Nie tak dawno temu był sobie w mieście kierownik powiatowy, a na wsi był sobie rolnik. Były sobie jego hektary i były sobie regularne dopłaty z Unii Europejskiej. Dopłaty unijne wystarczały na nasiona, nawozy, naprawę traktora i na zatrudnienie dodatkowych rąk do pracy na czas siewów i zbiorów. I tak kierownik pilnował, żeby wnioski o dopłaty w odpowiedniej formie i odpowiednim czasie trafiły do kogo trzeba, a rolnik spokojnie zajmował się uprawą ziemi. Ziemia odwdzięczała mu się całkiem przyzwoitymi zbiorami, a dochód państwa rósł. Eksport kwitł, po polską, dobrą i tanią żywność przyjeżdżali Niemcy, Czesi i Ukraińcy.

I chociaż gdzieś tam migały rolnikom czerwone lampki, że kiedyś ten czas się skończy, to jednak wiara w centralę i jej zapewnienia o wsparciu dla polskiej ziemi była silniejsza.

Ale nadszedł dzień, w którym centrala rolników zawiodła. Z dnia na dzień podziękowano 304 z 314 kierowników powiatowych oddziałów Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa z całego kraju. Bez względu na staż pracy, doświadczenie i proces realizacji spraw. Dano im dzień, czasem kilka godzin, na spakowanie manatków. I chociaż oficjalnie w chwili wręczania wypowiedzeń zapewniano, że to nie jest decyzja polityczna, niesmak pozostał.

W ciągu kolejnych kilku tygodni w oddziałach ARiMR w całej Polsce zwolniono także pracowników niższych szczebli, którzy byli z kierownikami powiatowymi służbowo powiązani. Bo jak wymieniać ekipę na jedyną słuszną, rządową – to po całości. Niektórym wręczono wypowiedzenie w ciągu jednej chwili, innym poświęcono kilka minut. Jedni zostali zwolnieni osobiście, innym wysłano wypowiedzenia pocztą. Część poszła na zwolnienie, część na niewykorzystany, zaległy urlop.

Na drugi dzień po czystkach starych, doświadczonych kierowników powiatowych zaczęli zastępować nowi. Zazwyczaj z zewnątrz, często w małym stopniu związani ze sprawami rolnictwa, bez odpowiednich szkoleń wymaganych przez Unię, ale za to z odpowiednim wpisem partyjnym. Części kierowników, jak przyznaje sama agencja, nie ma jeszcze w ogóle. – Wszystko jest w trakcie, wszystko będzie działać, ale musi swoje trwać – słyszymy w biurze prasowym.

Rolnicy w poszczególnych województwach rwą włosy z głowy i zamartwiają się, co to będzie. A niestety wiele wskazuje, że raczej nie będzie dobrze. – W ubiegłym roku dobiła rolników susza, a w tym roku opóźnienia w dopłatach bezpośrednich dla producentów żywności. Dziwnym zrządzeniem losu zbiegły się one w czasie z wymianą kadry – mówi Piotr, który przez kilkanaście lat był kierownikiem powiatowym agencji. – Jeśli nie ma kierowników i części kadry, to jestem ciekaw, kto w tej chwili zajmuje się wnioskami. Wszystko leży i kwiczy.

Kredytami jest piekło wybrukowane

Sytuacja w ARiMR jednym przypomina burzę w szklance wody, innym zagładę i rzeź niewiniątek. – Bo podczas gdy wymiana kadry na skutek politycznych przetasowań jest sprawą naturalną, sam sposób pozbywania się pracowników, którzy przez całe lata, bez względu na układy polityczne, działali na rzecz polskich rolników, a teraz byli w najważniejszej fazie przygotowawczej do wypłat unijnych – nie. Wydaje się, niestety, że żądza wymiany wszystkich na zwolenników PiS-u przysłoniła zdrowy rozsądek – dodaje Piotr.

Inny zwolniony kierownik, Marcin: – Pracowałem w oddziale agencji od początku jej istnienia. Nigdy nie było tak, żeby nie korzystać z wiedzy kolegów, którzy zajmowali kolejne stanowiska. Kierownicy się zmieniali, władza się zmieniała, ale nigdy nie wyrzucano nikogo na bruk. Bo szkoda było wyrzucić taką wiedzę do kosza. Zawsze chodziło o rolników. A teraz widać, że walka polityczna przebiła wszystko. W tym roku mamy precedens. Wszyscy powiązani z PSL-em i z innymi ugrupowaniami zostali zwolnieni. A przecież choćby nie wiem co się wydarzyło, nie mieliśmy wpływu ani na system informatyczny, ani na stawki. Ani na to, czy realizacja wniosków ruszy w terminie. To zawsze były ustalenia między Unią a centralą agencji w Warszawie. Zawsze też odgórnie dostawaliśmy dyspozycje o ruszeniu z kolejnym etapem. Robiliśmy wszystko zgodnie z procedurami. Ale i tak finalnie to my zostaliśmy ukarani i pozbawieni pracy.

Zwolnieni kierownicy powiatowi nie chcą ujawniać nazwisk, bo jak tylko skończą im się okresy wypowiedzenia, będzie musieli szukać w swoich regionach nowej pracy. Jest im jednak żal, że nowi przełożeni wyszli z założenia, że nie ma ludzi niezastąpionych.

– Doświadczenie, jakie mamy w kwestii dopłat unijnych i procedur, nie jest do zdobycia w ciągu tygodnia, a nawet kilku miesięcy. Każdy z nas przeszedł wymagane przez UE szkolenia, jest na bieżąco z wszelkimi zmianami. Życzę powodzenia nowym kierownikom, ale szanse, że rolnicy nie oberwą przy tym rykoszetem, są znikome. Zresztą już to widać. Chociażby w czteromiesięcznych opóźnieniach corocznych dopłat – uważa Marcin.

Włodzimierz, rolnik ze wsi pod Ciechanowem, z rozpaczą przyznaje, że jeśli w ciągu dwóch tygodni nie dostanie dopłaty, nie będzie miał za co kupić nasion na wiosenny wysiew. Rady rządzących, żeby w oczekiwaniu na dopłaty wziął sobie kredyt, uważa za nieludzkie.

– Mam już kilka kredytów, które wciąż muszę spłacać: na traktor, na maszyny. Dodatkowy byłby gwoździem do trumny. Jak tak dalej pójdzie, nic tylko sprzedawać ziemię w te pędy i emigrować. Nowy kierownik powiatowy nie jest w stanie mi niczego wyjaśnić. Mówi, że on i tak chyba docelowo kierownikiem nie będzie, bo zamiast dopłatami woli zajmować się inną działką. Co więcej, okazało się, że mój wniosek dopiero będzie weryfikowany. Zawsze działo się to późną jesienią. Jestem załamany, bo już widzę, że szybko pieniędzy nie dostanę.

Pojawiają się oczywiście głosy, że rolnicy sami są sobie winni, mogli nie głosować na PiS (na wsiach PiS zdobył ponad 45 proc. głosów), mogli też gospodarować tak, żeby nie uzależniać się od dofinansowania unijnego. Niektórzy zarzucają im, że od czasów Unii to do nich popłynął największy strumień pieniędzy. „Mam takie gospodarstwo, na jakie mnie stać. I jeden traktor. Nie mam supermaszyn. Żyję skromnie, ale jestem w stanie utrzymać rodzinę z własnych funduszy, bez wspomagania się dotacjami. I bez liczenia na urzędników, którzy nigdy roli nie zrozumieją. Dzięki temu teraz nie płaczę” – pisze w internetowym komentarzu jeden z podlaskich rolników.

Z drugiej strony, żeby zdobyć dopłatę unijną, trzeba spełnić wiele kryteriów i wcale nie tak łatwo, jak niektórzy twierdzą, „tę Brukselę wydoić”. Zresztą w podobny sposób Unia dofinansowuje każdego roku tych, którzy chcą założyć prywatny żłobek, salon kosmetyczny, pracownię florystyczną czy cukierniczą. Korzystających z unijnego wsparcia można byłoby wyliczać więc w nieskończoność, rolnicy są tylko jednymi z nich.

Zresztą już nie o branie pieniędzy w całym zamieszaniu z agencją chodzi, ale o to, że wypłaty po prostu się rolnikom należą. A ARiMR powinna zrobić wszystko, żeby procedury unijne spełnić.

To nie my, to oni

Tymczasem nowe władze dwoją się i troją, żeby uspokoić sytuację. Z jednej strony próbują zbierać mleko, które już się wylało, z drugiej znaleźć winnych. Na zwołanej naprędce konferencji prasowej i w wydanych komunikatach umieszczonych na stronie głównej serwisu agencja tłumaczy, że opóźnienie w wypłatach to wyłącznie wina systemu informatycznego. A dokładniej wina poprzednich władz. To właśnie działania poprzedniego szefostwa agencji miały doprowadzić do dramatycznej sytuacji, w jakiej znajduje się obecnie większość rolników. Gdyby nie to opóźnienie, gdyby nie błędny system informatyczny, większość pieniędzy należnych rolnikom mogłaby zostać wypłacona już w grudniu i styczniu. I całego zamieszania by nie było. „Ówczesne kierownictwo miało pełną świadomość, że system informatyczny nie powstanie na czas, a opóźnienia są znaczące. Dowodem tego jest podpisanie pierwszego aneksu do umowy z firmą Asseco (wykonawcą systemu), zgodnie z którym pierwsza część płatności realizowanych w 2016 r. mogłaby popłynąć do rolników dopiero w marcu” – podkreśla ARiMR w komunikacie.

Podobno obecne kierownictwo nie mogło zaakceptować postanowień aneksu do umowy z wykonawcą systemu informatycznego. Z wyjaśnień wynika, że gdyby się na nie zgodziło, to ani w styczniu, ani w lutym rolnicy nie otrzymaliby żadnych płatności. „W takiej sytuacji nowe kierownictwo podjęło błyskawicznie działania naprawcze i wskutek twardych negocjacji z wykonawcą systemu podpisało dwa nowe aneksy, gwarantujące wypłatę rolnikom co najmniej 3,1 mld zł w styczniu, a potem następnych 2 mld zł. Opracowany został nowy, realny harmonogram wypłat dopłat bezpośrednich. Zabezpieczone zostały także środki finansowe na ich realizację” – uspokaja ARiMR.

Dla rolników, dla których terminowość dopłaty unijnej oznacza być albo nie być, jest to jednak dość pokrętne wytłumaczenie. Nasion za te zapewnienia i komunikat na stronie WWW nie kupią. Tak samo jak nie dostaną za nie nawozów i innych składników potrzebnych do wiosennych wysiewów. – Do tej pory system działał, jak należy. Rok w rok wszystko było zgodnie z terminami. Pieniądze często wpływały na nasze konta nawet pod koniec poprzedniego roku kalendarzowego. Dzięki temu można było sobie wszystko zaplanować. Dlaczego więc akurat teraz system przestał działać? Może to nie wina systemu, ale obsługującej go nowej kadry, której nie miał kto wdrożyć, bo poprzednia szybko została wylana? Ciężko nie wiązać tego z czystkami w agencji – żali się Karol, młody rolnik z Mazowsza. – Mamy koniec lutego, a pieniędzy jak nie było, tak nie ma. Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie wszystko wydzierżawić.

Za jeden hektar w gospodarstwie od 3 do 30 ha w ramach dopłat bezpośrednich rolnik dostaje średnio 100 euro, od tego roku powinien dostawać także dopłatę za zazielenienie (ok. 71 euro od hektara), rozpoczęcie działalności rolniczej do 41. roku życia (ok. 59,8 euro od hektara) i tzw. płatność dodatkową w ramach wspierania małych i średnich przedsiębiorstw (ok. 40 euro od hektara). Dodatkowo dostaje także kilkadziesiąt euro od krowy, bydła, owcy, kozy (pod warunkiem posiadania co najmniej trzech sztuk bydła, krów, 10 sztuk owiec i pięć sztuk kóz) oraz kilkaset euro od roślin. Najbardziej opłacalny jest chmiel (480 euro od hektara), ale też pomidory, buraki i ziemniaki skrobiowe (400 euro od hektara). – Dzięki dopłatom stać nas na lepsze nasiona, ekologiczne nawozy. Im mniej pieniędzy, tym jakość plonów jest niższa – mówi Karol. – W pojedynkę też sam nie obrobię kilkudziesięciu hektarów. Muszę zatrudnić pracowników sezonowych, których z kolei muszę opłacić. Ktoś zarzuci mi, że doję Brukselę, że wzbogaciłem się na Unii, ale gdyby spojrzeć na inne branże, to co drugi biznes powstał dzięki unijnym dotacjom. I często bezzwrotnym.

Poseł PSL Mirosław Maliszewski jest oburzony zrzucaniem odpowiedzialności za niewypłacone dopłaty na poprzednie władze. Winą za opóźnienie obarcza wyłącznie nowe kierownictwo. A dokładnie czystki kadrowe przeprowadzone już po przejęciu władzy i dbanie o własne interesy. – Jeszcze za naszego kierownictwa duża część rolników otrzymała zaliczki, czyli system działał, a jakimś sposobem po powołaniu nowej dyrekcji system zaczął się psuć – mówi Maliszewski. – Nie dokonała się rewolucja systemowa, ale kadrowa. A wystarczyłoby wstrzymać się na jakiś czas z tak dużymi roszadami pracowników. Można było dokonać ich za kilka miesięcy, kiedy rolnicy dostaliby już dopłaty. To naprawdę nie byłby koniec świata, gdyby poprzednicy doprowadzili swoje sprawy do końca. A tak zostali wysadzeni z siodła w trakcie najbardziej skomplikowanych procedur. Wymiany ludzi dokonano w okresie najgorętszym z możliwych dla każdego rolnika. A teraz jest zdziwienie, że coś się sypie – uważa Maliszewski.

Co więcej, wymiana kadry wciąż trwa. W niektórych oddziałach są już nowi kierownicy powiatowi, w innych są pełniący obowiązki lub nie ma ich w ogóle. Na pytanie, kto zajmuje się w tej chwili wnioskami o dopłaty, słyszymy w agencji, że... zwykli pracownicy. Tyle że zdaniem zwolnionych kierowników powiatowych razem z nimi pracę straciło trzy czwarte zespołu. – Polecieli kierownicy, ale polecieli też pracownicy szeregowi. Z tego, co wiem, to nowi, wzięci z łapanki, pracują też w weekendy, żeby ratować sytuację, ale chyba trochę liczą na cud – dodaje Marcin, były kierownik. – Poza tym szeregowi pracownicy nie podejmą się weryfikacji wniosków, są od czarnej roboty, a nie wydawania decyzji.

W poszukiwaniu straconych miesięcy

Łukasz, kolejny z ponad trzystu zwolnionych kierowników agencji, przyznaje, że w ubiegłym roku podjęto decyzję o budowaniu drugiego, równoległego systemu informatycznego. Jednak system ten miał jedynie uzupełnić pierwszy, a nie całkowicie go zastąpić.

Poza tym ten stary, działający od kilkunastu lat, cały czas funkcjonował bez zarzutu.

– W 2004 r. tworzyliśmy system dopłat bezpośrednich, robiła to jedna z dużych firm informatycznych. Zaczęła tak naprawdę już w 2002 r., zrobili wtedy system standardowy. Nieważne, jak duże było gospodarstwo, każdy dostawał dopłatę od hektara. W 2004 r. mieliśmy pracowników tymczasowych. Przez wiele lat obrabialiśmy te wnioski ręcznie. Wiadomo, że nie da wszystkiego ubrać się w algorytmy, każda sprawa jest indywidualna. Zapisywaliśmy wszystko ręcznie i potem przekazywaliśmy do systemu. Rok po roku. Potem jak już nawet działał system, też wiele wniosków poprawialiśmy ręcznie. Nawet najlepszy system wszystkiego nie zastąpi. I jakoś to grało i działało – wspomina Łukasz. – Od 2015 r. pracowaliśmy na dwóch systemach, na starym i na nowym. Wchodziły nowe formy płatności – zazielenienia, dopłata dla młodego rolnika, płatność dodatkowa. Bardziej opłacało się podobno zbudować dodatkowy system zamiast rozbudowywać stary. Ale mimo takiego podwójnego systemu pracy jakoś wszystko się udawało. Do czasu, kiedy nastąpiła zmiana rządzących. Wymiana pracowników na ludzi z zewnątrz, nieznających systemu, i to w najbardziej pracowitym dla agencji okresie to był gwóźdź do trumny.

Byli pracownicy dodają też, że pod koniec ubiegłego roku pracowali tak naprawdę na pół gwizdka. – Obecne opóźnienia w dopłatach dla rolników to skutek zmarnowanych kilku miesięcy pod koniec ubiegłego roku. Raz, że mieliśmy wybory w poprzednim roku – już październik był stracony. Dwa, że rząd skupił się na zaliczkach po strajkach rolników domagających się wsparcia po suszy etc. A potem zaczęły się roszady kadrowe w centrali. Zamiast weryfikować wnioski straciliśmy czas na strachu i czekaniu na odgórne wytyczne – opowiadają.

– Gdyby nie zmiany kadrowe, praca na dwóch systemach nie miałaby żadnego wpływu na terminowość wypłat. Ale już w listopadzie ubiegłego roku, tuż po zmianie dyrekcji, prace nad wnioskami o dotacje zostały nam zablokowane – przyznaje Łukasz. – Nic więcej w komputerze nie widziałem poza tym, kto został zwolniony, a kto go zastąpił. Kto odwołany, kto powołany. Nikt nie wydał polecenia ludziom, żeby pracowali na wnioskach. Zostaliśmy zablokowani, wystraszeni tym, co się będzie działo. A rolnicy popełniają dużo błędów we wnioskach, wszystko trzeba ręcznie poprawiać i to powinniśmy robić już po pierwszych naliczeniach. Tymczasem centrala zajmowała się tylko i wyłącznie wymianą kadry – twierdzi były kierownik.

Szykuje się ciężka orka

Nowi kierownicy powiatowi albo się uczą, albo się jeszcze nie znaleźli. Agencja tłumaczy, że jest w trakcie napraw po poprzednikach. Tymczasem zegar tyka. Do wypłacenia wszystkich dopłat unijnych zostały zaledwie cztery miesiące. Zgodnie z ustawą 30 czerwca 2016 r. to nieprzekraczalny termin, w jakim pieniądze muszą być wypłacone. W poprzednich latach rolnicy składali wnioski na wiosnę, a już w listopadzie, grudniu poprzedniego roku mieli środki na koncie. – Zazwyczaj dopłaty były w całości wypłacane do początku marca. Dzięki temu rolnicy mogli przygotować się na nowy sezon. Tymczasem luty dobiega końca, a końca wypłat nie widać – mówi Piotr.

Jak wylicza agencja, do początku lutego 2016 r. wypłaciła ok. 6,03 mld zł z tytułu płatności bezpośrednich za 2015 r., co stanowiło blisko 42 proc. tzw. koperty finansowej na ten cel. – Luty się kończy, a do wypłaty pozostało jeszcze prawie 60 proc. dopłat. Słabo to widzę niestety. Najgorsze jest to, że rolnicy naprawdę co roku planują prace w zależności od otrzymywanych dopłat. Uprawianie ziemi to ciężki kawałek chleba. I jak tak dalej pójdzie, zaczną się przebranżawiać, a ziemia pójdzie na zmarnowanie – ostrzega Piotr.

Co roku wypłacanie dotacji jest też weryfikowane przez kontrolerów unijnych. Sprawdzają oni m.in. przygotowanie urzędników zajmujących się dotacjami: szkolenia, znajomość procedur unijnych, prawa unijnego. – Każdy pracownik, nawet najniższego szczebla, musi przejść egzaminy z poszczególnych procedur. Obecnie są możliwe e-szkolenia, ale egzamin już wirtualny nie jest. Odbywa się przy komisji, w oddziale regionalnym agencji. Pracownik zajmujący się dopłatami musi taki egzamin zdać. Ciekawe, jak nasi następcy zamierzają pogodzić zdawanie egzaminów z przyspieszonym trybem ratowania wniosków – mówi Łukasz.

Sama centrala uspokaja jednak: „Przeprowadzane w ostatnim czasie zmiany kadrowe w ARiMR dotyczyły kilku procent zatrudnionych i spowodowane były m.in. brakiem przygotowania agencji do realizacji nowego systemu płatności bezpośrednich w kampanii 2015 r. Zmiany na stanowiskach kierowniczych w agencji nie mają negatywnego wpływu na realizację płatności obszarowych za 2015 r. Do ich prawidłowego przebiegu potrzebni są przede wszystkim zaangażowani pracownicy obsługujący wnioski, sprawnie działający pion finansowo-księgowy i w pełni gotowy system informatyczny. Pierwsze dwa elementy działają bez zarzutu, a za brak trzeciego odpowiada poprzednie kierownictwo ARiMR”. O tym, że dokonywane zmiany są tylko na lepsze, zapewniał też w Sejmie nowy szef agencji Daniel Obajtek: „Zrobiliśmy pewne zmiany kadrowe, ale to tylko usprawni działalność agencji” – mówił Obajtek, dodając, że każdy ma prawo wybrać swoich współpracowników, a wymiana kadr w ARiMR nie była podyktowana kwestiami przynależności politycznej.

Czystki w oddziałach agencji, opóźnienia w dopłatach. – A po zmordowanych zeszłoroczną suszą polach wiatr hula. Do prac polowych coraz bliżej – martwią się rolnicy. I rozmyślają, czy jest jeszcze o co walczyć. – Jakby mało miał ostatnio polski rolnik zgryzot, wciąż pojawia się kolejny problem – wzdycha Włodzimierz na samo hasło projektu ustawy o obrocie ziemią. I z zamartwiania się, za co ma posiać, zaczyna panikować, że wróci pegeer. Że ojcowizna pójdzie na zmarnowanie, a zła agencja na wszystkim położy łapę. Chociaż podobno rolnicy nie mają czego się bać, kryteria przekazywania ziemi dzieciom są niejasne. Kancelarie notarialne przeżywają więc istny boom. Kto żyw i kto może przepisuje jeszcze ojcowiznę za starych przepisów. Bo szanse na to, że ich dzieci po tym, na co się napatrzą, będą chciały uprawiać ziemię, są niewielkie. ©

>>> Polecamy: Polska żywność podbije Azję? Eksportujemy tam coraz więcej