Czy polska gospodarka nadal jest „zieloną wyspą”?

Obserwując to, co działo się z naszą gospodarką w ostatnich latach, można powiedzieć, że jest ona już na tyle silnie związana z europejską, że jej oderwanie od rytmu, w jakim porusza się Stary Kontynent, nie wydaje się możliwe. Rośniemy i zwalniamy wraz z nim. Jest jedna różnica: kiedy Europa zalicza recesję – jak to było w roku 2009 i w latach 2012–2013 – my na szczęście zaliczamy tylko spowolnienie. Rośniemy nadal, tylko tempo wzrostu jest ograniczone.

Dlaczego?

To charakterystyczne dla gospodarki doganiającej. Polski konsument nie chce rezygnować z osiągniętego poziomu konsumpcji. Po 50 latach postu, jakiego doświadczył w latach 1939–1989, teraz, jak już może konsumować, to raczej zmniejszy oszczędności i się zadłuży, ale z konsumpcji nie zrezygnuje. Jej dynamika jest relatywnie silna, nie spada tak, jak w Europie. Druga sprawa: mamy niezwykle dynamiczny eksport. Gospodarka polska przeobraziła się w ostatnich latach w gospodarkę nadwyżkową – czyli taką, która jest w stanie więcej wyeksportować niż sprowadzić do kraju. W efekcie eksport netto też nam podbija wzrost. Poza tym do 2012 r. dużą rolę odgrywały też inwestycje publiczne wspierane środkami unijnymi.

Na ile uniknięcie recesji było spowodowanie czynnikami niezależnymi od rządu, a na ile wynikało ze świadomej polityki gospodarczej państwa?

Do świadomych decyzji można zaliczyć np. tę z grudnia 2009 r. o przyspieszeniu wykorzystania środków z Unii za cenę większego zadłużania się. Trwało to do połowy 2012 r. Inwestycje były mocnym motorem wzrostu.

W jakim punkcie teraz znajduje się polska gospodarka?

W bardzo ciekawym. Mamy wzrost zbliżony do 3,5 proc. PKB, wzrost powyżej 3 proc. utrzymuje się od siedmiu kwartałów. To jest tempo niższe od średniej wieloletniej, która przekraczała 4 proc. Podobnie jest w strefie euro, gdzie nie udało się wrócić do dynamiki z lat 2005–2007. Mamy specyficzną sytuację: nie ma recesji w Europie, w Polsce wyszliśmy z fazy spowolnienia, ale nie weszliśmy w fazę ekspansji na tyle silnej, by przypominała poprzednie okresy przyspieszonego wzrostu w ramach cyklu koniunkturalnego.

Z drugiej strony nasza gospodarka na tyle się zmieniła, że teraz nawet tempo 3,5-proc. generuje nowe miejsca pracy. Przez długi czas panowało przekonanie, że dzieje się to dopiero przy wzroście powyżej 4 proc. Do 2004 r. było potrzeba wzrostu zdecydowanie powyżej 4,5 proc., by powstawały nowe etaty. Taka prawidłowość już nie występuje. W tej chwili przy zmieniającej się strukturze kapitału rzeczowego i przy postępie technicznym, pojawianiu się nowych obszarów działalności już ten mniejszy wzrost generuje zatrudnienie. Od 2010 do 2013 r. likwidacji ulegało maksymalnie około 450 tys. miejsc pracy rocznie, ale nowo utworzonych było około 600 tys. (nadwyżka nowo utworzonych miejsc pracy wynosiła 150 tys.). A w 2014 r. zlikwidowanych zostało 300 tys. przy utworzonych 600 tys., czyli ta nadwyżka była jeszcze większa.

Z czego ta zmiana jakościowa wynika?

Pojawiają się nowe obszary działalności, które potrzebują pracowników. To jest związane z inwestycjami przedsiębiorstw.

Czyli inwestycje to dziś główna siła sprawcza poprawy na rynku pracy?

Inwestycje to jeden z motorów wzrostu, który działa całkiem dobrze. W tym 3,5-proc. wzroście gospodarczym wkład inwestycji to średnio około 1,5 pkt proc. już od kilku kwartałów. Można powiedzieć, że prawie połowa wzrostu gospodarczego to efekt inwestycji.

Jakie warunki powinniśmy spełniać, żeby te inwestycje dodatkowo kreować? Jaka jest rola państwa w tym procesie?

O tym, czy przedsiębiorstwa inwestują, decydują warunki prowadzenia działalności gospodarczej. Polska w ostatnich latach wyraźnie przesunęła się w górę w rankingach takich jak Doing Business czy Economic Freedom Index albo World Economic Forum Index – co dowodzi poprawy tych warunków. I to dzięki temu przedsiębiorstwa szybciej się rozwijały. To, czy polityka gospodarcza idzie w dobrą, czy złą stronę, widać właśnie w tych wszystkich indeksach, w naszej pozycji w nich.

A państwo jako inwestor? Czy ono ma tu do odegrania jakąś rolę?

Z tym to ostrożnie. Nie byłem co prawda nigdy krytykiem takich projektów, jak np. Polskie Inwestycje Rozwojowe – ale błędem jest myślenie, że tego typu instytucjonalna forma wsparcia może zasadniczo przyspieszyć wzrost gospodarczy. To kompletnie błędne oczekiwania, nie taka jest rola tego typu przedsięwzięć. One mają wspierać konkretne projekty, które bez takiego wsparcia rozwijałyby się wolniej.

Czy polityką pieniężną można jakoś wspierać inwestycje? Mówiąc inaczej: czy obniżki stóp mogą zachęcać firmy do inwestowania?

Bank centralny ma jedną nienaruszalną funkcję – czyli zapewnienie stabilności pieniądza. Z punktu widzenia przedsiębiorstwa stabilność pieniądza oznacza sytuację, w której tak naprawdę o pieniądzu w ogóle się nie myśli. To znaczy zmiany wartości pieniądza nie wpływają na podejmowane decyzje. Jeśli chodzi o sam koszt kredytu, czyli stopę procentową, to proszę zwrócić uwagę, co się teraz dzieje. Jest ona na historycznie niskim poziomie. I jednocześnie nadal głównym źródłem finansowania inwestycji są własne zasoby kapitałowe przedsiębiorstw. Przedsiębiorcy, zanim przystąpią do inwestycji, starają się zgromadzić taki zasób. Dopiero w trakcie realizowania projektu firma może się wesprzeć dodatkowo kredytem. Nie ma podejścia na zasadzie „mam pomysł, to wezmę kredyt na jego realizację”.

To dobrze czy źle?

Nie mam poczucia, żeby ten konserwatyzm polskich przedsiębiorców był czymś złym. Bo jego efektem są projekty głębiej przemyślane i ostrożnie realizowane. Co służy dobrze gospodarce. W krajach, gdzie firmy łatwo finansowały się kredytem, łatwo było przejść do projektów, które przy wyższej stopie procentowej nigdy nie byłyby podjęte. Uodparnia też sektor przedsiębiorstw na kryzysy w sektorze finansowym.

Czy z tego punktu widzenia jest nam potrzebny jakiś specjalny program wspierania kredytów inwestycyjnych dla przedsiębiorstw, czyli tzw. polskie LTRO, o którym mówią politycy PiS?

To jest kompletne nieporozumienie, z dwóch powodów. LTRO w strefie euro pojawiło się na skutek tego, że banki strefy euro miały w swoich portfelach mnóstwo niepłynnych aktywów, takich, których na rynku nikt nie chciał. Żeby im zwiększyć płynność, zdecydowano się uruchomić program, w wyniku którego ściągano te aktywa od banków w zamian za płynną gotówkę. W Polsce nie mamy do czynienia z taką sytuacją. System bankowy jest stabilny, nie ma w nim niepłynnych aktywów, których nikt nie chce. Co więcej, nasz sektor bankowy jest nadpłynny. Tydzień w tydzień NBP ściąga z rynku miliardy złotych, sprzedając bony pieniężne. Banki kupują nisko oprocentowane bony, bo nie mają projektów, które mogłyby finansować tymi pieniędzmi. Poza tym, gdy NBP oferował wspieranie płynności banków w najgorszym momencie kryzysu, czyli w 2009 r., to banki nie były zainteresowane. To nie jest tak, że ktoś zaoferuje nisko oprocentowane długoterminowe finansowanie i zmusi banki do skorzystania z niego. One muszą widzieć jakiś cel zagospodarowania tych pieniędzy, jeśli go nie mają, to po nie po prostu nie przyjdą.

Jak na proces finansowania inwestycji może wpłynąć podatek bankowy?

Akcja kredytowa może wyhamować, co zresztą widać było na Węgrzech. Dziwię się, że z doświadczeń tego kraju nie wyciągnięto wniosków. U nas akcja kredytowa rośnie umiarkowanie, ale szybciej niż gospodarka, co jest zdrowe. Na Węgrzech wolumen kredytów w gospodarce wyraźnie się obniżył.

Jaki jest pański scenariusz dla polskiej gospodarki na najbliższe lata?

W 2016 r., nawet jeśli zostaną wprowadzone czysto fiskalne rozwiązania, które doraźnie mają ściągnąć więcej środków do budżetu, to i tak będzie to zbyt krótki czas, żeby to się odbiło na gospodarce. Wzrost rzędu 3,5 proc. PKB zostanie raczej utrzymany. Inflacja powoli będzie rosła, ale przez cały rok 2016 dotrze w okolice 1,5 proc. – i to pod koniec roku. Dlatego uważam, że założenie inflacji 1,7 proc. w budżecie jest zbyt wysokie. Dla mnie 2016 r. w gospodarce realnej to będzie jeszcze kontynuacja roku 2015.

Niepokoją mnie natomiast finanse publiczne. I to nie tylko ze względu na sposób, w jaki skomponowano budżet. Chodzi o ryzyko wzrostu rentowności obligacji. To może oznaczać wzrost kosztów obsługi długu i to może być problem już w 2016 r. Jednak zdecydowanie większym problemem będzie rok 2017. Wtedy już w pełni będzie działała poluzowana reguła fiskalna i nie sądzę, by udało się utrzymać deficyt na poziomie 3 proc. PKB. Inflacja może przyspieszać i kto wie, czy Rada Polityki Pieniężnej nie znajdzie się pod presją podnoszenia stóp. Co może dodatkowo stanowić problem z punktu widzenia dynamiki wzrostu gospodarczego.

Ale przecież będzie działał program „Rodzina 500+”. To może pobudzić wzrost konsumpcji prywatnej i w efekcie dynamikę PKB.

Nie jestem wcale taki pewien, czy rzeczywiście pobudzi konsumpcję. Moim zdaniem to jest dyskusyjne. Konsumpcja jest i tak dynamiczna, poza tym zależy bardziej od wzrostu płac realnych. I jeśli będzie rosła, to – przynajmniej w 2016 r. – przez wzrost płac realnych i stąd rodzący się popyt niż przez dodatkowe świadczenia. ©?

Partner - Energa