Transformacja energetyczna (Energiewende), czyli zastąpienie produkcji energii ze źródeł konwencjonalnych energetyką odnawialną (z całkowitym odejściem od kopalin włącznie) jest okrętem flagowym niemieckiej polityki gospodarczej. Ukształtowała się ona na fali wielkich debat związanych z kryzysem energetycznym lat 70. XX w. oraz zmianami klimatu, chociaż tak naprawdę ram prawnych nabrała dopiero w 2010 roku. Zaraz potem spotkało ją pierwsze wielkie wyzwanie, czyli katastrofa elektrowni jądrowej w Fukushimie, co spowodowało przyśpieszenie decyzji o odejściu od energetyki atomowej. O ile wiele mówi się o sukcesach związanych ze wzrostem udziału odnawialnych źródeł energii (OZE) w bilansie energetycznym Niemiec, to nieco wstydliwym milczeniem pomija się bardzo istotną kwestię: kto za to płaci?

Bujny rozwój OZE zaczął się w Niemczech znacznie wcześniej, niż w 2010 roku. Od początku istniały także wątpliwości co do sposobu jej finansowania. Pierwotna ustawa o energii odnawialnej z 2000 roku wprowadziła specjalną opłatę na pokrywanie różnicy między ustawowo gwarantowanymi cenami energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych a cenami giełdowymi. Ponieważ ceny za energię odnawialną są dużo wyższe, gwarantują wysokie zyski z tego typu inwestycji i powodują ich popularność.

Pojawia się zatem nadpodaż energii w systemie, co powoduje spadek cen giełdowych. A ponieważ ceny gwarantowane źródłom odnawialnym pozostają wysokie, wartość dopłat do „zielonej energii” rośnie. Do tego dochodzi stały problem efektywności źródeł odnawialnych. W niemieckim systemie elektroenergetycznym stanowią one mniej więcej 50 proc. zainstalowanej mocy, przy zaledwie 25 proc. wielkości produkcji.

Dopłaty te, zwane po niemiecku EEG-Umlage, są pokrywane przez konsumentów energii, ale w sposób bardzo nierównomierny. Ustawa o energetyce odnawialnej stanowi, że konsumenci energii o zużyciu energii wyższym niż 1 gigawatogodzinę (gWh) rocznie są w dużej mierze z tej opłaty zwolnieni. Za zużycie między 1 a 10 gWh rocznie płacą tylko 10 proc. opłaty, między 10 a 100 gWh rocznie – 1 proc., a powyżej – zaledwie 0,05 eurocenta za kilowatogodzinę (kWh). W efekcie okazuje się, że pełną stawkę opłaty obciążeni są wyłącznie drobni przedsiębiorcy i odbiorcy indywidualni.

Ma to kolosalny wpływ na strukturę opłat i wysokość rachunków za prąd w Niemczech. Od momentu uchwalenia ustawy o energetyce odnawialnej, wysokość rachunków przeciętnego gospodarstwa domowego w Niemczech i cena kilowatogodziny wzrosły o ponad 100 proc. W roku 2000 przeciętny miesięczny rachunek za prąd wynosił 40,66 euro, w sierpniu 2015 roku – już 83,76 euro. Z kolei cena jednej kilowatogodziny wzrosła z 13,94 eurocenta za 1 kWh, do 28,72 eurocenta. Zarazem ponad 50 proc. tych opłat stanowią podatki i inne opłaty, niezwiązane bezpośrednio z wytwarzaniem energii i przesyłem.

Zupełnie inaczej przedstawia się sytuacja przemysłu. Uśrednione ceny dla przedsiębiorstw o poborze prądu kształtującym się między 160 megawatogodzin (mWh) a 20 gWh przez cały czas od wprowadzenia ustawy wynosiły mniej więcej 50 proc. wartości cen dla gospodarstw domowych, choć dynamika ich wzrostu w ostatnich latach była większa.

Jeszcze mniej płacą najwięksi odbiorcy. Dla przedziału 70-150 gWh poboru mocy rocznie stawki kształtują się w 2015 roku na poziomie tylko 10,12 eurocenta za kWh – czyli jednej trzeciej sum jakie płacą odbiorcy indywidualni.

Na koniec, warto przyjrzeć się wielkości dopłat na wsparcie energetyki odnawialnej. W roku 2000 kształtowały się one na poziomie 0,9 mld euro. W roku 2014 wyniosły 33,0 mld euro, szacuje się, że w tym roku osiągną prawdopodobnie poziom 32,3 mld euro. Znakomitą część tych wydatków ponoszą niemieccy odbiorcy indywidualni.

Z punktu widzenia teorii ekonomii, powyższy przypadek jest niezwykle frapujący. Zwolennicy OZE argumentują, że wobec wyższej potrzeby (ochrona klimatu), niemieckie społeczeństwo gotowe jest ponosić dodatkowe koszty (choć chyba w coraz mniejszym stopniu). Pozostaje pytanie o intencje i wpływ perswazji na społeczeństwo jednego, nie najludniejszego przecież państwa świata, które uwierzyło, że jego sposób produkcji energii może wpłynąć na klimat całej planety.

Patrząc z innej perspektywy – koszt transformacji energetycznej mierzony jako cena zakupu kilowatogodziny energii elektrycznej, został niemal w całości przetransferowany do gospodarstw domowych. Niemieckie społeczeństwo w istocie finansuje wielkim koncernom część ich kosztów produkcji poprzez dopłaty do cen energii elektrycznej po to, aby ich produkcja pozostawała konkurencyjna na rynkach międzynarodowych. Dotuje zatem niemiecki eksport i ekspansję gospodarczą swego państwa, co przynosi wiele niezbyt wesołych paralel historycznych do okresu przez I i II wojną światową.

No i wreszcie kwestia cen energii w Polsce. Wprowadzenie Rynkowej Rezerwy Stabilizacyjnej, która podniesie koszty emisji CO2, a zatem także ceny energii, w efekcie zmniejszy konkurencyjność produkcji energii ze źródeł węglowych. Odegra bardzo zbliżony lub taki sam efekt, jak subsydiowanie inwestycji i produkcji energii ze źródeł odnawialnych, nie poprzez obniżanie ceny energii z OZE, a poprzez podniesienie ceny prądu produkowanego z węgla, być może nawet dwukrotnie. Dla niezbyt konkurencyjnego polskiego eksportu może to być poważny koszt. Otwarte pozostaje pytanie, czy polskie społeczeństwo zgodzi się go ponieść w imieniu konkurencyjności przemysłu tak, jak to się stało w Niemczech.

Autor pracuje w Instytucie Stosunków Międzynarodowych i Zrównoważonego Rozwoju Collegium Civitas.