Analizując wartość produktu krajowego brutto Polski wyrażonego w amerykańskich dolarach, nie sposób znaleźć dowody na poparcie tezy, że była ona „zieloną wyspą”. Co więcej, łatwo ulec wrażeniu, że nasza gospodarka nie zdążyła nawet do tej pory podnieść się po potężnym ciosie, jakim był dla niej światowy kryzys finansowy, nadal tkwiąc na wyraźnie niższym poziomie aktywności ekonomicznej niż przed 2008 r.

Obraz sytuacji wyłaniający się z powyższego opisu jest oczywiście dalece niekompletny, a wynikające zeń konkluzje – ułomne. Spadek PKB w przeliczeniu na dolary oraz inne obce waluty nie jest równoznaczny temu, że w Polsce wystąpiła recesja. Import wprawdzie zdrożał, lecz jednocześnie poprawiła się konkurencyjność eksportu. Patrząc z zewnątrz, płace gwałtownie spadły, jednak nie spowodowało to drastycznego obniżenia poziomu życia, gdyż większość kupowanych przez gospodarstwa domowe towarów i usług było wytwarzanych w kraju, a co za tym idzie – wycenianych w złotych. Staliśmy się znacznie tańsi, ale nie tak dużo biedniejsi.

Należące do strefy euro kraje Europy Południowej nie mogły skorzystać ze wspomnianego mechanizmu. Dlatego też stanęły one przed koniecznością poddania się wewnętrznej dewaluacji. To bardzo bolesny proces, gdyż jedynie recesja i wysokie bezrobocie mogą doprowadzić do przełamania naturalnej inercji, jaka cechuje gospodarkę, oraz obniżenia cen i płac.

Deprecjacja krajowej waluty powinna powodować szybszy wzrost cen, jednak w ostatnim czasie towarzyszyła jej deflacja. Wynika to ze spadków cen surowców i żywności na światowych rynkach, które przeważyły nad efektem taniejącego złotego. W konsekwencji spadek cen konsumenckich został jedynie spowolniony, a nie odwrócony. Deflacja jest zazwyczaj postrzegana jako niekorzystna z ekonomicznego punktu widzenia, jednak w tej sytuacji bardziej stabilny kurs polskiej waluty pomógłby jeszcze bardziej wzmocnić pozytywny impuls podażowy wynikający z obniżenia kosztów produkcji i transportu dóbr.

Nie można także zapominać o tym, że złoty nie jest jedyną walutą, która uległa w ostatnim czasie deprecjacji. Za sprawą uruchomienia przez Europejski Bank Centralny programu QE (tzw. luzowania ilościowego), euro również traci na wartości. Z perspektywy polskiej gospodarki, kurs wspólnej europejskiej waluty jest zaś jeszcze ważniejszy od kursu dolara – prawie 80 proc. wartości eksportowanych towarów i usług trafia do krajów Unii Europejskiej, podczas gdy ich udział w naszym imporcie sięga niemal 60 proc.

Nawet prosta analiza współzależności pomiędzy zmianami kursów obcych walut względem złotego a dynamiką cen eksportowanych i importowanych dóbr dostarcza silnych dowodów świadczących o dominującej roli euro w rozliczeniach z zagranicznymi kontrahentami. Zmiany w kosztach importu można w aż ok. 50 proc. wyjaśnić wzrostem lub spadkiem relatywnej wartości euro, podczas gdy w przypadku dolara jest to zaledwie mniej więcej 10 proc. Korelacja pomiędzy kursem amerykańskiej waluty a dynamiką cen eksportu jest jeszcze mniejsza, co potwierdza fakt, iż polskie przedsiębiorstwa znacznie częściej kupują za dolary aniżeli za nie sprzedają.
(infografika DG)

(infografika DG)

Jednym z wyznaczników konkurencyjności eksportu jest wskaźnik noszący nazwę terms of trade. Jego konstrukcja nie jest zanadto złożona – w praktyce jest on równy indeksowi cen eksportu podzielonemu przez indeks cen importu. Zatem im wyższa jest jego wartość, tym sprzedawane zagranicę towary i usługi stają się droższe względem tych dóbr, które sprowadzamy z innych krajów. Dzięki temu możemy wygenerować większą nadwyżkę w handlu zagranicznym lub pomniejszyć jego deficyt. Jeśli pozytywne efekty deprecjacji krajowej waluty przeważają nad jej niekorzystnymi konsekwencjami, powinniśmy zaobserwować wzrost terms of trade.

Jak można było się spodziewać, dynamicznej aprecjacji dolara nie towarzyszyła jak dotąd radykalna poprawa konkurencyjności polskiego sektora eksportowego. W niektórych okresach efekt netto bywał wręcz ujemny. Tymczasem wspomniane już poluzowanie polityki monetarnej przez EBC w pierwszych miesiącach 2015 r. negatywnie odbiło się na terms of trade dla Polski. Później zaczął się uwidaczniać efekt pogorszenia się sentymentu wobec rynków wschodzących, doprowadzając do odwrócenia wcześniejszego trendu oraz ponownego wzrostu wartości wspólnej europejskiej waluty względem złotego. Obecnie kurs euro kształtuje się na poziomie bardzo zbliżonym do tego, jaki można było zaobserwować przed rokiem.

Z punktu widzenia polskiej gospodarki korzystniejsza wydawałaby się odwrotna sytuacja, tj. stosunkowo wysoki kurs euro, za które częściej sprzedajemy, a także relatywnie niski dolara, za którego częściej kupujemy. Rozdźwięk pomiędzy akomodacyjnym nastawieniem EBC, a postawą Fedu, który szykuje się do podwyżek stóp procentowych, sprawia, że realizacja tego scenariusza jest jednak mało prawdopodobna.

Utrzymywanie się wartości złotego na stosunkowo niskim poziomie sprzyja bardziej zrównoważonemu rozwojowi polskiej gospodarki. Jak podaje GUS, w pierwszych trzech kwartałach 2015 roku saldo obrotów towarowych handlu zagranicznego z zagranicą było dodatnie. Dawniej sytuacja, w której bilans handlowy poprawia się w okresie ożywienia gospodarczego była nie do pomyślenia. Istnieje wiele dobrych powodów, by tęsknić za takim boomem, z jakim mieliśmy do czynienia w 2007 r., jednak utrzymywanie deficytu na rachunku obrotów bieżących bilansu płatniczego rzędu 6 proc. PKB nie byłoby możliwe na dłuższą metę. W pewnym momencie rozwój gospodarczy musi zacząć opierać się w większym stopniu na krajowych oszczędnościach.

Nie oznacza to, że permanentna słabość krajowej waluty względem dolara, euro, czy franka szwajcarskiego nie niesie ze sobą poważnych kosztów. Choć uwzględnienie parytetu siły nabywczej przynosi pewne pocieszenie, nie zmienia to faktu, że w konsekwencji – dla przykładu – polski rząd stać na zakup mniejszej liczby zagranicznych śmigłowców bojowych, podczas gdy polscy konsumenci mają ograniczone możliwości podróżowania po świecie, a na Boże Narodzenie pod ich choinkami znajdzie się mniej elektronicznych gadżetów.

Autor jest doktorantem w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie oraz ekspertem ekonomicznym organizacji Pracodawcy RP.