Po kilku kolejnych nieudanych próbach sforsowania wejścia do pokoju decyduję się udać do recepcji. Tam muszę lekko bełkocząc tłumaczyć kobiecie, że: „czerwona dioda”, „drzwi zamknięte” oraz „tylko szybko, bo zaraz się zsikam”. Wtedy pani ze stoickim spokojem i szerokim uśmiechem przeciąga mój kawałek plastiku przez jakiś czytnik i oświadcza, że już powinno działać. I rzeczywiście – działa. Po zaledwie 20 minutach, z kałużą na spodniach udaje mi się ponownie trafić w szczelinę i otworzyć drzwi. I wówczas okazuje się, że w pokoju panują egipskie ciemności. I jest przeraźliwie zimno. Pstrykanie po kolei wszystkimi klawiszami nic nie daje. Znowu trzeba wsunąć kartę w jakiś czytnik, który oczywiście najpierw trzeba zlokalizować po omacku. I gdy już wam się to uda, możecie być pewni tylko jednego – że zostaniecie oślepieni taką ilością światła, jakby właśnie w ziemię uderzyła kometa Halleya. Zapalą się wszystkie żarówki – przy łóżku, kinkiety, sufitowe, stojąca lampa, w korytarzu, łazience przy lustrze, a nawet pod zlewem (nie żartuję) oraz w szafie (też nie żartuję). Jakby tego było mało, samoczynnie włączą się też telewizor oraz klimatyzacja.

Oczywiście przed położeniem się do łóżka będziecie musieli to wszystko powyłączać, ale wierzcie mi – nie będzie to takie proste. Ani szybkie. Bo instalację elektryczną w pokojach hotelowych projektują szympansy. Nie da się tego inaczej wytłumaczyć, skoro przycisk przy łóżku zawsze wyłącza światło w łazience, a ten w łazience gasi światło w przedpokoju. Z kolei przycisk w przedpokoju gasi światło przy łóżku, ale jednocześnie znowu zapala to w łazience. Przez 15 minut krążycie między klawiszami, aż w końcu udaje się wam wszystko pogasić.

Kładziecie się do łóżka, gdzie przychodzi wam stoczyć kolejną nierówną walkę – tym razem z kołdrą, którą pokojówka zawinęła złośliwie między materac, a stelaż. Szarpiecie się jak hiena przy padlinie, aż w końcu udaje się ją uwolnić. Z ulgą zamykacie oczy, a wtedy po raz kolejny zachciewa się wam siku. Zapalacie więc światło w – jak wam się wydaje – w łazience, ale ostatecznie załatwiacie swoją potrzebę w szafie.

Doprawdy, chciałbym poznać kiedyś człowieka, który wpadł na pomysł, by na 20 metrach kwadratowych, w których chcecie się po prostu wyspać, umieścić technologię, która całkowicie wam to uniemożliwi. Spaliłbym go żywcem, a następnie powrócił do zwykłych kluczy i zwykłych włączników świateł. A następnie zajął się Mercedesem.

W miniony piątek wsiadłem do modelu GLC (który z wyglądu bardzo mi się podoba), ale ruszyć nim udało mi się dopiero w sobotę. Bo za każdym razem, gdy chciałem wrzucić jedynkę, zmieniałem stację radiową, a każda próba uruchomienia wycieraczek kończyła się zmianą biegu na wsteczny. Dla odmiany wycieraczki włączało się dźwignią kierunkowskazów. A system multimedialny okazał się tak intuicyjny w obsłudze, że w komplecie z GLC dilerzy powinni wręczać wam talon na trzyletnie prywatne studia z informatyki.

Poznając wszystkie te wodotryski, zwróciłem uwagę, że kompaktowy SUV Mercedesa jest dość ciasny. I że błyszczący plastik pokrywający konsolę środkową trzeszczy. Ale gdy już ruszyłem, okazało się też, że GLC jest cholernie dobrze wyciszony i bardzo przyjemnie się prowadzi. Przyjemnie, o ile lubicie zawieszenia miękkie jak roztopione masło i nieco leniwe układy kierownicze. Mnie w tego typu aucie bardzo to odpowiada. Zupełnie nie odpowiada mi natomiast dwulitrowy benzyniak o mocy 211 koni, który pracował w testowym egzemplarzu. Spala średnio 12–13 litrów paliwa, oferując przy tym osiągi niewiele lepsze niż wasz młynek do kawy. Rozsądniej zatem zrobicie kupując diesla. A jeszcze rozsądniej, udając się do BMW lub Audi. Owszem, ich samochody są znacznie mniej designerskie niż nowy mercedes. Sęk w tym, że są też lepsze.

>>> Polecamy: Popłoch w branży motoryzacyjnej. BMW ostrzega Rolls-Royce'a przed ryzykiem Brexitu