzy fale sterowanej industrializacji

Zbudować silny własny przemysł, dzięki któremu Polska dołączy do nowoczesnych i bogatych krajów Zachodu – to marzenie było bliskie wszystkim pokoleniom polityków. Od czasu rewolucji przemysłowej i gwałtownego przyspieszenia rozwoju gospodarczego w Europie Zachodniej, na ziemiach polskich przez dwa wieki miały miejsce trzy wielkie próby publicznej industrializacji: w pierwszej połowie XIX wieku, w okresie międzywojennym i w PRL. Ich skutki były różne, ale raczej nie kończyły się one tak, jak marzyli ich inicjatorzy. Warto, aby przyszli ministrowie skarbu przyjrzeli się swoim poprzednikom, zwłaszcza tym dawnym.

Już w 1815 roku, kiedy coraz więcej Polaków było pod wrażeniem rozwoju przemysłu na Zachodzie, Ksawery Drucki-Lubecki, minister skarbu Królestwa Polskiego, stwierdził, że „pozycja rządu w kraju tak nierozwiniętym jak nasz jest taka, że musi on podejmować inicjatywę na każdym polu, bowiem stan edukacji, brak zaufania i głęboko zakorzenione przyzwyczajenia zniechęcają obywateli do innowacji, które gdziekolwiek indziej mogą być zostawione indywidualnym osobom zachowującym się we własnym interesie”. W rozwoju przemysłu Lubecki widział szansę wzmocnienia siły państwa i upodobnienia się do bardziej zamożnych państw zachodniej Europy. Uważał, że państwo powinno wziąć na siebie ciężar inwestycji publicznych, być inicjatorem i katalizatorem tych przemian. Jego zdaniem coś takiego, jak automatyczny rozwój nie istnieje i podążanie ścieżką leseferyzmu, za Francją i Wielką Brytanią, będzie oznaczało dla Polski utrwalanie się zacofania. Lubecki uważał zatem, że aby upodobnić się do krajów zachodniej Europy, Polska powinna paradoksalnie stosować inną politykę niż te kraje.

Rozpoczął więc proces państwowej akumulacji kapitału, pierwszej dużej akumulacji w naszej historii. Poprzez system podatkowy zebrał w budżecie spore oszczędności, które wykorzystał do wielkiego wysiłku inwestycyjnego. Powstały duże kopalnie i huty, zwłaszcza w Zagłębiu Staropolskim i Dąbrowskim.

Lubecki stworzył Bank Polski, który byłe nie tylko emitentem pieniądza i źródłem kredytu, lecz również inwestorem. Żaden z polskich finansistów, którzy zajmowali się wówczas głównie handlem, nie był w stanie podjąć ryzyka inwestycji w przemysł. Etatyzm poprzez lokowanie zamówień w sektorze prywatnym przekonywał do industrializacji prywatnych przedsiębiorców.

Pierwsza próba skoku przemysłowego miała swoje wady. W latach 40. i 50. XIX w. wszystkie państwowe zakłady upadły, bo były mało efektywne. Wynikało to z rosnącej biurokracji, korupcji, nepotyzmu. Drogie produkty przegrywały konkurencję na polskim rynku (np. budowana wówczas kolej warszawsko-wiedeńska powstawała z materiałów importowanych). Co więcej, budując przemysł i inwestując w podaż, nie udało się polskiemu rządowi wytworzyć odpowiedniego popytu. Duża część społeczeństwa żyła w biedzie, pozostawała praktycznie poza gospodarką towarowo-pieniężną. W dodatku inne gałęzie gospodarki rozwijały się słabiej, co również ograniczało popyt wewnętrzny.

Wybudowane zakłady wykorzystywały często tylko kilkanaście procent swojego potencjału. Utrzymywały się z publicznych dotacji, pośrednio przez zamówienia ze strony innych części państwowego przemysłu. W opinii współczesnych doszło wówczas do marnotrawstwa olbrzymiej sumy pieniędzy.

Jak ocenia Jerzy Jedlicki, który w książce pod znamiennym tytułem „Nieudana próba kapitalistycznej industrializacji” (słowo „kapitalistycznej” zostało dodane wyłącznie na życzenie komunistycznej cenzury) analizował wyniki ekonomiczne tych inwestycji. „Biorąc pod uwagę efektywność włożonych środków, polski eksperyment etatystyczny w XIX wieku był wyjątkowo kosztowny. Co więcej, z punktu widzenia wzrostu gospodarczego Królestwa okazał się eksperymentem nieskutecznym. Państwowa akcja inwestycyjna w przemyśle ciężkim i etatystyczna administracja nie spowodowały w Królestwie rewolucji przemysłowej” – pisał.

Polityka Lubeckiego ostatecznie poniosła zatem klęskę. Rozwój przemysłu w Polsce pod koniec XIX w. (którego symbolem była Łódź) nie był kontynuacją zrywu przemysłowego z lat 1815–1842 odbywał się już w dużej mierze w oparciu o kapitał zagraniczny, któremu stworzono cieplarniane warunki w postaci protekcyjnej polityki państwa. Otwarty rynek zbytu na wschodzie, w Rosji, tworzył duże możliwości zarobków dla przemysłowców.

Sto lat po próbie Lubeckiego, w latach 30-tych XX wieku, minister skarbu II RP Eugeniusz Kwiatkowski podjął wielką próbę budowy państwowego przemysłu. Jego plan czteroletni był próbą neutralizacji negatywnych konsekwencji wielkiego kryzysu, ale także stawiał sobie za cel wyprowadzenie Polski z zacofania względem Europy Zachodniej.

– Fakt, że pozostaliśmy znacznie w tyle wyścigu pracy narodów, jest u nas dość powszechnie uświadamiany. Nikt u nas nie może uwolnić się od uczucia szczególnej depresji psychicznej, gdy przegląda się, kartka za kartką, liczby porównawcze w naszym roczniku statystycznym – dowodził w Sejmie Kwiatkowski. Inny minister polskiego rządu deklarował z kolei, że „jednym z zasadniczych celów polskiej polityki gospodarczej jest uprzemysłowienie kraju w najszerszym ujęciu.

Poprzez politykę oszczędności w administracji, dywidendy z przedsiębiorstw państwowych oraz kredytów zaciągniętych w kraju i za granicą Kwiatkowski zebrał około 1,8 mld zł. Inwestycje zostały skierowane w rozwój przemysłu obronnego. Centralny Okręg Przemysłowy (COP) dał pracę 100 tys. ludzi (około 20 proc. ogólnej sumy bezrobotnych na tym obszarze).

Trudno ocenić efektywność inwestycji planu Kwiatkowskiego, gdyż nim został ukończony, wybuchła wojna. Dzisiaj te inwestycje przedstawia się jako dowód potęgi i skuteczności II RP. W rzeczywistości nie było jednak tak dobrze. Z ostatnich badań wynika, że efektywność inwestycji była stosunkowo niska. Ich koszty były wyższe, niż przewidywano, a prowadzono je kosztem narastającego zadłużenia zagranicznego. Jak oceniają historycy, u źródeł niskiej efektywności tych projektów leżał, podobnie jak w przypadku o 100 lat starszych projektów Lubeckiego, wynikający z powszechnej biedy brak popytu wewnętrznego. Do tego dochodziły słabości zarządzania tymi zakładami przez administrację państwową.

Wbrew pozorom, powojenna polityka Polski Ludowej nie była całkiem nowa i obca – pod wieloma względami kontynuowała politykę przedwojenną. Było to kolejne wcielenie marzenia o rozwoju polskiego przemysłu. Komunistom udało się – wielkim kosztem społecznym – przekształcić Polskę w kraj uprzemysłowiony i zurbanizowany, ale przemysł, jaki stworzyli, był nieefektywny i mało konkurencyjny w stosunku do zagranicy. Centralnie sterowana gospodarka powielała znane już z przeszłości niedomagania państwowego zarządzania przedsiębiorstwami. Finałem PRL-owskiej industrializacji była głęboka stagnacja w latach 80. XX w. i bankructwo wielu przedsiębiorstw zaraz po 1989 roku.

Ciekawe, że druga połowa XX w. przyniosła w wielkiej mierze powtórzenie schematu z wieku XIX. Najpierw państwo stara się usilnie stworzyć silny krajowy sektor przemysłowy, to się nie udaje, ale później inwestorzy z sektora prywatnego przejmują pałeczkę i rozwijają efektywne firmy produkcyjne. Jest to proces o innych uwarunkowaniach, ale nad powtarzalną przewagą industrializacji prywatnej nad państwową trudno przejść do porządku dziennego.

>>> Czytaj też: Ostatni rozdział industrializacji. Czy nastąpi jeszcze kiedyś globalny boom gospodarczy?

Ostrożnie z wielkimi planami

– Uważamy, że rząd nie może odgrywać roli stróża, ale powinien być katalizatorem pozytywnych zmian gospodarczych – opowiadał Paweł Szałamacha.

Największe próby budowy przemysłu przez państwo w przeszłości nie doprowadziły jednak do powstania efektywnej, konkurencyjnej gospodarki. Polityka przemysłowa nie zbudowała konkurencyjnych przedsiębiorstw i nie pobudziła prywatnych, konkurencyjnych inicjatyw przemysłowych. Próby industrializacji nie dały Polsce przewagi konkurencyjnej, nie stworzyły skutecznych sposobów pomnażana kapitałów.

Nie oznacza to, że te inwestycje były bezużyteczne. Polska mimo wszystko awansowała z pozycji kraju rolniczego, jaką zajmowała na przełomie XVIII i XIX wieku, do grona krajów uprzemysłowionych (co się nie udało wielu ubogim krajom na świecie). Poprzez inwestycje unowocześniano państwo, budowano infrastrukturę, tworzono miejsca pracy, szkolono wykwalifikowanych robotników, rozbudowano miasta. Nie chodzi o to, by przekreślić starania pokoleń polityków walczących o industrializację, trzeba jednak pamiętać, że to wszystko były efekty wtórne, które pojawiały się bez względu na efektywność samych inwestycji. Państwu nie udało się natomiast stworzyć efektywnych firm zdolnych prowadzić działalność na globalnych rynkach.

Wydaje się, że budowa po 1989 roku „państwa-stróża”, które wycofuje się z aktywnej roli w gospodarce, pozostawiając ją w rękach wolnego rynku i prywatnego kapitału, wynikała z wniosków, jakich dostarczały wcześniejsze próby zaangażowania państwa w gospodarkę. Nie tylko próby PRL-u, również wcześniejsze. Polska posiada długą historię nieudanych polityk etatystycznych. Warto o tym pamiętać zastanawiając się nad nową polityką przemysłową. Możliwe, że jesteśmy na etapie, na którym państwo będzie w stanie prowadzić bardziej inteligentną politykę przemysłową, lecz takie próby należy podejmować niezwykle ostrożnie.