Wniosek jest taki, że chociaż świat przez cały ten okres się bogacił, to szczególnie w ciągu dwóch ostatnich dekad stało się coś wyjątkowego i bardzo dobrego.

Zwróćmy uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze, zmalała liczba osób żyjących w skrajnym ubóstwie. Po drugie, światowa dystrybucja dochodów wyrównała się.

Bogate kraje często definiują ubóstwo we względnych kategoriach. Możemy na przykład nazwać „biednym” kogoś, kto znajduje się w grupie 20 proc. osób o najniższych dochodach. Ludzie znajdujący się w relatywnym ubóstwie nie będą mogli pozwolić sobie na luksusy, które są czymś pospolitym wśród przedstawicieli klasy średniej i średniej wyższej. Dzisiaj może to oznaczać wielki TV, nowy samochód, mieszkanie w dobrej lokalizacji albo edukację na elitarnym uniwersytecie. Nazywamy ten stan rzeczy „ubóstwem”, ponieważ niższy poziom konsumpcji utożsamia się często z niskim statusem społecznym, powodem do wstydu i poczucia porażki oraz ograniczonym wpływem politycznym.

Zapominamy jednak często, że istniej inny, starszy i o wiele okropniejszy rodzaj ubóstwa. „Skrajne ubóstwo” to życie za mniej niż 2 dol. dziennie, czyli coś co kojarzy nam się z dziećmi z nabrzmiałymi brzuchami, szczękającymi zębami w nieogrzewanych pomieszczeniach zimą, szkodliwymi i śmiertelnymi infekcjami a także ściekami spływającymi po ulicach. Życie zredukowane do zwierzęcej egzystencji. Ten rodzaj ubóstwa został praktycznie wytępiony w rozwiniętym świecie - w miejscach takich jak USA, państwa UE, Japonia albo Korea Południowa jedynie chorzy psychicznie, którzy nie są w stanie ubiegać się o rządowe świadczenia lub nielegalni imigranci, którzy boją się deportacji, mogą być zagrożeni skrajnym ubóstwem.

Z drugiej strony, świat pracował przez długi czas pod presją skrajnego ubóstwa. Przez większą część ludzkiej historii było to częścią codziennej rutyny prawie dla każdego na świecie. W 1820 roku, czyli u zarania rewolucji przemysłowej, 94 proc. ludzkości nadal żyło poniżej dziennej kwoty, będącej ekwiwalentem dzisiejszych 2 dol. Zaczęło się to zmieniać wraz z nadejściem nowych technologii. Jednak wojny, kolonializm, wysokie wskaźniki urodzeń oraz wolne tempo rozprzestrzeniania się technologii oraz sprawnych instytucji ograniczały tempo redukcji biedy. Mimo to, w 1970 roku wskaźnik skrajnego ubóstwa spadł do 60 proc.

>>> Polecamy: Polska awansowała w prestiżowym rankingu. Najwyższe miejsce w historii

Potem spadek ubóstwa był już lawinowy. Maleją też nierówności. Na początku lat 90., chociaż było znacznie mniej ludzi ubogich, globalny podział dochodu nadal pozostawał nierówny. Wykorzystując dane zgromadzone przez ekonomistów Christopha Laknera oraz Branko Milanovicia Roser przedstawił globalny podział dochodów w 1993 roku według regionów:

Jak widzimy na powyższym wykresie, na początku lat 90. świat nadal dzielił się głównie na dwie odseparowane od siebie grupy. Na jednym krańcu znajdowały się rozwinięte kraje Ameryki Północnej, Europy oraz Pacyfiku. Z kolei na drugim znajdowała się olbrzymia masa ludzi z Azji Wschodniej, Południowej i Afryki.

Później wszystko jednak zaczęło się zmieniać. Podczas gdy świat nadal bogacił się, wraz z rozwojem industrializacji rosła potęga Chin. Do 2011 roku kraj ten zasypał znaczną część luki w „środkowej” części dochodów:

Dzisiejszy świat posiada solidną klasę średnią. Zawiera ona Chiny, część krajów Ameryki Łacińskiej, Bliskiego Wschodu oraz byłego komunistycznego bloku. Jednak ta grupa składa się w dużej mierze z państw, których gospodarki opierają się o surowce naturalne. Drapieżna industrializacja Chin mocno pobudziła inne kraje z tego grona. Państwo Środka zdefiniowało nowy model państwa, budującego globalną klasę średnią.

Jednak dystrybucja światowego dochodu nadal nie formuje się w krzywą w kształcie „dzwonu”. Aby tak się stało Indie – drugi super olbrzymi kraj – musiałyby przyłączyć się do „zabawy”. Wykresy Rosera naprawdę uświadamiają nam, jak duża część światowej populacji żyje w tym państwie i w Chinach. Drugi z tych krajów osiągnął już dochodową średnią, jednak pierwszy wlecze się daleko za nim.

Innymi słowy, przyszłość globalnej dystrybucji dochodów zależy od Indii. Kraj ten musi zrobić jeszcze wiele rzeczy, by dołączyć do „klasy średniej”. Powinien poprawić infrastrukturę oraz edukację. Powinien wdrożyć dobry rząd oraz ograniczyć szkodliwą korupcję. Musi przyciągać zagraniczne inwestycje, a także uczynić priorytetem wzrost gospodarczy. Jednocześnie musi ograniczyć zużycie węgla, aby wspomóc świat w walce z globalnym ociepleniem.

Są to trudne zadania. Premier Narendra Modi nie był w stanie jak dotąd wprowadzić daleko idących reform. Jednak zarówno on, jak też inni krajowi liderzy powinni nadal próbować. Postkolonialny świat jest wciąż bardzo niesprawiedliwy, a jedynym krajem który może zmienić ten stan rzeczy są Indie.

>>> Czytaj też: Był symbolem naftowego bogactwa, teraz topnieje. Strata norweskiego funduszu największa od lat