Od hiszpańskiej Podemos do francuskiego Frontu Narodowego - antyestablishmentowe partie zdobywają coraz większą władzę na Starym Kontynencie. Na Islandii coraz głośniej mówi się o Partii Piratów.

Do najbliższych wyborów parlamentarnych na Islandii został rok, a Islandzka Partia Piratów stopniowo zdobywa coraz większą popularności w sondażach opinii publicznej.

>>> Czytaj też: Dwa centymetry śniegu sparaliżowały stolicę USA

Jeśli aktualne poparcie w sondażach przełożyłoby się na głosy, wówczas Islandzka Partia Piratów zdobyłaby jedną trzecią mandatów, stając się największą partią w tym kraju, który jak dotąd był rządzony przez koalicje.

Miałoby to rewolucyjny wpływ na kraj, który dziś powoli wraca do normalności po kryzysie bankowym z 2008 roku. Wśród postulatów islandzkich Piratów znalazły się m.in. wprowadzenie większej demokracji bezpośredniej, zmniejszenie ograniczeń związanych z prawami autorskimi, ale też wprowadzenie 35-godzinnego tygodnia pracy oraz podzielenie banków na jednostki inwestycyjne i komercyjne.

Obecny premier Islandii Sigmundur Gunnlaugsson nie jest tym zbytnio przejęty. Zapytany o to, jak zareagowałby w razie zwycięstwa Partii Piratów, odparł: „Jeśli tak się stanie, rozważę ukrywanie się do kolejnych wyborów… Żartowałem”. Jednak w 2017 roku jego żart może się obrócić przeciwko niemu.

Tak jak wszędzie na Zachodzie, tak i na Islandii Partia Piratów zyskuje poparcie na bazie niechęci wobec tradycyjnej polityki.

Islandzka Partia Piratów została założona w 2012 roku przez byłą rzeczniczkę WikiLeaks Brigittę Jonsdottir oraz jej kolegów internetowych aktywistów. W poprzednich wyborach ugrupowanie zdobyło 3 mandaty. W przyszłym roku jednak popracie dla Piratów może przełożyć się na aż 19 mandatów w Althingu - 63-osobym parlamencie.

Jeden ze współzałożycieli partii – Helgi Hafn Gunnarsson – został wybrany przez użytkowników popularnego serwisu Visir.is „Politykiem Roku 2015”.

„Nie sądzę, aby istniało jedno wyjaśnienie naszej popularności. Ludzie są zwyczajnie sytuacją, w której partie składają obietnice przedwyborcze, a później widzą, że partie i tak negocjują między sobą, a ostatecznie złożonych obietnic nie realizują” – mówi w telefonicznym wywiadzie Gunnarsson. Wyczuwając te nastroje, Partia Piratów z góry pyta inne ugrupowania, czy będą chciały wejść z nimi w potencjalną koalicję rządową.

„Nie uważamy, że poparcie z sondaży przełoży się na wyniki wyborów. To zbyt optymistyczne. Ale wzrost naszej popularności zmusza inne partie, aby przyjrzały się same sobie” – komentuje Brigitta Jonsdottir.

Partia Piratów ma już na swoim koncie pewne sukcesy, ale nie jest zjawiskiem wyjątkowym na Zachodzie. Pierwsza Partia Piratów powstała w Szwecji w 2006 roku, aby bronić możliwości wymiany plików przez Internet. Od tego czasu partie piratów powstawały w różnych krajach, od Kanady, przez Europę po Australię. Jak dotąd jednak żadnej z nich nie udało się zdobyć tak dużej popularności jak na Islandii.

Obecny premier Islandii Sigmundur Gunnlaugsson widzi, że antyestablishmentowe ruchy radzą sobie na świecie coraz lepiej. Na tej liście jest również Donald Trump. Tym, co wyróżnia na tym tle Islandię, jest niezwykle wysoki poziom nieufności do tradycyjnej klasy politycznej, a do banków tym bardziej. To efekty kryzysu z 2008 roku.
Jak zatem mógłby wyglądać rząd pod wodzą Partii Piratów? „Istnieje tam silne postawy anarchistyczne. Taka koalicja mogłaby zatem szybko ulec rozwiązaniu” – komentuje obecny premier kraju.

>>> Czytaj też: Hawking: Powstanie pełnej sztucznej inteligencji może zwiastować koniec ludzkości