Choć resort zdrowia zaleca stosowanie szczepionek na pneumokoki, to dziś rodzice muszą płacić za nie z własnej kieszeni. To wydatek rzędu 300 zł, a dawki powinny być dwie lub trzy. Na refundację mogą bowiem liczyć tylko nieliczni, m.in. wcześniaki. W sumie darmowe dawki preparatu otrzymuje około 10 proc. noworodków. To jednak może się zmienić.

– Toczą się prace nad rozszerzeniem obowiązkowych szczepień ochronnych, z zapewnieniem od 2017 r. objęcia szczepieniami przeciwko Streptococcus pneumoniae całej populacji dzieci od 2. miesiąca do 19. roku życia – informuje Milena Kruszewska, rzecznik resortu zdrowia.

Jak wylicza prof. Ewa Bernatowska z Kliniki Immunologii Pomnika Centrum Zdrowia Dziecka, przewodnicząca Pediatrycznego Zespołu Ekspertów ds. Programu Szczepień Ochronnych, obecnie szczepienia otrzymuje ok. 30 proc. dzieci (w większości przypadków płacą rodzice). W ciągu ostatnich pięciu lat, jak wynika z danych GSK, tzw. wyszczepialność zwiększyła się o blisko 10 pkt proc.

Zespół już w 2007 r. apelował, aby szczepienia przeciwko pneumokokom wprowadzić do obowiązkowego kalendarza. Powód? Pneumokoki są po prostu niebezpieczne – zakażenie tą bakterią może powodować zapalenia ucha, płuc, opon mózgowych czy nawet sepsę. – Choroby z nimi związane - przede wszystkim zapalenie płuc, które występuje znacznie częściej niż inwazyjna choroba pneumokokowa – na świecie są przyczyną zgonu ok. 1,6 mln ludzi rocznie, w tym ok. 0,5 mln dzieci poniżej 5. roku życia – podkreśla prof. Bernatowska.

Dlatego szczepienia przeciwko pneumokokom znalazły się już w obowiązkowym kalendarzu uodparniania 23 krajów Europy. Polska jest jednym z ostatnich, które jeszcze się na to nie zdecydowały.

Droższa jest lepsza

Problem tkwi w pieniądzach. Z wyliczeń resortu zdrowia wynika, że objęcie tym szczepieniem dzieci do 2. roku życia rocznie kosztowałoby budżet 145,5 mln zł. To dość duża kwota, biorąc pod uwagę, że ministerstwo za wszystkie obecnie podawane obowiązkowo szczepienia płaci 95,4 mln zł.

Resort mógłby zaoszczędzić, decydując się na tańszą wersję preparatu. Wówczas koszty zmniejszyłyby się do 97 mln zł. Ale jak wynikało z – nieopublikowanych jeszcze – badań prof. Bernatowskiej – droższa szczepionka jest bardziej skuteczna.

Jak zauważa Krzysztof Kępiński, dyrektor relacji zewnętrznych i rynku publicznego szczepionek w GSK, obie dostępne w Polsce szczepionki otrzymały pozytywną rekomendację Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT) dla publicznego finansowania. – Zatem cena powinna być najważniejszą częścią przetargu. To zapewni konkurencję między producentami szczepionek. Umożliwi też optymalizację kosztów dostaw – wyjaśnia Kępiński.

Profilaktyka górą

Eksperci uważają jednak, że dostawców preparatu musi być dwóch. Konkurencyjność pozwoli na obniżkę ceny, ale także może zwiększyć bezpieczeństwo: w razie jakichś problemów dostawy mogą być zagrożone, jeśli będą pochodziły tylko z jednego źródła.

Zdaniem pediatry, prof. Leszka Szenborna, w myśleniu o obowiązkowych szczepieniach trzeba zmienić optykę. – Polska przeznacza mniej środków z budżetu państwa na profilaktykę chorób zakaźnych, a bardzo dużo wydaje na ich leczenie. Tymczasem efekty zakażenia mogą być śmiertelne – wskazuje ekspert.

Jak na razie sprawy w swoje ręce biorą samorządy. Fundują szczepionki swoim mieszkańcom. Prekursorem były Kielce, które kupują ją od 2006 r. I przekonują, że się to opłaca. Z ich analiz wynikało, że już w pierwszym roku radykalnie zmniejszyła się liczba pacjentów, którzy trafili do szpitala z zapaleniem płuc: spadek szacowali na 80 proc. w grupie dzieci do 2. roku życia. Zainteresowanie szczepieniami jest tu prawie stuprocentowe.

Nie dość tego: coraz więcej rodzin się przemeldowuje do Kielc, żeby tylko otrzymać bezpłatną ochronę dla dzieci. Inni idą podobnym śladem: samorząd województwa kujawsko-pomorskiego będzie współfinansował szczepienia w 32 gminach, w Małopolsce w tym roku urząd marszałkowski oferuje dofinansowanie gminom, które będą chciały zaszczepić swoich mieszkańców.