Dla porównania w tym samym czasie wynagrodzenia Tajwańczyków wzrosły jedynie o kilkanaście procent. Efekt? Nieruchomości stały się bardzo trudno dostępne dla przeciętnego obywatela. Aby kupić metr mieszkania w stolicy trzeba odkładać każdego zarobionego tajwańskiego dolara przynajmniej przez kilka miesięcy.

Gdyby tego było mało, oliwy do ognia dolewały niskie stopy procentowe, które także dziś pozwalają zaciągać tani dług. W sierpniu br. oprocentowanie kredytu hipotecznego na Tajwanie było szacowane na niecałe 2%, podczas gdy w 2010 roku było to 1,7%. Niskie oprocentowanie długu stymulowało spekulacyjne zakupy nieruchomości w tym azjatyckim kraju. Na popyt na najdroższe nieruchomości wpłynęła też zmiana prawa. W 2009 roku zmniejszono opodatkowanie z tytułu dziedziczenia nieruchomości z 50 do 10% ich wartości.
Stan ten był na tyle alarmujący, że rząd postanowił schłodzić rynek i stanąć na drodze spekulantom. Wprowadzono więc znacznie wyższy podatek od zysków ze sprzedaży nieruchomości. Po 1 stycznia 2016 r. trzeba będzie oddać fiskusowi od 15 do 45% zysku ze sprzedaży. Efekt? Już w drugim kwartale br. ceny nieruchomości były w Tajpej o 6,6% niższe niż rok wcześniej. Podczas gdy w 2014 roku analogiczny wskaźnik sugerował wzrosty o 5,9%, a w 2013 roku o 11,5%. Znacznie mniej zawiera się też obecnie transakcji. We wrześniu br. ich liczba (2,4 tys. w Tajpej) była najniższym wrześniowym wynikiem od 14 lat.

Co przyniesie przyszłość? Przez najbliższe dwa lata ceny nieruchomości będą na Tajwanie spadały o około 5-10% rocznie – sugeruje Taiwan Ratings. Analitycy Jones Land LaSalle dodają ponadto, że zarówno liczba rozpoczynanych budów, jak i liczba zawieranych transakcji, będą w najbliższym czasie malały. Winne nie są tylko rządowe regulacje, ale też gorsze wyniki gospodarki.

>>> Czytaj też: Struś pędziwiatr i kojot wpadają w przepaść, czyli rynek nieruchomości w Hongkongu