W kategorii „wyzwania stojące przed Polską” demografia definitywnie zajmuje jedno z czołowych miejsc. Według GUS jeśli obecne trendy się utrzymają, w połowie wieku liczba ludności naszego kraju skurczy się w stosunku do 2014 r. o 3,1 mln. W 2050 r. będzie nas zatem 34,9 mln. To tak, jakby nagle wyparowali wszyscy mieszkańcy konurbacji śląskiej.

Podstawowym czynnikiem odpowiedzialnym za ten stan rzeczy jest oczywiście niska dzietność. – Coraz mniej Polek zostaje matkami. Wśród kobiet urodzonych w 1970 r. około 17 proc. nie ma dziecka, gdy wśród kobiet urodzonych w latach 1945–1955 odsetek ten wynosił 8 proc. – wyjaśnia Monika Mynarska, demograf ze Szkoły Głównej Handlowej. Polska nie jest wyjątkiem; kraje rozwinięte zmagają się ze spadającą dzietnością od lat 80. Każde państwo stosuje własny koktajl rozwiązań – od zasiłków przez urlopy wychowawcze po reformę systemu podatkowego. Można je dzięki temu pogrupować na cztery wielkie rodziny: skandynawską, kontynentalną, anglosaską oraz śródziemnomorską.

Nie ma idealnego modelu

Model skandynawski kładzie nacisk na jak najszybszy powrót matek na rynek pracy. Wzorcowa dla tego modelu Szwecja ma najwyższy wskaźnik zatrudnienia kobiet w UE, który w 2012 r. wynosił 72 proc. Przypisuje się go doskonale zorganizowanemu systemowi opieki. Do żłobka lub przedszkola chodzi połowa dzieci w wieku do lat trzech i 95 proc. dzieci w wieku 3–6 lat. Z kolei w modelu kontynentalnym większy nacisk położono na powiększenie dochodu rozporządzalnego rodziny. Przykładem są Niemcy, gdzie jest wypłacane słynne Kindergeld. Program 500+ zakotwicza Polskę właśnie w tym modelu.

Model śródziemnomorski łączy zaś konserwatywne podejście do rodziny (m.in. długie urlopy macierzyńskie) z niewielkim wsparciem państwa. Ten ostatni element charakteryzuje też model anglosaski. Skrajnym przykładem są USA, gdzie urlop macierzyński o długości zaledwie 12 tygodni wprowadził dopiero w 1993 r. Bill Clinton. Przy czym nie jest to urlop macierzyński sensu stricto, lecz okres ochronny przed zwolnieniem na wypadek szczególnych okoliczności, jak urodzenie dziecka (ale też przewlekła choroba). Mimo to wskaźnik dzietności wyniósł 1,86.

Przykłady dość wysokiej dzietności mimo braku zabezpieczeń socjalnych w Stanach Zjednoczonych z jednej strony lub niskiej dzietności mimo hojnych zasiłków w Niemczech z drugiej sprawiają, że wśród ekspertów nie ma zgody co do tego, jak powinien wyglądać idealny model polityki rodzinnej. – Podstawowym elementem, który mógłby mieć pozytywne przełożenie na zwiększenie dzietności, jest możliwość łączenia rodzicielstwa z innymi rolami życiowymi. W badaniach nie ma wskazań, aby bezpośrednie finansowanie przynosiło poprawę. Tym bardziej że jeżeli zależy od tego, kto akurat rządzi, nie daje poczucia bezpieczeństwa – tłumaczy Monika Mynarska i dodaje, że te same pieniądze należałoby przeznaczyć na dofinansowanie żłobków, ciepłe posiłki w szkołach czy sprawną opiekę zdrowotną nad dziećmi.

Wsparcie finansowe

Innego zdania jest prof. Janusz Czapiński, który przyznaje, że wsparcie finansowe to jeden z elementów, który przyczyniłby się do wzrostu dzietności. Z prowadzonej przez niego Diagnozy Społecznej wynika, że aż 40 proc. badanych z powodów materialnych decydowało się nie powiększać rodziny. Boją się oni nie tylko pogorszenia swojej sytuacji, ale także tego, że nie będzie ich stać na utrzymanie rodziny czy też zachowanie osiągniętego już poziomu życia. Nie znaczy to jednak, że nasz rozmówca w pełni popiera model 500+. – Aby ten program zadziałał, powinno się płacić dopiero na dzieci narodzone po jego wejściu w życie. Byłaby to silna motywacja i wymagałaby mniejszych środków. Nawet zakładając 10-procentowy wzrost dzietności w pierwszym roku, koszt dla budżetu wyniósłby 210 mln zł – wskazuje prof. Czapiński.

Według ekspertów OECD zasiłki mogą jednak doprowadzić do zwiększenia dzietności w gorzej uposażonych rodzinach. – Małżonkowie dla celów podatkowych powinni móc dzielić dochody w zależności od liczby członków rodziny, np. w przypadku trójki dzieci dochody byłyby dzielone na pięć – twierdzi prof. Czapiński, wskazując na obecny we Francji i w Portugalii model ilorazu rodzinnego. Francuski „quotient familial” jest bardziej skomplikowany: dochód małżonków jest dzielony przez liczbę „przeliczeniowych członków rodziny” w ten sposób, że para bez dzieci przy wyliczaniu podatku dzieli swoje dochody przez dwa, ale już para z trójką dzieci dzieli je przez cztery. Pierwsze i drugie dziecko liczą się jako 0,5, a trzecie i kolejne już jako 1. Dzięki temu rodziny z dziećmi później wpadają w wyższe progi podatkowe niż pary bez dzieci lub osoby samotne.

Dostępność opieki

Chociaż iloraz sprawdza się we Francji, niekoniecznie sprawdziłby się w Polsce przez wzgląd na dużą liczbę osób poza systemem PIT, np. rolników. Zresztą Francuzi nie ograniczają się tylko do tego elementu. Rodziny otrzymują bezpośrednie wsparcie w postaci złożonego systemu przeróżnych świadczeń i zapomóg (allocation), które rodzina zaczyna dostawać jeszcze przed przyjściem potomka na świat. Opieka nad małymi dziećmi jest szeroko dostępna. Rodzice mogą oddać dziecko do żłobka, pod opiekę tzw. dziennej mamy (wyszkolonej opiekunki zajmującej się kilkorgiem dzieci u siebie w domu) czy prywatnej opiekunki. Do wszystkiego otrzymują dofinasowanie. Dzięki temu 95 proc. dzieci między trzecim a szóstym rokiem życia jest w przedszkolach, a 44 proc. przed trzecim rokiem życia – w żłobkach. Coś za coś: urlopy macierzyńskie są krótkie, ojcowskie – symboliczne, praktycznie brak zwolnień na chore dzieci.

Z przeglądu literatury można wywnioskować, że polityka prorodzinna ma pewien wpływ na decyzję o posiadaniu dziecka. Może także przyspieszyć wiek, w którym kobieta zdecyduje się urodzić. Jak jednak przestrzegają eksperci z OECD, nie należy od niej zbyt wiele oczekiwać. Dane z raportu „Doing Better for Families” wskazują, że przy zastosowaniu poszczególnych instrumentów polityki rodzinnej wskaźnik dzietności może wzrosnąć najwyżej o 0,2 pkt. Problem z tymi badaniami polega jednak na tym, że nie sposób oderwać jednego instrumentu polityki rodzinnej od całości systemu.

Poczucie stabilności

Niemniej kompleksowa polityka rodzinna musi nieść ze sobą jakieś efekty, skoro Polki w Wielkiej Brytanii rodzą więcej dzieci niż w Polsce (chociaż i tu w grę może wchodzić poczucie stabilności związane z sytuacją gospodarczą). Profesor Irena Kotowska z SGH za najważniejszą cechę polityki prorodzinnej uważa jej stabilność i przewidywalność. „Działania na rzecz odnowy demograficznej nie mogą być doraźne. Muszą konsekwentnie tworzyć warunki sprzyjające podejmowaniu decyzji o urodzeniu i wychowaniu dzieci” – podkreślała w analizie przygotowanej dla prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Innymi słowy, aby polityka prorodzinna była skuteczna, musi być kompleksowa. Tymczasem takiej w Polsce nie ma – tak przynajmniej uznali autorzy raportu NIK z połowy 2015 r., a więc jeszcze sprzed wyborów i rozpoczęcia dyskusji nad programem 500+. Ich zdaniem wcześniejsze rozwiązania były wprowadzane ad hoc, a becikowe, wydłużony urlop czy ulgi podatkowe to tylko doraźne działania, które nie wpisują się w plan strategiczny. Każdy resort działa osobno, a jako przykład braku współpracy NIK wskazała – jak to określa – osobliwą sytuację, w której do 2012 r. wspieranie rodziny było jednym z trzech zadań priorytetowych wieloletniego planu finansowego państwa, a w 2013 r. je usunięto.

Demografowie podkreślają też, że problem z dzietnością dotyczy nie tylko sfery materialnej, lecz także kulturowej. Wpływ na niską dzietność ma niezależność kobiet. Jak pisze w jednej z analiz demograf prof. Krystyna Slany, gdy kobieta zarabia więcej niż partner, liczba dzieci tej pary się zmniejsza. Kolejnym elementem jest wydłużona edukacja – wiek, w którym kiedyś pojawiały się dzieci, jest obecnie czasem nauki – tłumaczy prof. Slany. To również efekt rosnących aspiracji i świadomości, że bez solidnej inwestycji w siebie na rynku pracy nie będzie łatwo. ©