Firma Linet, należąca do czeskiego biznesmena Zbynka Frolika, produkuje szpitalne łóżka. Popyt na produkty jest tak duży, że przedsiębiorca jest zmuszony otworzyć swój kolejny zakład. Jednak, podobnie jak wielu innych pracodawców w kraju, nie może znaleźć odpowiednich ludzi do pracy.

„Na rynku jest po prostu ogromny niedobór siły roboczej” – mówi Frolik, który stworzył ze swojej spółki lidera globalnego rynku. Roczne przychody Linetu sięgają 240 mln dol. „ W tym momencie, zatrudnię już każdą sprawną osobę, która chce pracować” – dodaje.

Taki sam scenariusz powtarza się w całym regionie – od Bałtyku po Bałkany. Po upadku żelaznej kurtyny, tania siła robocza i nisze rynkowe przyciągnęły tu inwestycje warte miliardy euro. To napędzało wzrost gospodarczy i pomagało podnosić standardy życiowe mieszkańców. Spadające bezrobocie i exodus milionów młodych za granicę odsłaniają teraz jednak granice niskokosztowego modelu wzrostu gospodarczego.

>>> Czytaj też: Zwolnienia grupowe? Niektóre branże mają problem z rękami do pracy

Nowy model rozwoju gospodarczego potrzebny od zaraz

Politycy w całym regionie już od dawna ostrzegają o niedoborach siły roboczej. Przyczyny tego zjawiska różnią się jednak w poszczególnych krajach. W Czechach problemy ze znalezieniem pracowników do efekt dynamicznego wzrostu gospodarczego (trzeci najwyższy w UE) i najniższego bezrobocia w Unii. Na Słowacji, która jest największym producentem aut w przeliczeniu na mieszkańca, brakuje specjalistów z branży przemysłu motoryzacyjnego. To właśnie tu Jaguar Land Rover buduje swój ogromny zakład produkcyjny. Z kolei na Węgrzech i w Polsce problemem jest drenaż mózgów spowodowany emigracją młodych mieszkańców m.in. do Wielkiej Brytanii i Niemiec, które oferują znacznie lepsze zarobki.

Globalna wyprzedaż na rynkach akcji i obligacji osłabia waluty gospodarek wschodzących. W ciągu ostatnich 12 miesięcy polski złoty stracił wobec euro już 5,2 proc., a węgierski forint – 0,8 proc. Choć słabsze waluty pomagają eksporterom zwiększać konkurencyjność, ekonomiści ostrzegają, że wzrost oparty na spadkach kursów walut nie może być długoterminową strategią.

„Są dwa sposoby na radzenie sobie z tym problemem w krótkim terminie” – uważa Radomir Jac, główny ekonomista Assicurazioni Generali z Pragi. Pierwszy z nich to import pracowników z zagranicy, drugi to zwiększenie wynagrodzeń i odejście od modelu wzrostu zdominowanego przez przemysł. „Europa Środkowa potrzebuje nowego modelu rozwoju gospodarczego. Takiego, który nie będzie tak mocno zależny od eksportu i przemysłu motoryzacyjnego” – mówi Jac. „Gospodarki tych państw muszą się zdywersyfikować, muszą zacząć wytwarzać produkty, które przyniosą im wartość dodaną”.

>>> Polecamy: Tyrający od rana do nocy, najtańsi w Europie, wynajęci lub przekazani. Oto pracownicy z outsourcingu

Ukraińcy ratują polskie firmy

Polska, największa gospodarka regionu, robi jedno i drugie. PKB tego kraju rozrósł się z 65 mld dol. w 1990 roku do 545 mld dol. na koniec 2014 roku. Stopa bezrobocia spadła tu do 7,1 proc. (dane za grudzień 2015). To najniższy poziom od 2008 roku. Jeszcze przed przystąpieniem do Unii Europejskiej, wskaźnik ten sięgał 20 proc. – wynika z danych Eurostatu.

Jednocześnie rośnie liczba wolnych miejsc pracy. Na koniec trzeciego kwartału 2015 roku w kraju było 73,2 tys. wakatów, o 22 proc. więcej niż rok wcześniej. Firmy podnoszą wynagrodzenia pracowników – przeciętne zarobki wzrosły niemal dwukrotnie do ok. 32,4 tys. zł rocznie (8,2 tys. dol.) od momentu wejścia do Unii. Właśnie z tego powodu, niektórzy inwestorzy już rozważają możliwość przeniesienia produkcji dalej na wschód, do państw o niższych kosztach pracy. Inni próbują ściągać do Polski pracowników z Ukrainy, która sama doświadczyła skutków wzmożonej emigracji od czasu zaostrzenia konfliktu z Rosją.

„W wielu regionach sprowadzanie pracowników z Ukrainy jest jedynym lekarstwem na problemy. Bez nich wiele firm nie byłoby w stanie zrealizować swoich zamówień, a to miałoby negatywny wpływ na wzrost gospodarczy”- mówi Matek Śliwiński, ekspert ds. rynku pracy z Work Force SA.

>>> Czytaj więcej: Wyzysk pracodawców i policja na karku. Ukraińcy na rynku pracy w Polsce

Brak rąk do pracy gorszy niż zagrożenia geopolityczne

W Czechach sytuacja wygląda bardzo podobnie. W trzecim kwartale ubiegłego roku PKB wzrósł tu o 4,7 proc., a bezrobocie spadło w grudniu do 4,5 proc. To druga najniższa stopa bezrobocia w UE. Mniejszy wskaźnik notuje się jedynie w Niemczech. Zgodnie z prognozami analityków ankietowanych przez Bloomerga, wzrost gospodarczy mógł zwolnić w czwartym kwartale do 4,5 proc. Dla porównania, w Polsce przewiduje się wzrost PKB na poziomie 3,8 proc., na Słowacji 3,5 proc., a na Węgrzech 2,5 proc.

Stowarzyszenie czeskich producentów zwróciło się już do rządu z prośbą o pomoc w zapełnieniu 150 tys. miejsc pracy. To właśnie tyle wakatów powstanie ich zdaniem w branży tylko w tym roku. Przedstawiciele rządowej koalicji zgodzili się na uproszczenie procedur wizowych dla zagranicznych pracowników.

“Dziesiątki firm cierpią z powodu naszej polityki względem pracowników z Ukrainy” – twierdzi wicepremier Czech Pavel Belobradek. „Jeśli ma to przynieść korzyści gospodarce, chcemy ułatwić migrację zarobkową” – powiedział.

Zdaniem Jona Hilla, dyrektora firmy rekrutacyjnej Grafton Recruitment, dalszy spadek bezrobocia w Czechach będzie prowadził w 2016 roku do jeszcze większego niedoboru zarówno absolwentów studiów technicznych i informatycznych, jak i niedoboru niewykwalifikowanej siły roboczej”. W podobnym tonie wybrzmiewa ostatni raport PricewaterhouseCoopers, oparty o ankiety przeprowadzone wśród dyrektorów firm w Estonii. Wynika z niego, że brak odpowiedniej siły roboczej stał się dla firm większym problemem niż zagrożenia geopolityczne.

>>> Czytaj też: Emigracja studentów. Wrócić z zagranicy albo nie jest łatwo, albo nie ma po co

Orban: ekonomiści są w błędzie, trzeba stawiać na przemysł

Niedobór pracowników poza stolicami państw, takimi jak Warszawa, Praga czy Budapeszt, niemal całkowicie przetransformował inne miasta. Jednym z nich jest węgierska Tatabanya położona ok. 60 km na zachód od Budapesztu. Liczące 70 tys. mieszkańców miasteczko w latach 90-tych zmagało się ogromnym bezrobociem, które było efektem zamykania nierentownych kopalń i zakładów. Teraz swoją fabrykę uruchamia tu produkująca podłogi firma Graboplast Zrt.

„Tatabanya była synonimem przemysłowego upadku. Teraz wyzwaniem dla miasta nie jest już bezrobocie, ale brak wykwalifikowanej siły roboczej” – mówił na początku lutego premier Wiktor Orban podczas inauguracji budowy nowej fabryki.

Orban wciąż ignoruje rekomendacje ekonomistów, którzy zalecają ukierunkowanie gospodarki na sektor usługowy. Jego zdaniem, takie podejście jest błędne. Chce zachęcić młodych, by wybierali szkoły zawodowe i studia techniczne i w ten sposób umacniali pozycję Węgier jako jednego z najbardziej uprzemysłowionych państw Europy.

Biorąc pod uwagę, że z Węgier za Zachód wyjechały już setki tysięcy ludzi, taka strategia może być trudna. W samym sektorze motoryzacyjnym na Węgrzech jest prawie 50 tys. wolnych miejsc pracy. Kolejne 30 tys. to wakaty w usługach – wynika z wyliczeń Laszlo Dalanyi z ManpowerGroup. Nawet największy prywatny konglomerat przemysłowy w kraju Videoton został zmuszony do podniesienia płac pracownikom i zmuszania ich do pracy po godzinach, by zwiększyć produktywność.

“System jest naprężony. Praktycznie każdy, kto chce pracować, ma już pracę” – mówi Otto Sinko, dyrektor wykonawczy Videotonu.