W piątek po południu „The Wall Street Journal”, powołując się na informacje z Ludowego Banku Chin (PBOC), napisał, że władze w Pekinie zamierzają osłabiać powiązanie juana (CNY) z dolarem amerykańskim (USD). Kurs chińskiej waluty ma być uzależniony od koszyka głównych walut, wchodzących w skład wymiany handlowej Państwa Środka (indeks juana).

Informacja zauważalnie pogłębiła przecenę na rynkach kapitałowych i negatywnie wpłynęła na notowania ropy naftowej, w obawie o powtórzenie się sytuacji z sierpnia br. Wtedy ruchy na juanie spowodowały ponad 10 proc. spadek amerykańskiego indeksu giełdowego S&P500. Między innymi z tego powodu również Rezerwa Federalna zrezygnowała z wrześniowego podniesienia stóp procentowych w USA.

Sierpniowe obawy rynków brały się głównie z tego, że dewaluacja ma służyć przede wszystkim poprawie konkurencyjności chińskich towarów. Spekulowano też, że ruch Pekinu może oznaczać, iż perspektywy rozwoju chińskiej gospodarki mogą być gorsze, niż się powszechnie uważa, a słabsza waluta ma wspomagać wzrost PKB. To dodatkowo negatywnie wpływało na wycenę walut rynków wschodzących oraz tych uzależnionych od eksportu surowców.

>>> Czytaj też: Wielkie zmiany w Chinach. Czy transformacja pogrąży Pekin?

Czy to rzeczywiście taka zła informacja?

Warto jednak się zastanowić, czy zmiana w podejściu do wyceny juana będzie miała rzeczywiście negatywne konsekwencje w przyszłości. Uzależnienie kursu juana od dolara jest ryzykowne. Widać to w ostatnich kwartałach. Poważne wzmocnienie dolara amerykańskiego na rynkach globalnych powodowało, że również chińska waluta w znacznym stopniu musiała podążać za tym ruchem. Działo się tak, mimo że według informacji PBOC chińska wymiana towarowa z USA stanowi jedynie 26 proc. całości handlu zagranicznego.

W rezultacie według Bank for International Settlements (BIS) od połowy 2014 r. koszyk juana zyskał na wartości 13 proc. To może powodować dość szybką utratę konkurencyjności chińskich towarów, zwłaszcza w relacji do konkurentów z Azji.

Niewykluczone też, że jeżeli PBOC utrzymywałby sztywny kurs USD/CNY, wtedy ta sytuacja mogłaby się pogłębiać ze względu na oczekiwane podnoszenie stóp procentowych w USA i wzrost wartości dolara amerykańskiego. W pewnym momencie inwestorzy zaczęliby również wątpić w możliwość utrzymania tej strategii. To powodowałoby odpływ kapitału zagranicznego i konieczność agresywnego korzystania z rezerw walutowych przez PBOC. Na koniec jednak i tak mogłoby to doprowadzić do dewaluacji juana zdecydowanie bardziej gwałtowne, niż ma to miejsce obecnie.

Jak mogą wyglądać najbliższe tygodnie?

PBOC w oficjalnym komunikacie publikowanym na swojej stronie internetowej twierdzi, że momentem startowym dla indeksu juana jest początek 2015 r. i poziom 100 punktów. Na dzień 30 listopada br. indeks juana wzrósł, według informacji PBOC, o 2.93 proc. do poziomu 102.93 punktu. Wydaje się, że sam wybór punktu startowego dla indeksu nie jest przypadkowy.

Gdyby za moment początkowy uznano koniec 2013 r. lub - jak to robi BIS - 2010 r., wtedy ta różnica wynosiłaby odpowiednio ok. 15 i 25 proc. Mogłoby to sugerować chęć znacznego osłabienia waluty ze strony PBOC. W tym momencie jednak indeks sugeruje, że juan jest przewartościowany o ok. 3 proc. w stosunku do momentu bazowego, czyli 100 punktów.

Bardzo ważne jest również, jak bank centralny będzie komunikował się z rynkiem. Prawdopodobnie nadal wyższe notowania USD/CNY będą powodować obawy o kondycję chińskiej gospodarki oraz spadki na giełdach krajów rozwiniętych. Jeżeli jednak PBOC będzie więcej uwagi poświęcać odpowiedniemu przedstawieniu swoich argumentów, negatywna reakcja na wyższe notowania USD/CNY powinna się zmniejszać, zwłaszcza gdy koszyk juana pozostanie na niezmienionym poziomie.
W dłuższym terminie zmiana strategii walutowej chińskiego banku centralnego powinna zapobiegać napięciom na rynkach, a także redukować globalne ryzyko związane z dalszym oczekiwanym wzrostem wartości dolara po rozpoczęciu cyklu podnoszenia stóp procentowych w USA.

>>> Czytaj też: Mark Mobius: Chiny pozostaną ważną siłą napędzającą globalny wzrost

Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl.