Kursy na prawo jazdy są obecnie oderwane od rzeczywistości. Najpierw przez 30 godzin człowiek szuka odpowiedzi na idiotyczne pytania w rodzaju: „Czy jadąc przez wieś, można wyprzedzić zaprzęg konny”, a przez następne 10 godzin uczy się parkowania tyłem na parkingu przed Biedronką. Później – gdy się już z niego wyjedzie – przychodzi czas na najtrudniejszą, bolesną dla wszystkich, 20-godzinną lekcję: „Jak zatamować ruch w szczycie w ścisłym centrum miasta”. Za każdym razem, gdy widzę samochód z literką „L” na dachu, odnoszę wrażenie, że to skrót od słowa „Litości!!!”. Mam jednak pewien pomysł, jak to zmienić...

W czasach, gdy samochody mają automatyczne skrzynie biegów, same hamują, parkują, planują za nas drogę, rozpoznają znaki drogowe i oplecione są siecią procesorów i kabli gęstszą niż wahadłowiec Enterprise, szkolenie powinno obejmować inne rzeczy. Z moich codziennych doświadczeń wynika, że w pierwszej kolejności należy wprowadzić lekcje ze zmieniania pasa ruchu na autostradzie bez użycia kierunkowskazu przy jednoczesnym konsultowaniu menu niedzielnego obiadu z żoną za pomocą telefonu trzymanego przy uchu.

Przy tym kolejne lekcje wydają się pestką:

– kierowanie kolanami w czasie, gdy w jednej ręce trzyma się hot-doga, a drugą usuwa ketchup z koszuli;

– zmiana biegu z piątki na szóstkę lewą dłonią, w chwili gdy prawą odpisuje się na SMS-a;

– wykonanie smartfonem zdjęcia zachmurzonego nieba nad obwodnicą, nałożenie na niego filtra, zamieszczenie na FB wraz z opisem, oznaczeniem miejsca, przynajmniej piątki znajomych i minimum siedmiu tagów. A wszystko to przy 140 km/h;

– podjechanie do zderzaka poprzedzającego pojazdu na odległość szerokości włosa;

– awaryjne hamowanie w przypadku wylania sobie na krocze kubka gorącej kawy;

– karmienie butelką dziecka siedzącego na tylnej kanapie przy jednoczesnym wykonywaniu makijażu i omijaniu korka bus-pasem.

Z tego, co zdążyłem zaobserwować na drogach, wszystkie te czynności można z powodzeniem wykonywać w każdym samochodzie, bez względu na jego markę, model, kolor, moc czy liczbę kół. W każdym, oprócz audi RS3. Owszem, ma ono automatyczną skrzynię biegów i zaawansowane systemy bezpieczeństwa. Ma nawet lusterka w osłonach przeciwsłonecznych i praktyczne uchwyty na kubki z kawą. Ale wierzcie mi – nigdy z nich nie skorzystacie. Szczerze mówiąc, nawet o tym nie pomyślicie. Bo to nie jest normalny samochód...

Nie w tym sensie, że nie da się nim normalnie jeździć. Przeciwnie – okazał się całkiem cichy, komfortowy i spalał tylko 8 litrów benzyny (na autostradzie). Sęk w tym, że mieć RS3 i jeździć nim spokojnie, to jak wybrać się do Disneylandu i skorzystać w nim wyłącznie z toalety. Bez sensu. Więcej – to niewykonalne. Bo audi jest cholernie prowokujące. W zasadzie cały czas zdaje się krzyczeć: „Ciśnij! Chcę więcej! Więcej mocy, więcej prędkości, więcej czadu!!!”. Przez to nie odpuszczacie ani na chwilę. Kręcicie silnik tak, żeby posłuchać, jak wszystkie 367 koni ryczy, jakby właśnie były żywcem przepuszczane przez maszynkę do mięsa. Często redukujecie bieg, by charakterystycznymi strzałami z wydechu wytrącić z równowagi innych kierowców. I uśmiechacie się przy tym tak, jakby ktoś żyletkami poprzecinał wam kąciki ust.

W katalogu Niemcy napisali, że przyspieszenie do setki wynosi 4,3 sekundy, a prędkość maksymalna nawet 280 km/h. Jednak te liczby nie są w stanie opisać wrażeń, jakich dostarcza to auto. Im więcej z niego wykrzesacie, tym więcej będziecie oczekiwać. Wchodzicie w zakręt z irracjonalnie – jak się wam wydaje – wysoką prędkością, a RS3 przejeżdża go tak, jakby jego opony pokryte były superszybkowiążącym klejem, nie gumą. Całkiem możliwe, że gdyby Isaac Newton i Albert Einstein wsiedli do RS3, to zweryfikowaliby zasady dynamiki i grawitacji. Bo ten samochód zdaje się łamać prawa fizyki. A przypominam, że mamy do czynienia ze zwykłym czterodrzwiowym, całkiem komfortowym kompaktem z przyzwoitym bagażnikiem.

Jeżdżąc RS3, cieszyłem się jak małe dziecko i autentycznie zapragnąłem go mieć. Przez chwilę pomyślałem nawet, że mógłbym wydać na niego 200 tys. zł. Ale później zerknąłem do cennika i okazało się, że najtańsza wersja kosztuje prawie 260 tys. zł, zaś ta, którą testowałem, grubo powyżej 300 tys. zł. Przykro mi, ale nie znam nikogo skłonnego powiedzieć: „O, jakie fajne kompaktowe podrasowane A3 za przyzwoite pieniądze!”. Innymi słowy, nie znam żadnego idioty. Bo za taką sumę można mieć nowe porsche Cayman S. Albo Lexusa RC F. Albo dwa i pół citroena DS3 Racing, który – jeżeli chodzi o dziecięcą radość z jazdy – jest niemal tak dobry, jak audi.

Owszem, topowy DS3 ma dużo słabszy silnik niż RS3 (207 koni), dużo gorzej się prowadzi, brzmi raczej jak odkurzacz, a fotela kierowcy nie da się tu opuścić na tyle nisko, by pozbyć się uczucia siedzenia na wielbłądzie. A jednak to małe francuskie pudełeczko o fantazyjnych kształtach, ciekawej kolorystyce i z prowokacyjnymi wyścigowymi napisami tu i ówdzie po prostu mnie urzekło. Czułem się w nim jak pięciolatek, któremu udało się wykiwać rodziców, obejść ochronę i zabarykadować się na całą noc w Smyku. Czułem się wspaniale. I zupełnie nie przeszkadzało mi nawet to, że nie było ani jednego uchwytu na kawę – po prostu nie był mi potrzebny. Bo to rzadki już rodzaj samochodu, w którym nie myślicie o niczym innym, jak tylko o prowadzeniu. Nie odbieracie telefonów, nie pijecie kawy, nie piszecie SMS-ów, nie poprawiacie makijażu, tylko skupiacie się na tym, by wycisnąć z niego i z siebie siódme poty. Doskonalicie się na każdym rondzie, każdym zakręcie, każdej prostej. I właśnie dlatego jest to bardzo bezpieczny samochód. ©

>>> Polecamy: Polska zostanie wyrzucona ze strefy Schengen?